18
sie
Trochę się rozczarowałem. GRACE Paula Soleta miał wszelkie predyspozycje do bycia
zaskakującym, kontrowersyjnym i zapadającym w pamięć obrazem. A okazał się jedynie schematycznie i chaotycznie zmajstrowaną, choć zgrabnie opowiedzianą historią, którą ratują tylko i wyłącznie 4 osoby – zdolny reżyser i trzy równie utalentowane aktorki. Przed seansem miałem cichą nadzieję, że Solet nie będzie robił zbyt wielu ukłonów w stronę IT’S ALIVE – przereklamowanej mieszanki melodramatu i campu, którą dawno temu wypluł niemniej przereklamowany Larry Cohen. Co prawda GRACE prezentuje się znacznie lepiej, ale najwidoczniej nie dało rady całkowicie odciąć pępowiny od horroru-matki. Cohenowi można w zasadzie wiele zrzucić, ale jego film był przynajmniej w miarę spójny. Trochę mniej różowo wygląda to u Soleta. Wątek główny prowadzi on z rzemieślniczą precyzją i nietuzinkowym zacięciem. Jest mocno, duszno i bez trzymanki. Świetna scena porodu, kapitalnie ukazany dramat i desperacja młodej matki. Jordan Ladd widać nie tylko urodę odziedziczyła po sławnej mamie. Jako aktorka sprawdza się nadspodziewanie dobrze, szczególnie biorąc pod uwagę niezbyt skomplikowany kaliber swojej bohaterki. Reżyser pokazał tutaj, że ma jaja i potrafi przykuć uwagę widza, mimo nieśpiesznie prowadzonej akcji. Nawet schematyczna konstrukcja i wciskanie jakiś proekologicznych przekazów nie irytuje tak bardzo. Niestety szybko pojawiają się problemy w postaci wątków pobocznych. Obecność byłej kochanki jedynie rozprasza (mimo, że Samantha Ferris gra świetnie). Postać zdesperowanej teściowej nie potrafi potrząsnąć (a odważna, dojrzała kreacja Gabrielle Rose zdecydowanie zasługuje na osobny akapit). Finał niczym nie zaskakuje, ale na swój sposób mnie usatysfakcjonował. Niestety ostatnia scena już nie bardzo. Takie zabiegi zawsze mnie bawią i zastanawiają. Reżyser najwidoczniej nie traktował swojego dzieła na tyle poważnie, na ile początkowo próbował nam wmówić. Mimo wszystko warto zobaczyć, chociaż podniecać się nie ma czym.
11
sie
Już dwa lata minęły odkąd Dario Argento sfinalizował swoją słynną “matczyną” trylogię. MOTHER
OF TEARS miał być jego biletem na salony, a okazał się bezlitosną porażką. Niestrudzony pan A. postanowił jednak się nie poddawać. Skoro nie udał się powrót do kina nadnaturalnego, pora więc sięgnąć po drugi podgatunek, który przyniósł włoskiemu reżyserowi sławę na całym świecie. Efekt? Osoby, które wyzywają MATKĘ ŁEZ od najsłabszych filmów Argento, będą teraz musiały zweryfikować swoje poglądy. Oto bowiem pojawił się GIALLO – prawdopodobnie najgorszy obraz roku, jak nie ostatniego dziesięciolecia. Ten film jest tak zły, że nawet nie wiem od czego zacząć. Reżyseria? Nic już nie zostało z argentowskigo oka. Całość jest wizualnie niemrawa, zapchana tanią, telewizyjną scenerią i na dodatek topornie zmontowana. Najgorsze jednak jest to, że włoski reżyser kompletnie nie potrafi odnaleźć się w dzisiejszej rzeczywistości. W jego mniemaniu, szczytem marzeń współczesnego fana grozy są żenujące sceny gore, przywodzące na myśl jakiś tandetny torture porn za 2 dolary. Twórca SUSPIRII zapomniał zdaje się, że MASTERS OF HORROR ma już za sobą. Scenariusz? Bardziej skomplikowane intrygi i głębsze dialogi można znaleźć na TVP w filmach pokroju MAMO, WZIĘŁAM ŚLUB Z MORDERCĄ. Żadnych zwrotów akcji, nic co byłoby w stanie wygenerować choćby odrobinę napięcia. Z nudów aż się rzygać chce. Aktorstwo? Adrien Brody jest histerycznie beznadziejny, snując się ze znudzonym spojrzeniem i papierosem w gębie. Do usranej śmierci będę się zastanawiał, dlaczego Emmanuelle Seigner przyjęła taką rolę. Zresztą ciężko ich winić – przy takiej reżyserii i scenariuszu, nic więcej wykrzesać nie dałoby rady. Morderca? Bez komentarza. Ktoś tutaj jest chyba wielkim fanem KRWAWYCH ŚWIĄT oraz filmów z Johnem Rambo. Na dodatek dlaczego on jest tak podobny do… Nie, nawet nie chcę się na tym zastanawiać. Czysta kpina. Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio jakiś tytuł mnie tak zirytował i wykończył psychicznie. Argento oficjalnie osiągnął poziom dna. Niżej puka już tylko remake MGŁY.
PS. Na IMDb piszą w gatunkach “Comedy”. Czyżby próba pastiszu? Jeżeli tak, to jest nawet gorzej niż myślałem.
01
sie

W życiu każdego faceta przychodzi taki okres, że trzeba na chwilę odłożyć na bok wszelkie horrorowe atrakcje i zająć się zestawieniem najlepszych seriali pierwszego dziesięciolecia obecnego millenium (eh, co za dramatyczny tytuł). Pewnie nie bez znaczenia jest tutaj fakt, iż choć lato w pełni, to wciąż straszą nas deszczami i tym samym zmuszają do poszukania sobie we własnym domu alternatywnego źródła długonogich blondynek w obcisłych spódniczkach.
Na top filmowy jeszcze trochę za wcześnie, lecz w kategorii rozrywki wieloodcinkowej nie przewiduję już żadnych rewolucji. Trzeba wspomnieć, że przez ostatnie 10 lat sporo porządnie zrealizowanych produkcji próbowało zwojować świat. Osobiście brałem się za łby z wieloma tytułami. Kilka przykuło moją uwagę przez pewien czas (LAS VEGAS, WEEDS, CSI: NEW YORK czy BONES), ale wierny pozostałem tylko poniższej piątce.
czytaj więcej…
26
lip
Co zrobić, gdy chcemy stworzyć niezniszczalną broń biologiczną? To chyba oczywiste – wystarczy zdobyć krew
wilkołaka, który wygląda jak misiu-przytulanka i zamieszkuje zamek znajdujący się w Karpatach Zachodnich. A co zrobić, gdy eksperyment wymknie nam się z pod kontroli i będziemy mieli wilkołaka grasującego po supertajnym laboratorium w USA? Wystarczy unieszkodliwić, zamrozić, a po jakimś czasie odmrozić i podrzucić grupie naukowców, którzy pracują nad nowym rodzajem metalowej skóry. Wtedy jednak będziemy się pewnie zastanawiać, co też począć z przerośniętą bestią posiadającą niezniszczalny pancerz na grzbiecie i apetyt na kadrę laboratorium. Wszystkie te złote myśli znajdziecie w filmie PROJECT: METALBEAST czyli kolejnej taniej rozwalance lat 90-tych.
czytaj więcej…
21
lip
Z łezką w oku wracam ostatnio do moich starych horrorów z lat szczenięcych i dochodzę do wniosku, że czasem może i syf, ale sentyment jednak robi swoje. Tym razem trafiło na kolejną legendę osiedlowych wypożyczalni VHS czyli THE UNBORN Rodmana Flendera. Jak w większości filmów o zabójczych płodach, również i tutaj mamy bezpłodną parę, która udaje się w wiadomych celach do ultranowoczesnej kliniki leczenia niepłodności, stosującej tajemniczą i niezwykle skuteczną metodę zapładniania zdesperowanych kobiet. Oczywiście zabieg się udaje, nasza bohaterka zachodzi w w ciążę no i zaczynamy 9 miesięcy dla znudzonych życiem. Zmiany nastroju, paskudne mieszanki żywnościowe, papki multiwitaminowe, szkoły rodzenia pod kierownictwem nawiedzonych lesbijek itd. Tym razem jednak pojawią również niespodziewane bonusy – zagadkowe przypadki morderstw, popełnianych przez dzieciaki, które urodziły się dzięki wyżej wspomnianej metodzie czy chociażby niewytłumaczalny amok, w jaki popadają przyszłe przodowniczki zmieniania pieluch. Gdy nasza pierwszoplanowa ciężarna odkryje przerażający sekret kliniki, na aborcję może być już za późno… Mroczny, dziwny, groteskowy i przeważnie tandetny – tak najkrócej można określić film Flendera. Największym plusem jest świetna Brooke Adams w głównej roli, która oddaje tej produkcji znacznie więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Również James Karen jako szalony genetyk-zapładniacz wypada całkiem efektownie, skutecznie omijając tereny przejaskrawionego banału. Z uprzyjemniających czas dodatków wymieniłbym jeszcze niezłe zdjęcia, klimatyczną muzykę, paskudną dawkę gorę i ostatnie 20 minut, które cudownie przekształca ten obraz w dramatyczno-makabryczny kogel-mogel. Gumowe płody biegające ze szpikulcami do szydełkowania i ostrzące zęby na własnej babci? Kupuję w ciemno. THE UNBORN świata raczej nie zbawi, ale jak ktoś kiedyś będzie chciał się udać w sentymentalną podróż w okolice campu, to zdecydowanie warto zbadać. Podczas seansu uderzyła mnie natomiast jeszcze jedna rzecz: kiedyś nawet gówniane filmy miały jakiś klimat i czar, dzięki którym teraz z przyjemnością się do nich wraca. A czy ktoś będzie pamiętał o dzisiejszych gniotach? Nie wydaje mi się.