lut
Klątwa Doliny Węży
Każdy kraj ma swój horror camp. Ma i nasz… Gdzieś na zadupiu wietnamskiej dżungli rozbija się helikopter z Romanem W. na pokładzie. Roman wychodzi na szczęście (albo na nieszczęście, jak się później okaże) w jednym kawałku z tego tragicznego splotu wydarzeń, mknąc przez zielone piekło w stronę badziewnej chatki, udającej buddyjski klasztor. Jego celem jest tajemniczy artefakt, którego strzegą “skośnookie małpy” czyli wiekowi mnisi. Naczelny mnich z nutą oburzenia w głosie ostrzega Romana przed potężną klątwą (chyba, bo napierdala po azjatycku, a nikomu nie chciało się tego przetłumaczyć) i nagle obraz się urywa… W głośniki uderza muzyka przypominająca czasy Commodore 64, a na ekranie pojawiają się litery rodem z opakowań na zupki chińskie, układające się w tajemniczy tytuł KLĄTWA DOLINY WĘŻY… A to dopiero początek zabawy…
Gdyby Steven Spielberg obejrzał kiedykolwiek film Marka Piestraka, twórcy tego szokującego dzieła mieliby pozew sądowy na karku. KLĄTWA tak bezczelnie kopiuje POSZUKIWACZY ZAGINIONEJ ARKI, że to aż zabawne. Chociaż właściwym słowem powinno tutaj być “chce kopiować”, bo te ambitne plany nijak się mają do parodii, jaką nam zaserwowali rodacy. Krzysztof Kolberger gra tutaj ułomną wersję Indiany Jones’a, która przypadkowo dowiaduje się o tajemniczym artefakcie, który swego czasu podprowadził Roman. Razem łączą siły, aby rozszyfrować ukrytą wiadomość i odnaleźć skarby ukryte w azjatyckiej dżungli. Oczywiście nie będzie łatwo, bo pradawnych sekretów strzeże przerażająca klątwa, która ścignie każdego kto się napatoczy. Klątwa ta polega na tym, iż zza kadru w stronę aktorów rzucane są niejadowite węże, spieprzające gdzie pieprz rośnie. W międzyczasie pojawia się cycata i uciążliwa dziennikarka (Ewa Sałacka wpędziłaby w kompleksy samą Larę Croft), która oczywiście wtyka nos w nie swoje sprawy. Również na horyzoncie, cała masa typów z pod ciemnej gwiazdy, którzy chcą się wzbogacić na kosmicznych tajemnicach artefaktu. Wspominałem o niejadowitych wężach, które ze znudzeniem pełzają tam i z powrotem?

Stwierdzenie, że aktorzy położyli ten film byłoby grubą przesadą. KLĄTWA DOLINY WĘŻY od pierwszej sekundy czołga się i kwiczy. Niczego tutaj nie trzeba kłaść. Aczkolwiek aktorstwo jest rzeczywiście na żenującym poziomie. Wilhelmi, Kolberger i Sałacka są tak obciachowi, że z pewnością musieli to zagrać specjalnie. Dialogi są horrendalnie sztuczne – dzisiejsze komputerowe translatory prezentują więcej emocji. Jednak obsada jest małym piwem w porównaniu z efektami specjalnymi. Chryste Panie, czegoś takiego to nawet krasnoludki z Szuflandii nie widziały. Na wyróżnienie na pewno zasługują laserowe strzały w buddyjskiej krypcie oraz “trzeci Khuman” czyli papierowy potwór, który wypełzł prosto z plecaka jakiegoś natchnionego przedszkolaka. Khuman ten wygląda jakby go dopiero co pomalowali niebieskimi farbkami i skleili dziadowskim klejem, który niespecjalnie chce się trzymać papieru… Najlepszy jest jednak plastelinowy ludek z tajnego laboratorium (DNA kosmitów do skomplikowanych nie należy).
Końcówka z samolotem bezcenna. Koniecznie!!!

Luty 9th, 2010 o 23:22
film bieda to fakt. ale z drugiej strony polski horror i wielki szacunek ze probowali cos w tym kierunku robic. jak juz bowiem wiemy polska rezyseria uwaza ze dobrze udaja sie nam tylko komedie romantyczne co akurat prawda nie jest bo udaja sie najgorzej:) no ale brniemy w to i juz. wiec tym wieksze uklony dla autora Wilczycy 1/2 ze w glebokiej komunie w kooperacji z ruskimi robil takie dziwoloagi. a co do zrzynania to dzis tez pownni zaskarzyc Pore zmroku za spore naduzycia:)
Luty 10th, 2010 o 18:39
ale bieda, którą trzeba znać ;)
Luty 10th, 2010 o 19:51
A ja uwielbiam ten film. Wszystko co napisałeś jest oczywiście prawdą, ale ja ten film całkowicie KOCHAM!!! :-)
Luty 10th, 2010 o 20:06
Muszę obczaić – ostatni screen mnie zaintrygował :D A tak w ogóle to zamiast pastwić się nad takimi “potworkami” wziąłbyś lepiej na tapetę polskie giallo czyli WŚRÓD NOCNEJ CISZY ;-) Film oprócz tego że dość znacznie się postarzał to stanowi całkiem niezłą próbę zmierzenia się z tym gatunkiem
Luty 10th, 2010 o 22:09
nawet nie wiedziałem, że coś takiego istnieje :) obczaimy, ale prędzej na tapetę pójdzie pewnie WILCZYCA ;D
Marzec 25th, 2010 o 01:17
Byłem na tym filmie gdy leciał w kinach… już wówczas był śmieszny i oglądało się go z zażenowaniem… co dopiero dzisiaj!
P.S. moim faworytem jest kamienna płyta niesiona na plecach jako tarcza anty-laserowa, kiedyś to nawet aktorzy mieli krzepę…
Sierpień 12th, 2010 o 10:15
Rozpracował Pan film drogi krytyku filmowy dokładnie co do sekundy można by rzec. No i faktycznie Kolberger wypisz wymaluj Indiana Jones ( szczególnie że ten ostatni Indiana Jones z lodówką jako antidotum na atomowych wybuch to faktycznie klasyk nie do podrobienia).
M. Piestrak to oczywiście zero a o jego filmach nawet nie ma co wspominać. Proponuję zniszczyć wszystkie kopie filmu a wszelkie informacje o nim wymazać z pamięci.
Opluwanie tamtych minionych czasów to teraz taka moda szczególnie gdy się nie posiada umiejętności spojrzenia na te czasy z innej perspektywy. Proszę szanownego Pana wszystkie filmy tego gatunku i to obojętnie czy polskie czy też nie, były do siebie podobne i „Klątwa Doliny Węży” nie odbiega daleko od tego co się wówczas w szerokim świecie kręciło (bo przecież o taki świat Panu chodzi).
Tak na marginesie to zachowuje się Pan tak jakby szukał gromnicy w Sex Shop’ie. To nie ten sklep. Każda zakonnica Panu to powie.
Tak się złożyło że widziałem setki filmów tzw. gatunku s-f i wcale nie uważam by film M. Piestraka był tak beznadziejnie denny. Powiem więcej. Przez to że jest pozbawiony tych uwielbianych przez wielu efektów specjalnych, przez to właśnie jest taki prawdziwy.
Na koniec zacytuję klasyka – Jezu Chryste łeb mnie napierdala jak czytam takie pseudo recenzje filmowe.
Sierpień 12th, 2010 o 18:33
a odróżniania recenzji od mini hołdu i amatora od krytyka filmowego to już w szkołach nie uczą? nie wspominając już o czytaniu między wierszami, łapaniu ironii za rogi i odrobiny dystansu do tego co się czyta. Pan widzę lubi walić głową w ścianę broniąc taki camp jak KDW i jeszcze go prawdziwym nazywa? wibratora na ołtarzu też Pan nie znajdziesz ;)
Sierpień 15th, 2010 o 01:29
hehe, dzieje się coś:) Wtrącę dwa grosze, a co… film Piestraka oglądałem tuż po jego premierze kinowej i zaręczam, że w tamtych czasach tworzyło się kino różnorodne i od tego gniota lepsze, obojętnie- w Polsce czy na świecie. Nawet ówczesna publika rżała ze smiechu podczas seansu w miejscach niekoniecznie przez twórców uśmiesznionych.
Żeby daleko nie szukać, w tym samym roku powstaje Kingsajz, który z efektami sobie radzi chałupniczym sposobem i jeszcze jest oryginalny.I żeby nie szukać jeszcze dalej, Piestrak nakręcił “Test pilota Pirxa”, który daje się oglądać po dzis dzień, albo taką “Wilczycę”, która straszy mało, ale była w kinach wydarzeniem.
I to nieprawda, iż film jest pozbawiony efektów specjalnych- sęk w tym, że one są i do tego są okropne.
Z jednym się tylko z Autorem tematu nie zgodze, film Piestraka nie ma z campem nic wspólnego, to była spora produkcja połączona z wycieczką do dżungli (a polscy filmowcy nie wędrowali wówczas po świecie), realizowana z ZSRR, a więc “mająca z górki”. To, że film mimo poniesionych prac wyglada jak twór gromady wesołków filmowych, to zupełnie inne, niezamierzone przez twórców osiągnięcie.
Sierpień 17th, 2010 o 10:08
więc mamy niezamierzony camp ;)