28
wrz
Czyżby twórcy THE HILLS RUN RED układając tytuł swego dzieła próbowali nam w niezwykle sprytny sposób zasygnalizować skład rzeczonego filmu? Gdyby jeszcze dorzucili “cycki” można by ich oskarżyć o spojlery. Trzeba przyznać, że reżyser, Dave Parker, miał bardzo ambitny koncept do zaoferowania. W końcu nie codziennie można doświadczyć prób zabawy konwencją gatunku. I to w stylu Cravena. Problem w tym, że Parker zamiast poświęcić się grzebaniem w slasherach, woli zrzynać z CIGARETTE BURNS Carpentera i giąć konwencję PIŁY (to akurat z marnym skutkiem, bo tam nie ma za bardzo czego giąć). W sumie źle nie jest, ogólne wrażenie nawet przyzwoite (panowie z DARK CASTLE muszą się bardzo natrudzić, żeby im coś nie wyszło), jednak THE HILLS RUN RED jest koszmarnie niedopracowany. Najważniejsza laurka za ten stan rzeczy idzie do zerowego budżetu – gdyby twórcy mieli więcej kasy, mogłoby z tego wyjść małe arcydzieło. A tak mamy przegadaną, dysproporcjonalną i pozbawioną klimatu opowieść o polowaniu na kultowy slasher. Film Parkera cierpi dodatkowo na wrodzony zanik napięcia i irytującą grę głównego bohatera. Niestety z gadania tej wesołej czwórki zupełnie nic nie wynika, a ich błąkanie się po lesie jest równie bezcelowe. Akcja z każdą minutą siada coraz bardziej…
Całe szczęście jednak, twórcy dostali w końcu szansę na pokazanie pazurów. Skoro nie mamy kasy na fajerwerki, to skupmy się na aktorstwie. O ile wspomniany główny bohater jest drętwy, to pozostała zgraja spisuje się nadzwyczajnie. William Sadler jest oczywiście stworzony do takich ról, jednak odkryciem sezonu jest tutaj pewna cycata blondynka z seksownym głosem i kocimi oczami. Sophie Monk nie tylko kradnie pozostałym każdą wspólną scenę, ale najzwyczajniej świecie ciągnie cały film na swoich barkach. Jest śliczna, drapieżna, niewinna i zawsze tak samo wiarygodna. Szkoda tylko postaci psychola – Babyface jest tak odjazdowy, że przy lepszym zapleczu rozwaliłby kult Jasona w drobny pył. Chociaż konkurencja nie spała podczas ostatnich 20 minut THRR – kilka ciekawych spostrzeżeń na temat kondycji współczesnego kina grozy, garść udanych twistów i klimatyczny seans zamykający. Bez szału, ale pozycja w sam raz dla fanów slasherów i jako terapia zastępcza dla osób, które nadal bardzo chcą obejrzeć remake PIĄTKU 13-TEGO.
23
wrz
Przed seansem wielce kontrowersyjnego ANTYCHRYSTA zdążyłem się nasłuchać rozmaitych opinii na temat fabuły najnowszego filmu Larsa von Triera. Zaczynając od
atrakcji antychrześcijańskich i kolejnej porcji absurdalnych zarzutów o skrajny mizoginizm (to już chyba tradycja jeżeli chodzi o tego reżysera), przez odwoływanie się do motywów satanistycznych oraz mieszanie pornografii, przemocy i religijnej symboliki, a kończąc na próbach schwytania istoty zła, którą według jednych miała być kobieta, według innych sama Matka Natura. Do kina wkroczyłem więc nieźle zakręcony i nastawiony na obejrzenie jakiegoś dziwoląga, a wyszedłem jeszcze głupszy, zastanawiając się o co tyle hałasu. Podczas samego seansu moja podświadomość zaczęła mimowolnie wyrzucać z siebie te wszystkie interpretacje, domysły i sekwencje cudzych opinii, a świadomość brutalnie je dzieliła i wypierała, nawet przez chwilę nie doświadczając wyczekiwanej satysfakcji. Niepełna, niespójna i chaotycznie egzekwowana fabuła, zmieniła najnowsze dzieło von Triera w nudny, pozbawiony sensu moralitet. Brak narracyjnej konsekwencji i nieumiejętność nawiązania dialogu z odbiorcą, wydawał mi się tak rażący, że nawet hołd dla Tarkovskyiego nie był w stanie choćby minimalnie usprawiedliwić tego filmu.
Jednak jakiś czas później nadarzyła się okazja, aby powrócić do Edenu von Triera. Tym razem w domowym zaciszu, z wyczyszczonym i szeroko otwartym umysłem – nie tylko zrozumiałem o czym ten film chce opowiedzieć, ale też dotarło do mnie jak genialnym manipulatorem i zręcznym rzemieślnikiem jest pewien przeklęty Duńczyk.
czytaj więcej…
14
wrz
M
ówią, że Lovecraft to największy mistrz grozy pisanej. Mi osobiście, po przebrnięciu przez jeden z jego zbiorów, ta euforia się co prawda nie udzieliła, ale jedno trzeba mu przyznać – miał głowę do intrygujących pomysłów i potrafił ubrać je w odpowiednią atmosferę. Niektóre jego opowiadania są tak klimatyczne i mrożące krew w żyłach, że grzechem byłoby zaniechanie próby przeniesienia ich na taśmę filmową. Jednym z najbardziej reprezentatywnych z pewnością jest THE LURKING FEAR – jak można nie pokochać historii, w której główną rolę grają groteskowe potwory zamieszkujące ściany, podłogi i piwnice pewnej starej posiadłości, po której przemieszczają się i straszą Bogu ducha winnych mieszkańców. Oczywiście Hollywood zdążyło się już przyssać do tego opowiadania. I to dwukrotnie.
czytaj więcej…
12
wrz
Kolejny zmutowany niemowlak na horyzoncie czyli nadpłynął długo przekładany remake IT’S ALIVE. A jak
przekładają, to zazwyczaj nic dobrego z tego nie wychodzi. W przypadku przeróbki nudnawego obrazu Larry’ego Cohena już po 20 minutach można dojść do daleko idących wniosków: film Josefa Rusnaka to campowa wersja tegorocznego GRACE Paula Soleta. I z żadnej perspektywy nie będzie to komplement. Pojawia się młoda pani z brzuchem (słabiutka Bijou Phillips, która na dodatek ma wielce irytującą barwę głosu), jest dumny tata, jest i domek w środku lasu. W przedbiegach dostajemy więc schemat, efektowne lokacje, a na dokładkę ładne zdjęcia i nienajgorszą muzykę. Niestety poród jest niezbyt skoordynowany, i dwaj lekarze oraz kilka pielęgniarek kończy z pourywanymi kończynami, zostawiając młodą mamę i jej malutkiego synka w stanie lekkiego szoku. Co takiego mogło się stać? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć odważny detektyw, psycholog, przyjaciele oraz nieletni szwagier głównej bohaterki. Nad odpowiedzią nie trzeba się ani długo zastanawiać, ani tym bardziej na nią czekać – nowo narodzony synek łaknie ludzkiej krwi, a mama zrobi wszystko, żeby jego zwyczaje żywieniowe nie ujrzały światła dziennego (tak, tak, domek na odludziu to sprytnie przemyślane posunięcie scenarzysty). Ogólnie jest nudno. Wszyscy się snują bez celu, nasza bohaterka pozbywa się ludzkich (i zwierzęcych) pozostałości bez większych emocji, a bohaterowie drugoplanowi są na chama podani noworodkowi do schrupania. Pojawiają się też treści antyaborcyjne – nigdy nie wywołujcie poronień, bo skończy się to narodzinami potwora (to zdaje się odpowiednik proekologicznych elementów z filmu Soleta i rodzinno-terapeutycznych z oryginału Cohena). Sam noworodek wygląda na trochę przerośniętego, ale ogólnie jego widok budzi normalne odruchy, stąd ciężko jest uwierzyć, że ta pocieszna dzidzia lata po całej okolicy i rozrywa na strzępy wszystko co się rusza (tym bardziej, że podczas punktów kulminacyjnych widać tylko fruwające kończyny w skaczącym kadrze). Dopiero w finale zmienia się w pełnokrwistego, komputerowego golluma, który wyskakuje ze śmietnika, aby ugryźć tatę w tyłek. Finał mógł być niezwykle efektowny, ale przez marne aktorstwo i niedopracowane efekty specjalne, staje się żenująco-śmieszny. Na plus na pewno przejaskrawione i energiczne sceny gore (minus okazyjne bonusy CGI). Reszta? Idealny kandydat do wiejskiej wypożyczalni kaset wideo.
01
wrz
Nie od dziś wiadomo, że gdzie dwie kobiety się kłócą, tam facet ma przesrane. A co
powiedzieć, gdy obie niewiasty sypiają z tym samym panem – jedna jest legalną żoną, druga idealną kochanką – i na dodatek obie są w bardzo zażyłych stosunkach? Wtedy owego pana czeka niechybna śmierć w wannie… Michel Delassalle jest okrutnym i bezwzględnym dyrektorem elitarnej szkoły na uboczu. Na każdym kroku poniża swoją wątłą psychicznie żonę, a przebojową kochankę traktuje jak worek treningowy. Kiedy któregoś dnia posuwa się za daleko, obie panie postanawiają pozbyć się uciążliwego samca i ciągnącego się wraz z nim pasma problemów. Nie wszystko jednak idzie tak, jak sobie zaplanowały. Najpierw znika ciało, potem pojawia się uciążliwy inspektor policji, a na samym końcu okazuje się, że mściwy duch pana dyrektora nie zamierza najwyraźniej odpuścić żadnej z nich…
czytaj więcej…