Z plugawej otchłani polskiej kinematografii, wyłonił się niedawno kryminał-thriller-film grozy-coś. Szumnie zapowiadany jako odrodzenie polskiego horroru, film ten okazał się mało horrorwaty, choć nie pozbawiony kilku elementów kina grozy. DLA CIEBIE I OGNIA miał być jednak przede wszystkim naszym narodowym triumfem kina niezależnego, które już dawno rozdaje karty wśród fanów gatunku. Osobiście targają mną sprzeczne emocje po obejrzeniu obrazu Mateusza Jemioła i Tomasza Zasady. Z jednej strony DLA CIEBIE I OGNIAbłaga widza o odpuszczenie wielu grzechów ciężkich, z drugiej skłamałbym, gdybym napisał, że mi się nie podobało.
Daruję sobie wchodzenie w niuanse fabuły. Wystarczy rzec, że mimo jej porażającej wtórności, film ogląda się całkiem przyjemnie. Może to przełożenie intrygi na polskie realia, może talent twórców, ale byłem pod wrażeniem tempa wydarzeń, rodzących się zwrotów akcji czy chociażby tej odrobiny ożywczego suspensu. Zdjęcia, muzyka i większość zaplecza technicznego też pozytywnie zaskakują. Scenariusz, pomimo prostoty, wydawał się sprawnie napisany, bezpretensjonalny i nie pozwalający na zbytnią nudę. Niestety do czasu. Nie wiem dlaczego ale zupełnie wyłączyłem się na fakt, że w końcówce może spaść z nieba ewentualny twist. Teoretycznie powinienem im to zaliczyć na plus, w praktyce jednak będzie chłosta, bo konstrukcja finału jest tak banalna i oklepana, że naprawdę ciężko jest to przełknąć. Najgorsze jednak, że zgłasza wielkie ambicje i każe nam wrócić do wcześniejszych wydarzeń, co niestety budzi srogie rozczarowanie z powodu nieobecności tej psychologicznej głębi, która przecież powinna tam być. Kolejnym grzechem jest żałosne i amatorskie aktorstwo. O ile trójka głównych bohaterów jeszcze jakoś tam sobie radzi, to drugi plan i epizody są tak horrendalne, że aż śmieszne. Od samego słuchania kwestii dialogowych boli głowa (palma pierwszeństwa bezapelacyjnie należy się tutaj naczelnemu z grzywką). Nie na miejscu jest tłumaczenie, że to przecież film zrobiony za małe pieniądze. Mam zacząć wymieniać tytułu niezależnych produkcji z Europy, które poszczycić się mogą nieskazitelną obsadą? Pozostaje chyba tylko usiąść i zacząć płakać, że w Polsce za wielką kasę można dostać jedynie podstarzałych błaznów w stylu Pazury albo młodych uczestników TAŃCA z GWIAZDAMI, a niski budżet to już domena nieudaczników z ulicy. Mam jednak naiwną nadzieję, że wcale tak nie jest i DCIO jest tylko nieszczęśliwym wypadkiem w temacie.
Tak czy siak, śmigajcie jednak zobaczyć co też nasz piękny kraj znowu wysmażył. Na pewno lepiej poświecić 2 godziny na DLA CIEBIE I OGNIA niż choćby 3 sekundy na PORĘ MROKU. Konsensus jednak nasuwa się jeden: zdecydowanie nie jest źle ale czy z drugiej strony rzeczywiście powinniśmy się cieszyć z kolejnej amerykańskiej kopii, którą reklamują na plakacie sloganami “Zrealizowany w Trójmieście” i “Polska odpowiedź na film ADWOKAT DIABŁA“?
Wszystkie dzieci lubią klauny. A jeżeli gdzieś jeszcze istnieje dziecko, które jakimś cudem nie toleruje tych rozkosznych osobników, to niech natychmiast zdecyduje się na małe rendez-vous z filmem KILLER KLOWNS FROM OUTER SPACE z 1988 roku. Po 1,5 godzinie z obrazem Stephena Chiodo, na niektóre rzeczy człowiek zaczyna spoglądać z zupełnie innej perspektywy.
Ale po kolei. Najpierw skupmy się na bohaterach rodzaju ludzkiego, którzy w tym osobliwym przedstawieniu są albo skończonymi idiotami, albo życiowymi nieudacznikami, ewentualnie tym i tym. Jak wszyscy w horrorach z lat 80-tych, lubią też uprawiać seks w samochodach na odludziu. I podczas jednej z takich schadzek na powietrzu, nasza “para wieczoru” dostrzega niezidentyfikowany obiekt wypluty z przestrzeni kosmicznej. Zaciekawieni tym nietypowym zjawiskiem, oboje natychmiast udają na miejsce prawdopodobnego lądowania. Szybko okazuje się, że na naszą platanę przyfrunął… namiot cyrkowy z bardzo oryginalną załogą w postaci przerośniętych klaunów, których życiowym celem jest rozpuszczanie ludzi w kokonach z waty cukrowej, a następnie sączenie przez słomki tak otrzymanego eliksiru (w tym momencie każdy już chyba zdążył się zorientować co to za film… żeby nie było później narzekania, że to mało straszne jak na horror). Najwyraźniej na ich rodzimej planecie brakuje tego typu atrakcji kulinarnych, więc urocze stworzonka postanowiły nawiedzić Ziemię (a ściślej rzecz ujmując, małe amerykańskie miasteczko), by uzupełnić zapasy na przyszłość. Oczywiście homo sapiens nie poddadzą się bez walki, ale łatwo nie będzie, bo zdobycze techniki klaunów przewyższają nasze o lata świetlne. Do ich bogatego arsenału zaliczyć można chociażby pistolety zamieniające ludzi w watę cukrową, karabiny strzelające niebezpiecznym popcornem czy wreszcie tajemniczą spluwę, która na zawołanie potrafi uwięzić człowieka wewnątrz gumowej piłki w czerwone kropeczki. Tajemnicą poliszynela są balonowe psy-tropiciele i kremowe ciastka zmieniające policjantów w lodowy deser (z wisienką). Czy ludzkość zdoła ujść z życiem?
Mimo, że przebieg tego starcia chwilami nuży, to ZABÓJCZE KLOWNY Z KOSMOSU jest jedną z najlepszych i najoryginalniejszych syntez campowego horroru z absurdalną komedią. Naprawdę zaskoczyła mnie ilość i poziom pomysłów, jakie twórcy KKFOS zaserwowali widzom. To, co wyprawiają te kolorowe upiory przechodzi ludzkie pojęcie i dostarcza ogromnej ilości dobrej zabawy. Całkiem przyzwoity budżet i najwyraźniej wyrozumiali producenci sprawili, że reżyser nie miał żadnych zahamowań i bezpardonowo poszedł na całego. Kolorowa scenografia wnętrz cyrku z jednej strony oszałamia przepychem, z drugiej celowo razi kiczem, przywodząc na myśl jakiś zaginiony odcinek CZY BOISZ SIĘ CIEMNOŚCI? W połączeniu z kapitalną muzyką (utwór przewodni szybko nie da o sobie zapomnieć), efekt audio-wizualny murowany. Jednak najważniejszym elementem filmu są oczywiście same klauny, które wyglądają jakby paliły marihuanę przez całą drogę na Ziemię. Pomijam już ich świetnie wystylizowany wygląd zewnętrzny i przesympatyczny wokal, pomysłowość tych gości trzeba zobaczyć, żeby w nią uwierzyć. Miałem wrażenie jakbym oglądał próbę zekranizowania jakiejś kreskówki dla dorosłych, której twórcy nie zamierzali bynajmniej pozbawiać się przyjemności wrzucenia wszystkich absurdów świata. I dobrze, bo wyszedł z tego kawałek zabawnego, uroczo głupiego i przede wszystkim niesamowicie rozrywkowego kina klasy B, którego ciężko jest nie polubić. Bo czasami wystarczy puścić na chwilę wodze fantazji i w efekcie powstaje coś w sam raz dla dzieci, które lubią klauny i filmowe niespodzianki. Cool.
Detektyw Yoshioka prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczych zabójstw, których ofiary zostały utopione w słonej wodzie. Wszystko wskazuje na seryjnego mordercę. Kiedy na miejscach zbrodni i ciałach ofiar odnajduje swoje własne odciski palców i należące do niego przedmioty, nabiera wątpliwości czy nie jest przypadkiem tym kogo poszukuje. Nie potrafi wyjaśnić ani wskazać swojego alibi na czas popełnienia zbrodni. A może kobieta w czerwonej sukience, która od niedawna zaczęła mu się ukazywać, jest jego szansą na rozwiązanie zagadki? Najpierw musi się jednak dowiedzieć skąd pochodzi i co ich łączy?
Od kilku dni można nabyć polskie wydanie filmu KARA (aka RETRIBUTION aka SAKEBI), którego reżyserem jest jeden z najbardziej utalentowanych rzemieślników współczesnego horroru -- Kiyoshi Kurosawa. Połączenie rytmuSILENT HILL z iście lynchowskimi klimatami, dało jeden z ciekawszych tytułów grozy ostatnich lat. Mimo, że japoński twórca łapie się motywów znanych z wielu innych filmów (w tym swoich własnych), KARA jest świeża, na swój sposób oryginalna i w swojej wysublimowanej stylistce, pozbawiona drażniącej pretensjonalności. Jest to kino artystyczne, wymagające od widza skupienia i cierpliwości, jednocześnie jednak budzące tak wiele emocji, że nie sposób przejść koło niego obojętnie. Mimo, że nie brak tutaj suspensu i ciekawych zwrotów akcji, Kurosawa skupia się przede wszystkim na opowiadanej historii, na prowadzeniu kamery, na wysmakowanych plastycznie kadrach, które bardzo często pokazują więcej niuansów niż sam scenariusz.
Film wywołuje niepokój, bo tak jak poprzednie dzieła reżysera KAIRO, wykreowana rzeczywistość rządzi się specyficznymi prawami a świat przedstawiony pełen jest zła pochodzącego od człowieka. Ciężko jest jednak zaklasyfikować KARĘ jako typowe kino psychologiczne. Jest to raczej obraz popieprzonej psychologii w socjologicznie popieprzonym świecie. Nie każdy będzie mógł się odnaleźć w tego typu stylistyce, ale Kurosawie należą się ogromne brawa za nawiązanie poruszającego i stymulującego dialogu z widzem. Bardzo pomogli mu w tym karkołomnym zadaniu genialni aktorzy -- weteran Kôji Yakusho i eteryczna Riona Hazuki. Nie wypada też nie wspomnieć o nastrojowych zdjęciach czy absolutnie rewelacyjnej ścieżce dźwiękowej, mimowolnie kojarzącej się z najlepszymi utworami z ambientowej kolekcji Akiry Yamaoki. Przedni klimat.
Pozostaje mi więc tylko jeszcze raz gorąco polecić podróż do świata japońskiego geniusza XXI wieku. Świata, w którym dominuje smutek, niezrozumienie i wyobcowanie, a każdy przebijający się przez ten mur ludzki odruch, desperacko kontrastuje się z brudem codzienności. Tak, jak w filmie Kurosawy stary opuszczony szpital pośród industrialnego krajobrazu nabrzeża, jak czerwona sukienka pośród wyblakłych kolorów nowoczesnej metropolii, jak krzyk młodej kobiety pośród ciszy opustoszałych ulic. Fantastyczne, niejednoznaczne i przejmujące podsumowanie filmu, które sugeruje wiele odpowiedzi, stawiając jednocześnie jeszcze więcej pytań. Czy nie jest już za późno, aby odkupić nasze winy wobec świata? Dwa kciuki w górę.
Kino Świat / Cena ok 39 zł / Naiwny ten, kto pomyślał o dodatkach
Cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu, więc i moje filmowe ciągoty dostały trochę po łapach. Z drugiej strony, w tym temacie też nie działo się ostatnio najlepiej i nie było w zasadzie nad czym dumać (żeby daleko nie szukać to przywołam brytyjski torture funMUM & DAD czy boleśnie bezpłciową PARASOMNIĘ Malone’a). O ile w przypadku tych dwóch można było jeszcze liczyć na jakieś atrakcje, to THE HORSEMEN na kilometr śmierdział badziewiem. Co prawda wyszło lepiej niż się spodziewałem, ale to i tak marne pocieszenie bo film Jonasa Åkerlunda to tylko kolejna cegiełka w niekończącym się procesie zwanym “klonowanie SIEDEM/PIŁY w celach zarobkowych”.
Tak się zastanawiam czy rzeczywiście superinteligentni mordercy z amerykańskich produkcji mają aż tak spory fanbase? Bo chyba muszą mieć skoro wciąż powstają o nich filmy, które różnią się jedynie obsadą. Twórcom THE HORSEMEN nawet nie chce się mydlić oczu potencjalnym widzom i wprost dają im do zrozumienia, że znowu będą mieli do czynienia z wymęczonym do przesady materiałem. Okrutnie doświadczony przez los detektyw, który nie może złapać kontaktu z synami plus seryjny morderca, który korzysta z biblijnej przypowieści o Czterech Jeźdźcach Apokalipsy, by torturować boże owieczki i bazgrać krwią na ścianach tajemnicze cytaty z Pisma Świętego… Każdy średnio zorientowany człowiek od razu domyśli się jaki to będzie miało przebieg i finał. Scenariusz jest przygotowany wręcz przesadnie modelowo według przepisu i żadnych, choćby najmniejszych niespodzianek, nie było dane mi przeżyć. Znudzeni życiem znajdą za to trochę niczym nieuzasadnionego gore oraz sceny unieruchamiania, cięcia i wbijania, samoistnie przywodzące na myśl PIŁY i spółkę (jedna z nich jest szczególnie żałosna bo reżyser bardzo starał się nadać jej dramatyczny ton, sugerujący chyba jakąś głębię przyczynowo-skutkową). Również sylwetka głównego przeciwnika postawia wiele do życzenia, budząc raczej znudzenie niż respekt i zaciekawienie. O dziwo, dobrze w tym całym bajzlu spisuje się obsada. Dennis Quaid pokazuje zaskakująco szeroką paletę emocji, natomiast uroda i talent Ziyi Zhang pozwalają choć na chwilę zapomnieć o żenującym sposobie, w jaki została nakreślona jej bohaterka. Podobały mi się również klimatyczne ujęcia scenerii miasta. Coś magnetycznego przebija wtedy z ekranu. Niestety to zdecydowanie za mało, żeby uratować ten film. Szczególnie po tym, co zaprezentowali nam w pompatyczno-banalnym finale. Aż ręce opadają. Ale chyba nikt nie spodziewał się arcydzieła po produkcji Michaela Bay’a?
Kiedy ostatnio jakiś remake dało się obejrzeć z choć odrobiną przyjemności? 14 luty co prawda już dawno za nami, nie powinno to jednak nikomu przeszkodzić w dobrej zabawie podczas obcowania z przeróbką MY BLOODY VALENTINE. Oryginał uważam za jeden z lepszych slasherów lat 80-tych, a nowa wersja na swój bezczelny, amerykański sposób ładnie kontynuuje jego tradycję.
Sam scenariusz już bardziej prosty być nie mógł. Wrzeszczące nastolatki, trójkąt miłosny i zamaskowany psychopata w masce górniczej na twarzy i kilofem w ręce. Dialogi są oczywiście horrendalne a zwroty akcji poniżej krytyki, jednak przecież nie o to tutaj chodzi. Reżyser poskąpił co prawda widzom klimatu i większej dawki suspensu, ale dostosowując film do techniki 3D, udało mu się obdarzyć go potężną dawką energii, faktoru rozrywkowego i czarnego humoru. Gołym okiem widać, że twórców nie specjalnie interesowały takie zagadnienia jak aktorstwo czy scenariusz i całą swoją uwagę poświecili na podporządkowanie filmu efektom trójwymiarowym. Dzięki temu mamy na ekranie wszystko czego dusza zapragnie – od wyrywania serc gołym paniom do nadziewania karłów na czubek kilofa. Wszystko w świetnie wystylizowanej technice gore. Z jednej strony sprawia to, że seans upływa niespodziewanie szybko i przyjemnie, z drugiej jednak nastręcza kilku poważnych wpadek, przez które MBV 2009 jest co najwyżej rozrywką jednorazowego użytku. O ile absurdy i prostotę scenariusza można przełknąć, to już aktorstwo momentami działało mi na nerwy. Kerr Smith i Jamie King są jeszcze do zaakceptowania ale cała reszta nadaje się najwyżej na mydło. Szczególnie tragiczna rola Toma Atkinsa, który ginie zdecydowanie zbyt późno (powinni go wypatroszyć już na wstępie, kiedy wyrzuca z siebie monolog do lustra). Jensen Ackles z tą swoją wytapetowaną i niewyrażającą żadnych emocji buźką, idealnie nadawałby się na ofiarę nr 2 lub 3, ale na pewno nie na bohatera pierwszego planu. Bez jaj (choć i tak daleko mu do żenady jaką zaprezentował jego przyjaciel Padelecki w przeróbce PIĄTKU 13-TEGO). Również finał MBV rozczarowuje. I nie chodzi o absurdalny i do bólu przewidywalny twist, a o kompletny brak fajerwerków. Liczyłem na coś więcej. Mimo wszystko jednak warto zapoznać się z obrazem Lussiera bo pewnie prędko nic tak dobrego z USA nie przyfrunie. A jak ktoś celuje trochę wyżej, to od czego krąży po świecie oryginalny MY BLOODY VALENTINE?
Znowu zgwałcili Barkera. Po zeszłorocznej kiczowatej ekranizacji THE MIDNIGHT MEAT TRAIN rodem z USA, przyszła kolej na Brytyjczyków, którzy również postanowili sięgnąć po dobrodziejstwa 6-cio częściowej serii KSIĘGA KRWI. Niestety efekt końcowy jest tragiczny. Co prawda nie pamiętam już opowiadania, na podstawie którego powstał film Johna Harrisona, ale mogę się założyć, że z Barkerem łączy go jedynie tytuł i nazwisko na plakacie. BOOK OF BLOOD to amatorszczyzna najwyższej próby, która idealnie nadawałaby się do naszej TVP na środową opowieść z dreszczykiem. Z całym szacunkiem, tylko zabiegane i zafascynowane MODĄ NA SUKCES gospodynie domowe jest w stanie zainteresować i przerazić ten naiwny bełkot. Praca kamery, scenariusz, aktorstwo, prowadzenie akcji – to wszystko na kilometr śmierdzi tutaj produkcją telewizyjną. Twórcom wydaje się, że sam fakt obecności nawiedzonego domu zmrozi nam krew w żyłach i nie będziemy gderać na idiotyczne zagrywki reżysera. Brak jakiegokolwiek suspensu i upiornych atrakcji jest tak nachalny, że straszna muzyka musi uderzać w głośniki w chwilach, gdy na ekranie nie dzieje się absolutnie nic. Główny bohater jest tutaj tylko po to, żeby złamać serce pani profesor i świecić gołym tyłkiem przez pół filmu. Z kolei pani profesor gada, gada i gada, deszcz za oknem pada a ona ciągle gada, marząc jakby się tu wślizgnąć do łóżka młodego samca. Ich wzajemne relacje i sposób ich przedstawienia każe nam się zastanowić, czy to aby na pewno jest ekranizacja prozy Barkera a nie jakiś twór z wydawnictwa “Harlequin”. No ale znalazło się tutaj miejsce również dla horroru – komputerowe duchy, które najwyraźniej nie mają nic lepszego do roboty jak tylko czekać aż nasz bohater zrzuci ciuchy i wtedy do woli wydrapywać na jego ciele różne dziwne konstelacje. Wspominałem o komputerowych ważkach, które przybyły z drugiej strony aby oświecić sceptyczną panią profesor? Doszły mnie ostatnio słuchy, że BOOK OF BLOOD zamiast do kin trafi od razu do SciFi Channel. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszego miejsca dla tego filmu.