Pod koniec ubiegłego roku zmarł na raka Michael Crichton – producent, reżyser, scenarzysta, lekarz medycyny ale przede wszystkim jeden z najbardziej uzdolnionych pisarzy XX wieku. Człowiek, którego praktycznie każda książka odnosiła spektakularny sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny. Jeden z niewielu autorów, którego pomysły były kupowane przez Hollywood na długo nim ujrzały światło dzienne. Fenomen Crichtona polegał na jego zdumiewającej umiejętności celnego postrzegania największego zagrożenia nowego millenium – gwałtownego rozwoju zaawansowanych technologii i nienadążającej za nim intelektualnej ewolucji człowieka. I nie była to powierzchowna paplanina, mająca na celu ukryć popowe zapędy reżysera, ale kompleksowa, dojrzała i konstruktywna krytyka współczesnej nauki, zamknięta w konwencji fantastyczno-naukowego thrillera. Crichton nie tylko potrafił wyprzedzić czasy, w których przyszło mu tworzyć (ba, udało mu się nawet wyprzedzić dzisiejszą rzeczywistość) ale stworzył też od podstaw zupełnie nowy gatunek – technothriller.
Cały świat czeka obecnie na premierę dwóch książek Crichtona, które zdążył napisać przed śmiercią (przygodówka ukaże się jeszcze w tym roku a nowy thriller technologiczny w połowie przyszłego), ja natomiast postanowiłem przypomnieć sobie jego pięć najgłośniejszych powieści i ich pięć filmowych adaptacji.
Dobra, dzisiaj będzie trochę campowo. Na dzień dobry jeden z moich ulubionych przedstawicieli kina animal attack czyli FROGS z 1972 roku. Treść jest zabójcza: wiekowy milioner postanawia wyprawić przyjęcie urodzinowe w swej wielkiej posiadłości na odizolowanej wyspie. W komplecie przybywa więc jego chciwa rodzinka, która tylko czeka aż dziadek wyzionie ducha, a im przypadnie ogromny spadek. Niedoczekanie jednak bo ów zgryźliwy bogacz bardzo podpada mieszkańcom okolicznych bagien, które sukcesywnie niszczy. I teraz, w dzień przyjęcia, miejscowa fauna pod przywództwem morderczych żab postanawia zemścić się na seniorze i jego zachłannej rodzinie. Kroi się gruba zabawa…
Święta, Święta i po Świętach, a za 3 dni na ekrany naszych kin wchodzi film THE UNINVITED… Blah, moje rymy są do dupy. W każdym razie jeżeli ktoś planował wybrać się do kina na remake genialnego koreańskiego chillera A TALE OF TWO SISTERS, to teraz najwyższa pora zweryfikować swoje plany. Amerykańska przeróbka wypada nie najgorzej na tle pobratymców, ale (a to niespodzianka) nie ma kompletnie nic do zaoferowania. Historia jest właściwie identyczna jak u Azjatów, obdarta jednak z subtelności i wizualnej charyzmy oryginału. Film zgłasza również ambicje kina psychologicznego, a że ta psychologia u Amerykanów nadaje się najwyżej dla 10-latków, całość szybko zaczyna śmieszyć. Twórcy próbują mylić tropy (jak ten ze starszą siostrą czy upiorną macochą), ale wychodzi im to tak nieudolnie, że aż żal na to patrzeć. Nigdzie nie zauważyłem też choćby krzty klimatu czy napięcia. THE UNINVITED bardzo dobrze natomiast korzysta z talentu swoich trzech urodziwych aktorek. Dzięki tym paniom, wydumana opowiastka nie nudzi, a jednowymiarowe bohaterki nabierają kształtów i przyjemnie się je ogląda. Szczególnie Banks w roli macochy wyjątkowo zgrabnie porusza się po ekranie. Wspomnieć również trzeba o najważniejszym: twist. Identyczny jak oryginale, choć brutalnie pozbawiony dramatyzmu i głębi koreańskiego obrazu, a wzbogacony dodatkowo jakimś idiotycznymi wątkami pobocznymi. A więc co tu więcej można napisać? THE UNINVITED to film dla specyficznie odmóżdżonej amerykańskiej widowni, która nie jest w stanie zrozumieć geniuszu A TALE OF TWO SISTERS. Skoro jednak my, Europejczycy mamy wybór, po cholerę w ogóle zawracać sobie głowę tą jankeską papką?
Była jazda ale teraz, zgodnie z zapowiedziami, pora spojrzeć z trochę bardziej optymistycznej perspektywy na amerykański pęd ku przerabianiu klasyków grozy. Ktoś spyta czemu akurat 23? Ano dlatego, że postanowiłem zebrać w jednej kupie wszystkie przeróbki, które są moim skromnym zdaniem godne uwagi. Poniżej więc, tylko i aż 23 najlepsze remake’i filmów grozy, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dzienne.
Postanowiłem ostatnio sięgnąć sobie po jakiegoś starocia z zamierzchłych czasów kultu vhs. Padło na SHADOWZONE z 1990 roku bo podświadomie nie najgorzej mi się kojarzył. Siad więc płaski w fotelu, jakieś orzeszki i let’s go. Pierwsze wrażenie -- kolejna uboga wersja ALIENa (plakat sugeruje, że również CarpenterowskiegoTHINGa). Jakiś kapitan NASA z kwadratową szczęką, udaje się na inspekcje do podziemnego laboratorium, gdzie mają miejsce tajemnicze eksperymenty dotyczące snów i ich ewentualnej roli przy otwieraniu bram do innego wymiaru bla bla bla…
Samo laboratorium prezentuje się raczej tandetnie, co nie powinno dziwić z uwagi na fakt, że producentem tego filmu jest FULL MOON ENTERTAINMENT (czyli takie Sci-Fi Channel XX wieku, jakby ktoś pytał). Wszystkie pomieszczenia wyglądają tak samo, wszelkie dziury w scenografii próbuje się zamaskować brakiem oświetlenia a aktorzy jedzą z przedwojennych talerzy. Idźmy dalej. Z myślą o spragnionych wrażeń, producenci wrzucili do eksperymentalnych tub ładnie wyrzeźbioną parę, którą możemy podziwiać full frontal, i przez którą do naszej rzeczywistości przypełza jakiś niebezpieczny byt. Szef projektu decyduje się więc na inspekcję pomieszczenia z ową parą, aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym paskudztwie z innego wymiaru. Po kilku minutach bezowocnych poszukiwań, pan doktor nagle odwraca się i… mało nie spadłem z fotela! Przecież to Madame Pip aka Panna Pypeć we własnej osobie!!! Na śmierć zapomniałem, że to cholerstwo pochodzi z tego filmu (w dzieciństwie się jej bałem jak diabli). I w sumie od tej pory zaczyna się jazda z górkiczyliwycinanie w pień wszystkich bohaterów przez krwiożerczego potwora, przyjmującego fizyczną formę ich najgorszych lęków (w finale żerował chyba na czyimś strachu przed plastelinowymi kukiełkami z XTRO 3).
Producentom udało się zgromadzić całkiem imponującą obsadę jak na tego typu tytuł (szczególnie biorąc pod uwagę kaliber postaci jakie przyszło im grać). Nagrodzona Oscarem za LOT NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM Louise Fletcher, beznamiętnie wyrzuca z siebie kretyńskie monologi i w każdej scenie tarmosi szminkę, którą smaruje się co 10 minut. Gdzieś obok niej snują się gwiazda BAYWATCH Shawn Weatherly i król drugiego planu James Hong, w roli jej mało rozgarniętych kumpli-naukowców. A sam film? Kilka fajnych pomysłów, przyjemna atmosfera, rozpadająca się scenografia za 2 dolary, gore, campowe aktorstwo i pokaźnych rozmiarów była burdelmama, którą zjada wielki szczur… Jeden z lepszych przedstawicieli kina so bad it’s good. Kciuk w górę.
PS. A propos SCI-FI Channel… Niedawno wyczytałem, że jeszcze w tym roku ta wiekopomna stacja zmieni swoją nazwę na SyFy. Ten news chyba nie wymaga komentarza.