Nie lubię dzieci. Takim małym brzdącem, co to ledwo się siadać nauczył, jestem w stanie się zająć przez pewien okres czasu, ale te wszystkie rozwrzeszczane kilkulatki powodują u mnie niepohamowane ataki irytacji. Najchętniej zapakowałbym to całe towarzystwo w rakietę i wysłał w stronę Słońca (kogo obchodzi przetrwanie gatunku?). Najnowszy film Toma Shanklanda (W DELTA Z) raczej nie przyczyni się zmiany mojego nastawienia. Wręcz przeciwnie.
THE CHILDREN rozpoczyna się bardzo spokojnie. Uroczy domek na odludzi, dwie rodziny witające się na ścieżce, śnieg, choinka, światełka, prezenty i czwórka dzieci, które biegają, krzyczą i rzygają na trawnik. Szybko jednak ta kontrowersyjna idylla przekształca się w coś znacznie mniej przyjemnego. I twórców kompletnie nie obchodzi jak i dlaczego. Po prostu dzieci zaczynają nagle przejawiać mordercze skłonności w stosunku do dorosłych.
Fabrice Du Welz mocno namieszał w horrorowym światku swoim kontrowersyjnym debiutem. CALVAIRE ciężko jest co prawda tytułować arcydziełem, ale zdecydowanie sprawdził się jako kino odważne, oryginalne i wzbudzającego potężne emocje. Kino, obok którego nie można było przejść obojętnie. I wszystko wskazywało na to, że belgijski reżyser swoim kolejnym filmem pokaże się światu z jeszcze lepszej strony. Niestety VINYANto spory krok wstecz.
Du Welz tak samo jak Brytyjczyk Sean Ellis w tegorocznym THE BROKEN, po mistrzowsku kreuje przedstawione w filmie środowisko, ale kompletnie nie potrafi go zapełnić. Rewelacyjnie sfotografowana tajska dżungla, staje się miejscem nie tylko pięknym i tajemniczym, ale też wrogim, niebezpiecznym, za wszelką cenę broniącym swoich sekretów przed intruzami z zewnątrz. Widz całkowicie zapomina o rzeczywistości i jest w stanie uwierzyć reżyserowi, że nie istnieje nic poza skąpanym w deszczu mrokiem, ziejącym wprost z tego zielonego piekła. Duża w tym zasługa świetnego montażu i klimatycznej ścieżki dźwiękowej, oblepiającej nas z każdej strony. VINYAN posiada więc imponujący czar, ale niestety nie na długo on starcza.
Czekałem na THE BROKEN Seana Ellisa jak na zbawienie, niestety znowu dostałem kopa i zamiast znaleźć się w niebie, z trudem wylądowałem w czyśćcu. Czytałem niedawno wywiad z tym brytyjskim reżyserem i twierdził on, że nie interesuje go zbytnio treść samego filmu, a raczej skonstruowanie tak swojego dzieła, aby widz skupił się na obrazach i odczuciach, jakie w nim wywołują. Problem jednak w tym, że o ile THE BROKEN faktycznie ma niewiele do powiedzenia, to z tym wywoływaniem emocjonalnych orgazmów też nie jest najlepiej.
Ellisowi ewidentnie nigdzie się nie śpieszy a ja nie mam w zwyczaju czepiać się powolnego tempa akcji, ale to co się tutaj wyprawia to lekkie przegięcie. Główna bohaterka przez większą część filmu patrzy się lustro albo beznamiętnie przemieszcza się między lokacjami, które bez ładu i składu zmieniają się jak w kalejdoskopie.
Twórcy próbują poskładać swoją wizję przy pomocy takich wyjadaczy jak PSYCHOZA czy INWAZJA PORYWACZY CIAŁ, jednak odwołania te są tak chaotycznie posklejane, że ciężko jest tutaj coś głębszego wydedukować. Pozbawiona emocji reżyseria Ellisa sprawdza się tylko połowicznie: pasuje do klimatu ale zdecydowanie nie służy opowiadanej historii. Trzeba jednak pana reżysera za coś pochwalić. Budowanie nerwowej atmosfery przy pomocy zdjęć i dźwięków wychodzi mu fantastycznie. Kliniczna, przygnębiająca kolorystyka, podkreślona dodatkowo świetną ścieżką dźwiękową, robi intrygujące wrażenie. Reżyser razem z operatorem kamery po mistrzowsku zbudowali sztuczny, przygnębiający i wyobcowany świat. W tym nieprzyjaznym środowisku znakomicie odnajduje się Lena Headey, wchodząc w swoistą symbiozę z chłodną konwencją filmu. Jej pozornie oszczędna kreacja idealnie wkomponowuje się w krajobraz THE BROKEN. Nie sposób oderwać wzroku od jej spojrzenia, sposobu poruszania się czy choćby nawet ułożenia włosów. Aktorzy drugoplanowi są za to całkowicie tutaj zbędni i snują się przez cały seans jak żywe trupy, nie mając właściwie nic do roboty. Na końcu tej podróży czeka na nas oczywiście twist, który taki zaskakujący znowu nie jest. Można próbować z pytaniami o mentalną kondycję głównej bohaterki, jednak Ellis zbyt topornie insynuuje ciąg niektórych wydarzeń, by ta interpretacja przetrwała. Mało tego. Cała konstrukcja filmu ległaby wtedy w gruzach. Zamiast dumania pozostaje nam więc podziwianie plastycznie wysmakowanych kadrów, charyzmy Headey i sprawnie nakręconego finału. Może następnym razem się uda.
Tak sobie siedzę i zastanawiam się, co by tu mądrego napisać o rimejku THE LAST HOUSE ON THE LEFT. Tegoroczna przeróbka świetnego debiutu Wesa Cravena (który z kolei wzorował się na ŹRÓDLE Bergmana) jest bowiem tak przeciętna i nijaka, że naprawdę ciężko jest mi coś konstruktywnego tutaj wykrztusić. Miło było w końcu zobaczyć remake nie obrażający inteligencji widza, ale obraz Dennisa Iliadisa ani przez chwilę nie wybija się poza kino średniego kalibru. Można powiedzieć, że fabularnie całość dosyć wiernie trzyma się wersji z 1972 roku. Urocza panienka z dobrego domu i jej koleżanka trafiają na bandę psychopatów. Jedna pani ginie, druga zostaje zgwałcona i postrzelona. Po tej serii niecnych uczynków, mordercy udają się do najbliższego domu, w którym mieszkają rodzice jednej z dziewczyn. No i się zaczyna. Film przeważnie nie nudzi i, co trzeba oddać reżyserowi, jest dosyć brutalny i bezkompromisowy. W porównaniu jednak z wersją Cravena (która nawiasem mówiąc była znacznie mniej dosłowna) nowy HOUSE jest jak przechadzka po Disneylandzie. Akcja posuwa się do przodu, suspens jednak gdzieś się zawieruszył. Film nie robi na odbiorcy żadnego wrażenia. Efektownie nakręcone sceny (jak ta przy zlewie), giną wśród oklepanych i tandetnych zabiegów, które bawią przy nieuniknionym zestawieniu z oryginałem (niech scena gwałtu-ucieczki do jeziora-strzału będzie najlepszym przykładem). Aktorsko jest nieźle. Jednowymiarowa banda psycholi wypada dobrze, choć Krug w interpretacji Garreta Dillahunta to czysta kpina w porównaniu z przeszywającą kreacją Davida Hessa z 1972 roku. Sarah Paxton jako niedoszła ofiara wypada raczej bezpłciowo, świetnie za to radzą sobie Monica Potter i Tony Goldwyn w roli jej rodziców i zarazem bezlitosnych katów.
Na koniec chciałbym jeszcze poruszyć jedną kwestię. Twórcy filmu (jak i zachodni recenzenci) głośno krzyczeli o realizmie nowej wersji OSTATNIEGO DOMU NA LEWO. Nie bardzo jednak wiem, o co im chodziło. Bo z moich obserwacji wynika, że jest ciągle ten sam amerykański realizm, w którym dziarski tatuś i śliczna mamusia (wyglądająca młodziej niż własna córka) rozwalają bandę psycholi przy pomocy młotka, rozdrabniarki w zlewie i kilku innych przydatnych gadżetów. Na samym końcu unieruchamiają szefa bandy, wkładają jego głowę do kuchenki mikrofalowej a po fajerwerkach, przytuleni odpływają łódką w blasku wschodzącego słońca. Urocze.
Najlepszy serial grozy w historii telewizji. Nieśmiertelne intro z rozpoznawanym na całym świecie utworem Danny’ego Elfmana. Sympatyczny Strażnik Krypty, który zasłużenie został ikoną horroru, a jego ułomne i nieśmieszne żarty oraz zaraźliwy śmiech (świetny dubbing Johna Kassira) stały się wizytówką tego show. Serial pełen ironii, czarnego humoru i makabry. Ociekający seksem i przerysowanym gore ale niepozbawiony przy tym celnych refleksji i przewrotnych morałów. Całość kapitalnie wykreowana przez grupę utalentowanych przyjaciół, którzy postanowili przełożyć popularny komiks na język telewizji. Poszczególne odcinki reżyserowali najlepsi a główne role grały w nich największe gwiazdy Hollywood (swego czasu zaszczytem było wystąpienie choćby w epizodzie). Oryginalna i kultowa produkcja, na której wychowało się jedno pokolenie i do której z takim samym zapałem będą wracać kolejne.
Na 80 odcinków (ostentacyjnie pomijam londyński 7 sezon, który był beznadziejny) te słabe mógłbym policzyć na palcach jednej ręki, stąd też ciężko było mi się zamknąć w jakiejś sensownej liczbie. Poniższa 30 jest więc ostro wyselekcjonowana i reprezentuje absolutnie najlepsze, co mnie spotkało przy obcowaniu z fenomenem zwanym TALES FROM THE CRYPT.
13 marca do naszych kin zawita francuski shocker MARTYRS (czyli według polskich dystrybutorów SKAZANI NA STRACH … ten kto zatwierdził ten tytuł powinien zostać oskalpowany). Film, który przez ostatni rok obrastał olbrzymim hype’m, a którego ów hype okazać się może największą zgubą. Bo mimo, że obraz Pascala Laugiera robi potężne wrażenie, to jego niespójna i niedopracowana forma konsekwentnie psuje nam odbiór całości.
Żeby dotrzeć do sedna problemu, trzeba rozebrać film Laugiera na czynniki pierwsze. Najpierw wita nas intrygujący wstęp, w którym poznajemy dzieciństwo głównych bohaterek. Następnie przeskakujemy do bezkompromisowego i szalenie brutalnego revenge movie, który po 20 minutach zaczyna w przejmujący sposób dotykać problemów winy i odkupienia. Do tego momentu reżyser radzi sobie bardzo dobrze. Kiedy jednak na scenę wkracza główny czarny charakter, misternie pleciona konstrukcja zaczyna się twórcom wymykać spod kontroli.