Za nami kolejne 12 miesiÄ™cy. Z perspektywy czasu muszÄ™ stwierdzić, że byÅ‚ to rok tylko i aż dobry dla fana filmowego horroru. Tylko, bo nic przeÅ‚omowego ani szokujÄ…cego siÄ™ nie wydarzyÅ‚o i aż, bo mimo wszystko pojawiÅ‚o siÄ™ sporo Å›wietnych produkcji i nie miaÅ‚em żadnych problemów z uÅ‚ożeniem 10 najlepszych filmów. USA dogorywa i w tym roku żaden amerykaÅ„ski mainstream mnie nie porwaÅ‚. Year 2008 pokazaÅ‚, że Jankesi coraz bardziej pogrążajÄ… siÄ™ w bagnie debilnych remake’ów, niemrawych kopii i tanich sequeli. Nawet seriale nie chcÄ… już im wychodzić i po 8 odcinkach musieli anulować swojÄ… żaÅ‚osnÄ… próbÄ™ odcinania kuponów od MASTERS OF HORROR zatytuÅ‚owanÄ… FEAR ITSELF (który jednak wraca w poÅ‚owie stycznia, pewnie z kolejnÄ… porcjÄ… shitu). Bardzo cieszy natomiast coraz powszechniejsza tendencja do zwracania uwagi na kino niezależne i rosnÄ…ca pozycja Europy, która coraz Å›mielej pokazuje, że nie boi siÄ™ oryginalnoÅ›ci, eksperymentów i ma gdzieÅ› cenzurÄ™. Filmy grozy ze Starego Kontynentu majÄ… siÄ™ dzisiaj nawet lepiej niż horror azjatycki w okresie najwiÄ™kszej Å›wietnoÅ›ci. W tym roku nasze zmysÅ‚y cieszyÅ‚y dwie kapitalne produkcje, które już przeszÅ‚y do klasyki: francuski INSIDE i hiszpaÅ„ski [REC] (szczególnie ten drugi wywoÅ‚aÅ‚ małą burzÄ™ na rynku filmowym, stajÄ…c siÄ™ wielkim sukcesem zarówno komercyjnym jak i artystycznym). A co jeszcze nas spotkaÅ‚o przez ostatnie 365 dni?
W koÅ„cu pojawiÅ‚a siÄ™ kolejna edycja jakże radosnego okresu w życiu każdego czÅ‚owieka. Znowu Å›wiateÅ‚ka i plastikowe MikoÅ‚ajki w co drugim oknie (mam nadziejÄ™, że tym roku nikt nie bÄ™dzie próbowaÅ‚ przemycić niczego podobnego do mojego pokoju). Znowu wielkie przygotowania miliona potraw, których potem nikt nie je. Znowu gorÄ…czkowe zgadywanie co kupić najbliższym. Znowu choinki narysowane na wszystkim co ma wiÄ™kszÄ… powierzchniÄ™ niż 2×2 metry. Znowu sÅ‚uchanie tych samych piosenek, puszczanych w radiu co 15 minut (z akcentem na LAST CHRISTMAS Wham i ALL I WANT FOR CHRISTMAS Mariah Carey). Znowu rodzinne zjazdy peÅ‚ne ciepÅ‚a, miÅ‚oÅ›ci i narzekania na wszystko co siÄ™ rusza. Znowu te same filmy w TV. Znowu góra maÅ‚o przydatnych prezentów. Znowu widok apetycznych paÅ„ ekspedientek ze sklepów z prezentami, ubranych w swetry z wyszytymi reniferami i noszÄ…cych na gÅ‚owie za duże czapki ÅšwiÄ™tego MikoÅ‚aja (to już chyba jakaÅ› plaga!). Znowu kilometrowe kolejki w supermarketach. Znowu kasjerki, którym skoÅ„czyÅ‚ siÄ™ papier do paragonów. Znowu ludzie, którzy nie umiejÄ… pÅ‚acić kartÄ… i wykrzykujÄ… swój pin w stronÄ™ pilota, zamiast użyć znajdujÄ…cych siÄ™ na nim przycisków. I znowu brak czasu i cierpliwoÅ›ci na to wszystko (tutaj łączÄ™ siÄ™ w bólu ze wszystkim, którzy jeszcze nie zrobili Å›wiÄ…tecznych zakupów – mnie też czekajÄ… poniedziaÅ‚kowo-wtorkowe przepychanki w marketach).
Ale dość narzekania bo na koÅ„cu i tak liczy siÄ™ tylko niezaprzeczalna, wszechobecna atmosfera Bożego Narodzenia, której nieodłącznÄ… częściÄ… sÄ… również te irytujÄ…ce jego aspekty. Tak wiÄ™c wszystkim WesoÅ‚ych ÅšwiÄ…t, dużo cierpliwoÅ›ci, jak najmniej bezużytecznych prezentów, przyjemnego odpoczynku i dobrego trawienia wigilijnych potraw. No i niecenzuralnego Sylwestra oraz wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku. Å»ebyÅ›my w 2009 oglÄ…dali tylko same dobre horrory. A propos… jakby komuÅ› nie wystarczyÅ‚a dawka rodzinnego terroru, to standardowo wrzucam poniżej kilka Å›wiÄ…tecznych tytułów do oglÄ…dania w wigilijno-bożonarodzeniowe wieczory i nie tylko:
Ale jestem wkurwiony. Wiedziałem, że to będzie syf ale aż takiego gówna się nie spodziewałem. SILENT HILL: HOMECOMING podniósł mi ciśnienie ale niestety nie w taki sposób jaki powinien. Granie w 5 odsłonę tej kultowej serii przypominało momentami wyrywanie zęba bez znieczulenia. Właściwie to już po pierwszym levelu miałem dość tej gry i mój palec cały czas bezwarunkowo zmierzał w stronę klawisza [ESC]. Postanowiłem jednak być twardy. A może okaże się, że dalej jest lepiej? Niedoczekanie. Oddanie tego tytułu w ręce Amerykanów to najgorsza rzecz jaką mogli zrobić Japończycy. HOMECOMING to festiwal nudy, zrzynania i kompletnego braku grozy i napięcia.
Zbliża siÄ™ koniec roku, pora zrobić rachunek sumienia i nadrobić zalegÅ‚oÅ›ci w lekturze. A wÅ‚aÅ›ciwie odkurzyć mojÄ… minikolekcjÄ™ kilkunastu książek. PadÅ‚o na rozmiary kieszonkowe bo te najÅ‚atwiej przemycić w teren. Z przykroÅ›ciÄ… stwierdzam, że Guy N. Smith jest do bani. ZmÄ™czyÅ‚em jakieÅ› dwie historie o krabach i siÄ™ poddaÅ‚em. Trzeba bÄ™dzie to komuÅ› opchnąć pod choinkÄ™. Knight natomiast wciąż po tylu latach trzyma siÄ™ bardzo dobrze. Na pierwszy ogieÅ„ poszedÅ‚ GEN – najbardziej udana jego książka i zarazem kwintesencja opowieÅ›ci klasy B. Jest tu wszystko to, co misie lubiÄ… najbardziej. Eksperymenty genetyczne, paskudny potwór, klimatyczne miejsce na rozgrywkÄ™ i peÅ‚no seksu (miejscami dosyć groteskowego). KretyÅ„skie dialogi idealnie komponujÄ… siÄ™ z gÅ‚upim zachowaniem bohaterów a trup Å›ciele siÄ™ gÄ™sto. Fajnie, że autor prócz niesamowitego tempa i sporej dawki napiÄ™cia, zaopatrzyÅ‚ swoje dzieÅ‚o w klimat czyli coÅ›, czego nie przywykÅ‚em oczekiwać od książek ze stajni PHANTOM PRESS. Poza tym jest to jeden z tych tytułów, które można czytać przynajmniej raz na 2 lata i z każdym razem odczuwać przy tym równie wielkÄ… przyjemność.
Gry z serii RESIDENT EVIL utożsamiają wszystkie najlepsze motywy kina klasy B, na których się wychowałem. Zombie, eksperymenty genetyczne, zmutowane potwory a całość polana sosem mrocznego i nastrojowego horroru. Czekałem więc, po rozczarowaniu filmami Andersona, na najnowszą i tym razem animowaną wersję przygód wirusa T i spółki. Za obraz postanowili wziąć się Japończycy czyli nastąpił długo oczekiwany powrót do korzeni. I miało być tak dobrze. RESIDENT EVIL: DEGENERATION lubić się niestety nie da.
Zacznijmy od tego, że to kino dla naprawdę oddanych fanów serii. Osoby, które nie znają bądź nie lubią gier RE, nie mają tutaj czego szukać. Twórcy postanowili przetransportować kilka rzeczy z konsoli wprost do filmu. Nieskomplikowana historia oraz dziecinne i wydumane dialogi najszybciej rzucają się w oczy. Jest też dwójka bohaterów, którą mogliśmy podziwiać w drugiej części gry i która miała ze sobą znacznie większą interakcję w wyżej wymienionej. Na chwilę pojawiają się również stali ulubieńcy publiczności czyli zombie, w drętwym epizodzie na lotnisku. Jest fatalnie zaprojektowany na wzór Birkina z RE2 mutant, który poza skakaniem i gadaniem nie ma tu wiele do roboty. Cały czas mnie natomiast zastanawiało gdzie podziały jakieś porządne lokacje? Gdzie klimat? Gdzie są potwory? Co z genialną ścieżką dźwiękową? Gdzie jest groza i napięcie? Brak tego ostatniego okazał się przysłowiowym gwoździem do trumny. Zrobili z tego filmu jakiś przegadany thriller, który nie ma zbyt wiele wspólnego ze swoim komputerowym rodowodem, za to stanowczo za dużo z Millą Jovovich i Paulem Andersonem. Marna próba wprowadzenia do historii wątku o bioterroryzmie i chaotyczne wątki poboczne jeszcze pogarszają całą sytuację. Najbardziej odczuwalny jest jednak brak wyrazistego przeciwnika. Scenarzysta bawi się z widzem w ciuciubabkę, by w finale przywalić chyba najgorszym możliwym rozwiązaniem. W ogóle scenariusz jest beznadziejny, nawet jak na tego typu kino. Amerykańska rozpierdalanka w najprostszym wydaniu pomieszana z japońskim patosem i prowokującym do śmiechu dramatyzmem. Humor poprawia trochę ostatnie 30 minut ale horroru tam też nie ma. Po prostu bieganie nad wielką dziurą w ziemi jest na tyle dobrze sprzedane, że po początkowym zalewie nudy, przyjmujemy je jak pustynia deszcz.
Na pewno trzeba pochwalić stronę techniczną filmu. Co prawda wygląd postaci dosyć często kuleje, ale animacja lokacji jest fantastyczna. Ogień w finale jak żywy. A no i finał. Sama końcówka, w której zostajemy poczęstowani prologiem do RESIDENT EVIL 5, jest iście hollywoodzka ale bardzo efektowna. Po samym seansie naszła mnie jeszcze tylko taka smutna refleksja. Te wszystkie niedobre korporacje farmaceutyczne mogą powstawać jak grzyby po deszczu, ale prawdziwego geniuszu zła w postaci ś.p. Umbrelli chyba nikt nie będzie w stanie zastąpić. Może pora ją reanimować?
Wydany niedawno box ze wszystkimi częściami KOSZMARU Z ULICY WIĄZÓW, zmobilizował mnie do odkurzenia tego kultowego już tytułu i sprawdzenia, jak ma się w dzisiejszych czasach. Zabrałem się jednak tylko za pierwszą i siódmą część (czyli jedyne wyreżyserowane przez Cravena), bo mój nieszczęsny romans sprzed kilku miesięcy z pozostałymi, nadal odbija mi się ciężkim kacem. I muszę stwierdzić, że jeżeli kultowość filmu mierzy się jego efektywnością na przestrzeni mijających lat, to filmy Cravena w pełni zasługują na to miano. Naprawdę ciężko jest się do czegokolwiek przyczepić oglądając pierwszy A NIGHTMARE ON ELM STREET z 1984 roku. Prawie 25 lat minęło od premiery a ten film nie zestarzał się ani trochę. Trzyma w napięciu jak diabli, akcja rwie do przodu a faktor rozrywkowy jest ogromny.