30
paź

Happy Halloween



W nocy z 31 października na 1 listopada rusza kolejna edycja Wigilii Wszystkich Świętych. Każde dziecko wie, że Halloween to wyjątkowy czas dla wszystkich wielbicieli horrorów.  Jest to jedyna taka noc w roku, kiedy zmarli 400pxwstają z grobów, aby krążyć wśród żywych, a z okien domów spoglądają złowieszcze uśmiechy wydrążonych dyń, kryjących zagubione dusze pod postacią małych ogników. Pustymi ulicami niesie się przerażający chichot, a świecące szkielety i pomarańczowe latarnie ogrzewają nieprzyjemny chłód nocy. Jest to również czas (tak tak, Polacy też już przejęli ten zwyczaj), kiedy małe szkodniki, przebrane za zombie i czarownice, dobijają się do naszych domów w nadziei na darmowego cukierka albo jakąś gotówkę. Jeżeli akurat nie macie ani jednego ani drugiego, to nie polecam otwierać drzwi, bo możecie skończyć jak mój sąsiad, który w zeszłym roku poskąpił gorsza i na drugi dzień musiał usuwać z wycieraczki mieszaninę ketchupu, papieru toaletowego i jakiejś szarej substancji nieznanego pochodzenia. Zamiast tego zamknijcie się na cztery spusty, zasłońcie okna roletami, zaopatrzcie się w coś na ząb i przygotujcie psychicznie na seans filmowy. Oczywiście nie może to być pierwszy lepszy horror. Halloween to czas grozy i makabry, ale również dobrej zabawy. Tak więc oprócz gęsiej skórki, powinno się również dostarczyć organizmowi solidnej dawki rozrywki i odpowiedniego klimatu. Poniżej więc garść tytułów, które się idealnie nadają na tą jedyną taką noc w roku. Happy Halloween, Boils and Ghouls!

happyhalloweenanimatedpumpkins.gif

czytaj więcej…

kategoria wpisu: filmy brak komentarzy
26
paź

Piła Pięć



Trudno uwierzyć, że to już 5 część przygód Jigsawa – największego ulubieńca publiczności saw555.jpgostatnich lat. Jakby to było wczoraj, pamiętam moje zgrzytanie zębami na aktorstwo w PILE nr 1. Kto by pomyślał, że ta seria stanie się takim sukcesem komercyjnym. Że ludzie będą wynosić ją na piedestały psychologicznego horroru. Że dzięki niej czeka nas zalew naśladujących ją filmów, straszących bezcelową przemocą i groteskowym montażem. A jednak. O ile jeszcze pierwsze trzy PIŁY na swój sposób trzymały jakiś tam poziom, to część 4 raziła już nudą i brakiem efektownych sposobów uśmiercania. No bo nie oszukujmy się, właśnie dla wymyślnych pułapek ludzie w ogóle to jeszcze oglądają. Jeżeli twórcy z tego rezygnują, narażają się na to, że zaczniemy baczniej zawracać uwagę na idiotyczny scenariusz i marne aktorstwo, które obok pana Jigsawa, są sztandarowymi elementami serii. PIŁA 5 idzie nawet trzy kroki dalej. Nuda wręcz wylewa się z ekranu. Żadna z wcześniejszych części nie była tak nieciekawa i pozbawiona życia. Duża w tym zasługa reżysera-amatora, który nie bardzo potrafi odróżnić akcję od napięcia, o prowadzeniu aktorów nie wspominając. Cała obsada jest porażająco słaba. Przy produkcji tej serii nigdy nie zwracano specjalnej uwagi na grę aktorską, ale to co wyprawia się w piątce przebija nawet popisy Elwesa i Glovera z jedynki. Tobin Bell (który mimo śmierci dwie PIŁY temu, nadal katuje swoimi morałami w irytujących i nic nie wnoszących do akcji flashbackach) jest tutaj chyba tylko z grzeczności ale jego mina i tak jest dosyć wymowna. Betsy Russell grająca jego żonę, wygląda jakby siedziała na gwoździach, a jej postać jest całkowicie zbędna. Za każdym razem jak pojawiał się na ekranie duet Mandylor/Patterson, robiło mi się niedobrze. Ale już wszystko przebija banda wyrzutków, która ma wykonać kolejne główne zadanie. Plama pierwszeństwa przypada tutaj Julie Benz i jej peruce, która wygląda jak półżywy czarny kot.

Na osobne wyróżnienie zasługuje oczywiście gówniany scenariusz, który jak zwykle połączony jest siecią chaotycznych i absurdalnych zależności z wcześniejszymi PIŁAmi oraz finał, który nie tylko nie zaskakuje, ale też obraża inteligencję i dobry smak normalnego człowieka. Ciekawe kto będzie mordercą w PILE 6? Żona Jigsawa? Odcięta stopa doktora Gordona z pierwszej części? A może babcia Jigsawa, która tak naprawdę zabijała już w PILE 3, ale twórcy starannie to ukrywali przed naszymi oczami, żeby teraz wypalić z kolejnym świetnym zakończeniem? W sumie nic mnie już nie zdziwi.

11780.jpg

kategoria wpisu: filmy komentarze: (2)
21
paź

Światełko w tunelu



Po kilogramach syfu, jaki ostatnio zalał rynek horroru, miło było w końcu obejrzeć 2 przyzwoite filmy. Może to początek jakiś większych zmian?

ennndd.jpgtrailler.jpg

czytaj więcej…

kategoria wpisu: filmy brak komentarzy
20
paź

Crime Scene, Do Not Cross



Z braku laku i od niechcenia, ruszyłem jakiś czas temu ku przygodzie ze spin-offami CSI. Nie spodziewałem się raczej niczego niesamowitego. Wystarczyłaby mi jakaś poczciwa dawka rozrywki i trochę sympatycznych postaci. Tak więc zacząłem od CSI: MIAMI, które csmi.jpgwypadło niestety grubo poniżej oczekiwań. Na początek dostajemy piękne widoki i ciekawą przestrzeń. Dużo słońca, przepych, wspaniałe rezydencje z basenami wielkości kortów tenisowych i rozgrzane plaże pełne półnagich turystów. Bardzo ładnie. Niestety później zaczyna się robić ciężkostrawnie. Przede wszystkim tragiczne aktorstwo. Pierwszoplanowa para dobrała się pod tym względem idealnie. David Caruso jako szef grupy jest tandetny i beznadziejny. Swoją obecnością całkowicie wytrąca widza z równowagi. Jego gra to coś pomiędzy udawaniem wyluzowanego zabijaki a sileniem się na zatwardziałego gliniarza. Nie może się tylko zdecydować którym chce być w danej scenie. Zresztą co za różnica -- w obu wcieleniach jest śmieszny. Jeszcze te jego kretyńskie, jednozdaniowe teksty. Tuż przy jego boku, pręży się śliczna specjalistka od balistyki grana przez Emily Procter. Drogie ciuchy, idealnie zrobiony makijaż i fryzura oraz niesamowite ciało, nie dały jednak rady odwrócić uwagi od jej nieskomplikowanego warsztatu aktorskiego (należy dużo się uśmiechać i to wystarczy). Nie ważne czy walczy o życie, całuje chłopaka czy przesłuchuje seryjnego mordercę, jej mina jest ciągle taka sama. Reszta aktorów jest równie słaba i nikt nawet nie próbuje się wyróżnić. Z drugiej strony nie czym, bo cała banda cierpi na zaawansowany zanik osobowości. Brak interakcji międzyludzkich jest szczególnie widoczny podczas prowadzenia śledztw/badań/przesłuchań, które są miałkie i nieciekawe. Główne laboratorium jest rozświetlone irytującym odcieniem pomarańczy a producenci próbują ożywić akcję przez wprowadzenie do serialu byłej żony bohatera granego przez Caurso i jego szwagierki, która jest detektywem kolumbijskiej policji. Obie wyglądają jak tanie lafiryndy i nie mają zielonego pojęcia o aktorstwie. Bez jaj. Zawsze jednak trzeba doszukiwać się jakiś jasnych stron. W MIAMI jest to intro, chyba najlepsze ze wszystkich trzech serii:

W międzyczasie przypominałem sobie również wcześniejsze sezony oryginalnego CSI, żeby mieć porównanie i punkt odniesienia. To wszystko, co nie grało w MIAMI, jest perfekcyjnie dopracowane w LAS VEGAS. Idealne zdjęcia i kapitalna ścieżka dźwiękowa Johna M. csv.jpgKeane’a (o których pisał już wcześniej Sick) stanowią podstawę potężnego klimatu tej serii. Sprawy są ciekawe, niesamowicie wciągające i zróżnicowane. Raz bohaterowie przetrząsają wysypiska śmieci na pustyni, by za chwilę przemierzać sieć kanałów pod miastem. Wszystko po to, by znaleźć choćby najmniejszy ślad prowadzący do mordercy. Ich metody są zaskakujące ale też piekielnie skuteczne, dzięki najnowocześniejszym zdobyczom nauki i techniki. To wszystko jednak nie miałoby większego znaczenia i nie dałoby rady uciągnąć 9 sezonów, gdyby nie główni bohaterowie tego dramatu. Wszyscy są do bólu realistyczni i powiązani ze sobą siecią niuansów, spojrzeń, urwanych dialogów i krótkich scen, które pozwalają nam ich poznać, nie odciągając zbytnio uwagi od głównej tematyki serialu. Szefem grupy jest genialny introwertyk, doktor entomologii. Jego wiedza z kryminalistyki jest nieoceniona ale kompletnie nie zna się ludziach, nie radzi sobie z  problemami administracyjnymi laboratorium i  gardzi papierkową robotą. To ostatnie zawsze zrzuca na swojego zastępcę -- przebojową specjalistkę od rozprysków krwi, byłą striptizerkę i samotną matkę w jednym. Do drużyny należą również: uzależniony od hazardu i przewrażliwiony na punkcie rasizmu Afroamerykanin, sympatyczny i wrażliwy kawaler, który nałogowo zajmuje się podrywaniem kobiet i ma bardzo lekkie podejście do życia oraz zamknięta w sobie kobieta z trudną przeszłością. Idealnym uzupełnieniem tej mieszanki są działający wszystkim na nerwy laboranci oraz obdarzony ciężkim humorem koroner i jego fajtłapowaty asystent. A wszystko pod czujnym okiem twardego i cynicznego kapitana policji. Wszyscy członkowie obsady idealnie czują się w swoich rolach i po dłuższym obcowaniu z tą serią można odnieść wrażenie, że są wręcz zrośnięci ze swoimi postaciami. Co by jednak nie mówić, intro bardziej podoba mi się z oryginalnym utworem Keane’a, którego obecność można było odnotować w pierwszym sezonie:

cnyh.jpg

Gdzieś pomiędzy MIAMI a LAS VEGAS, znajduje się CSI: NEW YORK. Oryginałowi nie dorasta nawet do kolan ale ogląda się ten serial całkiem dobrze i nie irytuje jak przygody Caruso i spółki. Nowy Jork to podobno bardzo chłodne miasto (dosłownie i w przenośni) i trzeba przyznać, że udało się to tutaj dobrze uchwycić. Sprawy nie są zbyt urozmaicone i bardzo sztywno przeprowadzane ale specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo ich przebieg jest ciekawy i dosyć dynamiczny. Postacie są trochę bezbarwne a ich relacje wydają się strasznie  służbowe, jednak aktorzy spisują się bardzo dobrze. Szkoda, że twórcy znowu postawili na brak osobowości. Główny bohater (grany przez Gary’ego Sinise’a)  niby cierpi z powodu śmierci żony i przeżywa swój romans z panią koroner, jednak zbytnio tego po nim nie widać (i to nie z winy aktora, tylko z winy scenarzystów). Melina Kanakaredes nie jest specjalnie przebojowa ani tak piękna jak Emily Procter z MIAMI czy Marg Helgenberger z LAS VEGAS, ale na jej aktorstwo narzekać nie mogę. Pozostali członkowie zespołu również dają radę i całkiem przyjemnie się ich wszystkich obserwuje. NEW YORK jakoś specjalnie mnie może nie wciągnął ale czas z nim z spędzony na pewno nie był zmarnowany.

kategoria wpisu: seriale komentarze: (2)
18
paź

Granica lodu



Na bezludnej wyspie u południowych wybrzeży Chile, dochodzi do niewiarygodnego granica_lodu_2423861.jpgodkrycia. Znaleziony zostaje gigantyczny meteoryt, największy na jaki kiedykolwiek natrafiono, spoczywający w ziemi od milionów lat. Wiele tysięcy mil dalej, w zupełnie innym miejscu, miliarder Palmer Lloyd postanawia, że meteoryt musi stać się ozdobą jego nowego olśniewającego muzeum. Gotów jest dać za to każdą cenę – w dolarach i w życiu ludzkim. Dostarczenie meteorytu do Nowego Jorku jest wielkim wyzwaniem, byłby to bowiem najcięższy przedmiot, kiedykolwiek poruszony przez człowieka. Opłacona pieniędzmi Lloyda, po meteoryt rusza szczególna ekspedycja. Jej podstawą jest nowoczesny supertankowiec, zamaskowany jako zdezelowany, pordzewiały masowiec. Wyprawa pojawia się w tajemnicy u południowych wybrzeży Chile, gdyż meteoryt należy temu krajowi po prostu wykraść. Wkrótce jednak, w miejscach tak nieprzyjaznych człowiekowi, jak tylko można sobie wyobrazić, członkowie ekspedycji stają przed wielką zagadką pochodzenia i natury meteorytu. Muszą tę zagadkę rozwiązać, jeśli chcą z całego przedsięwzięcia ujść z życiem…

W zasadzie nie czytam książek. Nie ciągnie mnie, chociaż mam kilka ładnie ułożonych na półce, z których od czasu do czasu zdmuchuję kurz. Wśród nich znajduje się 6 powieści icelimit2.jpgDouglasa Prestona i Lincolna Childa, które napisali wspólnymi siłami. Co prawda ostatnie pseudoprzygody agenta Pendergasta mocno mnie rozczarowały, jednak pierwsze powieści duetu czyta się wyśmienicie. Teraz do mojej kolekcji dołączyła powieść nr 7 (która powstała jeszcze przed beznamiętnie ciągniętym wątkiem wypłowiałego agenta i jego arcyzłego brata, ale która dopiero niedawno doczekała się polskiego wydania). Trochę obawiałem się tej lektury i w sumie nie za bardzo mi się chciało nawet ją zaczynać. Jak się okazało jednak zupełnie niesłusznie bo książka okazała się tak dobra, że zawaliłem przez nią całą noc. GRANICA LODU na pewno odbiega trochę poziomem od genialnego RELIKTU czy równie dobrego RELIKWIARZA, ale znacznie bliżej jej już do świetnych ZABÓJCZEJ FALI, NADCIĄGAJĄCEJ BURZY czy LABORATORIUM. Zresztą nie tylko poziomem ale i tematycznie, te 4 powieści bardzo fajnie się zazębiają w mieszance technothrillera przygodowego z elementami science-fiction. GRANICA LODU świetnie się zaczyna,  od razu rzucając czytelnika w wir szaleńczo pędzącej akcji, napięcia i ciekawych teorii naukowych. Duży plus za ciekawych i wyrazistych bohaterów. Autorzy jak zwykle postawili na realizm postaci, nie przesadzając zbytnio z nachalną i niepotrzebną psycho-łopatologią. Co prawda tempo nieznacznie opada w okolicach połowy powieści i po cichu spodziewałem się więcej klimatycznego technothrillera niż przygodówki, jednak z drugiej strony nie oczekiwałem, że duet powtórzy swój największy sukces czyli RELIKT (w którym każdy rozdział zostawiał czytelnika w stanie podwyższonego ryzyka zawału). Bardzo podobał mi się  również nastrojowy i zagadkowy finał, który kończy się dosyć efektownie. Ogólnie świetna książka. Kciuk w górę.

kategoria wpisu: literatura brak komentarzy
15
paź

Pora zmroku



Historia polskiego horroru jest krótka i smutna. Jeżeli najlepiej funkcjonującymi filmami w gh.jpgnaszej narodowej kinematografii są WILCZYCA i MEDIUM, to ktoś tutaj ma kłopoty. Niestety wciąż jesteśmy na etapie kopiowania wszystkiego z USA. I ta fascynacja jest doprawdy niezrozumiała, szczególnie w czasach kiedy Amerykanie potrafią tylko przerabiać cudze pomysły (szczególnie azjatyckie i nomen omen, europejskie). Oczywiście zawsze ze wszystkim byliśmy sto lat za Murzynami, więc i pod tym względem jesteśmy opóźnieni w stosunku do Jankesów o jakieś kilka(dziesiąt) lat. Takie filmy jak PORA MROKU kręci się tam od dawna. I od razu trafiają na rynek DVD, bo nikomu nawet do głowy nie przychodzi dystrybucja kinowa. W Polsce to wygląda jednak trochę inaczej.

Oczywiście w odróżnieniu od USA, nie stać nas chociażby na porządną scenografię i minimalnie zjadliwych aktorów, stąd też debiut Grzegorza Kuczeriszki charakteryzuje kompletny brak jakichkolwiek pozytywnych elementów. Nawet w porównaniu z zalewającym nas chłamem z zachodu, ten film to dno totalne. Przewidywalną i głupiutką historyjkę jestem w stanie jeszcze przeżyć ale realizacja jest już poniżej krytyki. Spodziewałem się przynajmniej trochę klimatycznych lokacji a dostałem przedwojenne piwnice, które udają straszną fabrykę. Twórcy nie mają najmniejszego pojęcia o prowadzeniu akcji i budowaniu napięcia, którego tutaj nigdzie nie ma. Nie wiem co jest bardziej porażające: beznadziejny i głupi finał czy kompletny brak ciągu logicznego, łączącego ten chaos. Reżyser (który powinien mieć dożywotni zakaz kręcenia czegokolwiek) jest tak zafascynowany PIŁĄ, że maltretuje nas montażem, który ślepego wyprowadziłby z równowagi..  Za takie coś próbuje się dzisiaj wyciągać od ludzi kasę w kinach? Wszystko jednak przebija żenujące aktorstwo. Postacie mogą być bezbarwne i nieskomplikowane, ale nie usprawiedliwia to tej bandy osinowych kołków, które niezgrabnie poruszają się po ekranie. Na litość boską, nasi nawet zwłok nie umieją dobrze zagrać. Z takim warsztatem to nie do filmu a najwyżej do “Gwiazdy tańczą na lodzie”. Chociaż tam już pewnie byli. Zero.

kategoria wpisu: filmy komentarze: (7)

Strona 1 z 2
      12
Karpie blogują on Facebook