Rok 2008 rozpoczął się bardzo dobrze dla miłośników filmowej grozy ale środek i zbliżający się finish zaczynają przypominać powolną agonię. Do sukcesywnie rozrastającej się kolekcji filmów na nie dołączyło właśnie 5 kolejnych:
RED – kolejna ekranizacja książki Jacka Ketchuma (po THE LOST i THE GIRL NEXT DOOR), która nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Owszem realizacja stoi na przyzwoitym poziomie a aktorstwo jest w miarę przekonywujące ale sama historia jest nudna i fatalnie sprzedana. Reżyser nie może zdecydować się czy chce robić revenge movie czy dramat psychologiczny dla gospodyń domowych. W efekcie dostajemy rozlazłą mieszankę wszystkiego po trochu. Rozwiązanie jest bezcelowe i mało wiarygodne – to nie jest film, który powinien od widza wymagać zawieszenia niewiary.
100 FEET - reżyser tego dzieła (Eric Red, oryginalny THE HITCHER) bardzo chciał zrobić z niego klon klasycznego już WAIT UNTIL DARK z 1967 roku, urozmaicając go tylko elementami nadprzyrodzonymi. Niestety wyszedł z tego straszny badziew. Famke Janssen (która jest całkiem dobrą aktorką) kompletnie nie może odnaleźć się w tym bałaganie scenariuszowo-realizatorskim. Jej rola polega jedynie na ocieraniu łez, udawaniu agresywnych min i pokazywaniu się co 5 minut z nowym siniakiem na twarzy. Na drugim planie jest jeszcze gorzej. Potworna nuda ściga się z głupotą. Najbardziej pocieszne z tego wszystkiego są komputerowe manifestacje głównego przeciwnika. Przypomina to coś pomiędzy pojawianiem się Kevina Bacona w filmie CZŁOWIEK WIDMO a teleportacjami Nightcrawlera z X-MEN 2 (Janssen musiała odczuwać déjà vu). Finał próbuje być widowiskowy ale to tylko tanie mydlenie oczu.
JOY RIDE 2: DEAD AHEAD – sequel filmu z 2001 roku, który był całkiem przyjemnym (mimo, że grupa docelowa to głównie amerykańskie gówniary) klonem wspomnianego wcześniej AUTOSTOPOWICZA. Dwójka to niestety film tak beznadziejny i bezcelowy, że nawet nie chce mi się o nim pisać. Kombinacja słów sequel i straight-to-DVD powinna być wystarczającym ostrzeżeniem.
JACK BROOKS: MONSTER SLAYER – tutaj zdaje się mamy do czynienia z próbą stworzenia czegoś w stylu EVIL DEAD (chociaż ze względu na szacunek dla filmu Raimi’ego nie powinien nawet wspominać tego tytułu). Nie ma chatki w lesie, nie ma Bruce’a Cambell’a, jest za to jakiś zarośnięty wymoczek, który na plakacie wygląda jak gwiazda wrestlingu a w filmie jak wynędzniały dozorca. Ani to śmieszne, ani straszne, za to okropnie nudne. Z plusów to na pewno charakteryzacja potwora (ale tylko tego, co się wykluł z Englunda).
VIPERS – na sam koniec prawdziwy rarytas. Mógłbym przysiąc, że za ten film odpowiedzialne jest SCI-FI Channel, ale albo zmienili nazwę swojego studia, albo pojawiła się jakaś nowa fabryka żenady. Mogę przecierpieć średniowieczne efekty specjalne, histerycznie absurdalną fabułę czy fakt, że ten obraz kosztował równowartość zasiłku dla bezrobotnych (kolejne super tajne laboratorium, które wygląda jak szkolna pracownia chemiczna). Niestety dwóch rzeczy nie potrafiłem zdzierżyć. Po pierwsze zmutowane żmije, które dosłownie rozrywają ofiary na strzępy, wyrywając kęsy ludzkiego ciała w celu ich skonsumowania (no dobra, można pieprzyć biologię gadów ale są chyba jakieś granice). Druga rzecz to Tara Reid w roli błyskotliwej inaczej pani botanik, która wszędzie przemieszcza się truchtem, nosi kretyńską czapkę i zdecydowanie nadużywa zwrotów “Oh my God” i “Hey Guys“. Co za debil dał jej znowu rolę naukowca? Czy ALONE IN THE DARK to niewystarczająca nauczka? I ciekawe co to jest, to na plakacie (zaraz obok głównej bohaterki, która wygląda jakby oddawała się czynnościom fizjologicznym)? Ani nie są to żmije, ani nic podobnie wyglądającego nie pojawia się w samym filmie.
W 1983 roku nasi holenderscy sąsiedzi wyprodukowali średnio ciekawy horror o nawiedzonej windzie zatytułowany DE LIFT. W 2001 roku jego reżyser, Dick Maas postanowił film przerobić i dostosować do amerykańskich warunków (czyt. kolejny remake). Tak powstał DOWN, w którym główną rolę podrzędnej reporterki wpadającej na trop windy z piekła rodem, zagrała Naomi “uzależniłam-się-od-występowania-w-remake’ach-horrorów” Watts. Film przeszedł bez echa, ale jako że zbiegło się to z sukcesem komercyjnym THE RING (w którym panna Watts również grała podrzędną reporterkę ale tym razem walczyła z nawiedzoną kasetą wideo), producenci DOWN wywęszyli niezłą okazję. Zmienili tytuł filmu na THE SHAFT i postanowili maksymalnie upodobnić plakat swojego dzieła do tego, który reklamował THE RING (pewnie też z tego samego powodu na posterze DOWN/THE SHAFT znajduje się tajemniczy chłopiec, którego obecności podczas projekcji nie odnotowałem). Efekt jest taki, że część ludzi chociaż usłyszała o tym dziele a część nabrała się i kupiła myśląc, że to RING/jego sequel/coś podobnego/horror z Naomi Watts i małym chłopcem nie może być zły. Czasem jednak warto pomyśleć dwa razy.
Nie spodziewałem się wiele po najnowszym filmie Alexa Aji (HAUTE TENSION, THE HILLS HAVE EYES 2006) i prawdę mówiąc nie zawiodłem się. Przeróbka japońskiegoINTO THE MIRROR wybija się może wśród innych amerykańskich remake’ów, jednak ani nie jest to wielkie osiągniecie (biorąc pod uwagę żenujący poziom reszty zainteresowanych), ani ja nie będę z tego powodu skakał ze szczęścia.
MIRRORS udowadnia, że Aja ładnie radzi sobie z wizualną stroną filmu i jest bezkompromisowy przy pokazywaniu scen gore, ale ma jeszcze za mało doświadczenia by poradzić sobie z absurdalnym scenariuszem. Na dobrą sprawę jedynymi plusami tutaj są świetna scenografia, operator zdjęć i niezła charakteryzacja. Plusami, które jednak szybko stają się jedynie niewystarczającym dodatkiem do żałosnej fabuły. Słabe aktorstwo kładzie nawet najlepszy film a co dopiero taką słabiznę. Sutherlandowi ewidentnie się nie chce a Amy Smart jest tu wyłącznie po to, żeby wyrwać sobie żuchwę. Jedynie Paula Patton przykuwa uwagę, chociaż gra bardzo nierówno. Linia dialogowa jest irytująca a przez nieciekawe wątki dramatyczne, film szybko staje się nudny i strasznie monotonny. Epileptyczny montaż i amerykańskie techniki straszenia (głośno i niespodziewanie) wcale nie poprawiają sytuacji. Sceny gore? No są i to nawet dosyć odważne jak na kino mainstreamowe, ale co z tego skoro wrzucono je na siłę, bez żadnego związku logicznego z fabułą. Ogląda się je bez większych emocji a kolejna PIŁA i tak przyniesie pewnie coś mocniejszego.
Na osobne wyróżnienie zasługuje niepoważny finał, w którym zaserwowano nam arcyciekawy pojedynek głównego bohatera z zakonnicą-zombie, która ma komputerowo wygenerowaną facjatę i skacze po ścianach jak Spiderman. Po pojedynku musiało się oczywiście znaleźć miejsce na zakończenie, które pasuje chyba jedynie do 7 sezonu OPOWIEŚCI Z KRYPTY. Cóż, oby francuskiemu reżyserowi poszło lepiej z piraniami.
Piekło to jeden z najbardziej wdzięcznych tematów wykorzystywanych w horrorach. Odwoływanie się do naszego pierwotnego strachu zakorzenionego przez religię, zawsze będzie dobrym pomysłem. Wystarczy obejrzeć kultowego HELLRAISERa, by zrozumieć jak wielki potencjał drzemie w straszeniu nas piekłem na Ziemi.
Świat jednak poszedł do przodu od czasu premiery ekranizacji opowiadania Clive’a Barkera. Ludzie rozpoczęli podróże kosmiczne, więc i moce piekielne postanowiły wyruszyć poza obszar ziemskiej atmosfery.
Twórcy filmów grozy powinni poważnie zastanowić się nad potencjałem drzemiącym w polskich pociągach. Są one bowiem dosyć chwytliwym i oryginalnym miejscem akcji, a i w scenografię nie trzeba by było za dużo inwestować (bo ta zdecydowanie przypomina horror). Jedynym większym wydatkiem byliby kaskaderzy do scen w toaletach. Mam nawet tytuł: PKP TERROR (nazwa zastrzeżona).
W oczekiwaniu więc na ruch polskich producentów i zbliżające się premiery THE MIDNIGHT MEAT TRAIN i remake’u TERROR TRAIN, idąc tym tropem postanowiłem bliżej przyjrzeć się jakie niespodzianki czekają nas na pokładzie pędzącego pociągu.
Ulubieniec wszystkich Uwe Boll, atakuje ludzkość swoim najnowszym dziełem. Tym razem postanowił nie denerwować kolejnych twórców gier komputerowych (którzy pewnie do dzisiaj walą głową w ścianę i żałują, że odsprzedali mu prawa do ich ekranizacji) i wziął się za seryjnego mordercę z piekła rodem. SEED jest poniekąd skokiem jakościowym w porównaniu do wcześniejszych osiągnięć Boll’a, ale na każdy krok do przodu, niemiecki reżyser cofa się o dwa w tył.
Poprzednie filmy tego pana były przynajmniej czasami śmieszne i człowiek łapał się z niedowierzaniem za głowę, jak w ogóle można stworzyć coś takiego, nie wspominając już o dystrybucji kinowej. W SEED natomiast Boll unikanieumyślnego humoru, przez co obraz ogląda się topornie. Mnóstwo taniego gore, akcja wlecze się niemiłosiernie, a sceny są jakby wyrwane z jakiegoś zapisu tortur i sklejone w coś, co ciężko nazwać filmem fabularnym. Do tego dochodzi jeszcze łopatologiczne szokowanie odbiorcy. Najgorszym ścierwem jest wykorzystywanie potocznie odrażających motywów w celu stworzenia jakiegokolwiek napięcia czy efektu strachu. Jeżeli reżyser nie potrafi inaczej ich zbudować, żeruje na najniższych instynktach, w nadziei na odpowiednią reakcję widza. I właśnie dokładnie to robi tutaj Boll. Na jaką cholerę pokazuje nam się prawdziwe sceny torturowania zwierząt zarejestrowane przez PETA? Rzucanie niemowlakiem o ścianę? Śmierć i rozkład małego dziecka? Bardziej to niesmaczne i irytujące niż nieprzyjemne czy szokujące. Tym bardziej, że film nie ma do zaoferowania nic więcej.
W zasadzie ciężko w tego typu obrazach czepiać się braku scenariusza, ale za to tragicznego aktorstwa już można. Michael Paré to nadworny aktor SCI-FI Channel i tak chyba powinno zostać. Boll zatrudnia go po znajomości i tym samym strzela sobie efektownego samobója. Pół biedy jak Paré gra drugie skrzypce, ale rola pierwszoplanowa to zdecydowanie ponad jego siły. Do tego dochodzi jeszcze kreacja tytułowego Seeda. Jeżeli główny przeciwnik budzi politowanie, to film ma kłopoty. Nie wiem skąd Boll’owi przyszło to tego pustego łba, że ludzie będą bać się takiej pokraki. Na dodatek wciska nam się jakieś absurdalne motywy wzięte nie wiadomo skąd, które mają zdaje się przybliżyć nam psychikę mordercy (pierwsza scena jest tak prostacka, że ciężko to nawet podpiąć pod KINO GROZY).
Jeżeli mam być sprawiedliwy, to muszę napisać, że jest tutaj kilka dobrze zrealizowanych momentów (z czego najlepszy ma miejsce na początku filmu, kiedy policjanci odwiedzają dom psychopaty). Zdjęcia są przyzwoite, a chwilami nieudolnie przebija się mroczny klimat. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i potem każe nam się oglądać sceny takie jak ta, kiedy Seed morduje wygenerowaną komputerowo kobietę, podskakując wokół krzesła i przez 5 minut pukając ją młotkiem. Widok poniżej krytyki. Cóż, do znudzenia jednak powtarzam, że ktoś kto zatrudnia hollywoodzkie lafiryndy do roli poważnych naukowców, nie jest w stanie zrobić dobrego filmu. I jak na razie utwierdzam się w tym przekonaniu coraz bardziej.
PS. Z drugiej strony, SEED chyba się ludziom spodobał. Ostatnio wyczytałem w poważnym serwisie internetowym recenzję, w której autor doszukuje się w tym filmie filozoficznych przesłanek. Piekło chyba zamarzło.