Nijak nie King
Posted by crusia on 13 lut 2010 | Tagged as: książki
Darda to fenomen. Jego pierwsza książka – nie poprzedzona żadnymi opowiadaniami w prasie czy nawet portalach internetowych, wydana w małym wydawnictwie i, nie ukrywajmy tego, z kiczowatą okładką i banalnym porównaniem do Kinga na zachętę – zdołała przebić się na tyle, by trafić na listę nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Ile w tym siły oddziaływania twórczości Dardy, a ile zastosowanej chyba po raz pierwszy w historii tej nagrody kampanii promocyjnej na stronie internetowej rodzinnej miejscowości pisarza? Nie ma to większego znaczenia. Dość powiedzieć, że te kontrowersje wywołały nieprzyjemny szum wokół autora i jego książki. Szum, który zaowocował wznowieniem jego powieści, ale też wytworzył wokół niej atmosferę, o której trudno zapomnieć i która niewątpliwie ma wpływ na mój odbiór „Czarnego Wygonu”.
Nie wiem, czemu uparcie porównuje się Dardę do Kinga. Odnoszę wrażenie, że robią to czytelnicy i recenzenci, którym horror kojarzy się wyłącznie z tym pisarzem, a porównanie kogoś do Stephena dla nich równoważne jest ze stwierdzeniem, że dany pisarz tworzy w tym gatunku. W zasadzie porównywanie pisarstwa Dardy do Kinga jest nie tylko pozbawione sensu, ale też i krzywdzące dla tego pierwszego. Dlaczego mamy wymagać od debiutanta od razu poziomu Kinga, wypracowanego przez wiele lat pracy i po tysiącach zapisanych stron? Całe szczęście Darda wcale nie wydaje się mieć takich ambicji – niewiele jest podstaw do snucia porównań, a przywoływany gdzieś argument o małomiasteczkowej lokalizacji to zdecydowanie za mało.
Przejdźmy jednak do samej powieści. Jej narracja jest dwutorowa – jednocześnie poznajemy historię Rafała Gielmudy, który w tajemniczy sposób trafia do Słonecznej Doliny, oraz dziennikarza zajmującego się artykułami o zdarzeniach paranormalnych. Najpierw poznajemy tego drugiego – Witka, który jedzie do Guciowa po przeczytaniu maila od jednego z mieszkańców. W jego ręce trafia brulion z historią Rafała i ludzi, których spotyka w przeklętej wiosce, od dawna nie istniejącej na mapach i w ludzkiej pamięci.
Najbardziej rzuca się w oczy słaby styl, w którym książka została napisana. O ile dialogi są w miarę poprawnie, o tyle opisy czasami przyprawiają o ból zębów. Dla autora scena jest mroczna, gdy w jej relacji pojawi się właśnie ten przymiotnik. Nic tak nie irytuje, jak zgrzytające zdania, które raz po raz przeszkadzają wczuć się w czytaną historię. Czasami odnosiłam wrażenie, że autor ma niezdrowy stosunek do tego, co pisze. O ile w zupełności rozumiem, że w literaturze musi się znaleźć też miejsce na proste historyjki, stare zagrania i nie wymagającą lekturę, o tyle zazwyczaj w takich wypadkach wyraźnie czuć, że autor zdaje sobie sprawę z tego, co i jak pisze. Tymczasem Darda zupełnie na serio ukuł nazwę „Upiór z Guciowa” i najwyraźniej oczekuje po czytelniku dreszczy przerażenia.
Autorowi nie udaje się też wiarygodnie przedstawić uczuć bohaterów, a opisy ich rozterek uwydatniają braki w jego warsztacie pisarskim. Jest w stanie wymyślić całkiem zgrabną historię i pociągnąć ją tak, by utrzymać zainteresowanie czytelnika, ale minie jeszcze trochę czasu zanim będzie potrafił tworzyć przekonujące i niebanalne postaci, a później równie przekonująco i niebanalnie przedstawić ich rys psychologiczny.
Fabuła „Słonecznej Doliny” zbyt często przypomina zlepek wymyślonych przez autora scen, które chciał jak najszybciej wprowadzić i opisać, by potem natychmiast przejść do następnych. Odniosłam wrażenie, że Darda miał w głowie kilka „strasznych” scen, garstkę kluczowych rozmów i próbuje z nich zbudować fabułę, upychając je jak najciaśniej, zupełnie jakby bał się, że mu te pomysły z głowy uciekną. Całość wydaje się nieprzemyślana, pisana na szybko.Miejscami Darda testuje zdolność czytelnika do zawieszenia niewiary, a bohaterowie podejmują nie umotywowane decyzje. Albo gdy już próbuje je poprzeć przemyśleniami bohatera, robi to dość nieudolnie, tak jakby się tłumaczył przed czytelnikiem, czemu każe tej postaci postąpić w dany sposób.
Trzeba jednak zaznaczyć, że większość z wad powieści, jakie tu wyliczam, wiele mniej wymagających czytelników umieściłoby w kategorii „niuanse”. Dla kogoś, kto czytał już setkę horrorów takie „niuanse” mają ogromne znaczenie i jeśli autorowi nie udaje się sprawnie prowadzić narracji, czy przekonująco przedstawić motywacji bohaterów, jego twórczość z miejsca zostaje przekreślona. Inni będą się tylko zastanawiać, kim jest Krzysztof Piasecki i co takiego zrobili mieszkańcy Szarzyzny. A krótka objętość książki, prosty język i duża ilość dialogów sprawiają, że ani się obejrzy, a dotrze do epilogu. Jako lekka rozrywka dla pobłażliwego czytelnika „Czarny Wygon” sprawdza się całkiem nieźle. Historia przez niego wymyślona trzyma się kupy, ma kilka intrygujących elementów i pewien ładunek dramatyczny. Ja sama jestem ciekawa, co takiego wydarzyło się w Słonecznej Dolinie, że stała się tematem horroru. Trochę przypomina mi to oglądanie seriali – czasami któryś z kolei już sezon jest znacznie gorszy od poprzednich, a mimo to oglądamy dalej, bo jesteśmy ciekawi, jak potoczą się losy bohaterów. Podobnie jest u Dardy – czytelnik może prychać z irytacji podczas lektury, ale nie rzuci książki w kąt, bo autor nie odkrywa wszystkich kart, ciągle trzymając w rękawie choćby drobną zagadkę do rozwiązania. Jak już wspomniałam, mała objętość książki tylko pomaga w osiągnięciu tego efektu – kto rzucałby powieść sto stron przed końcem?
Cieszę się również, że wśród polskich horrorów dla mniej wymagającego czytelnika pojawiła się również pozycja, której tematyka nie oscyluje wokół krwi i flaków. Co by o twórczości Dardy nie mówić, jakkolwiek by nie krytykować jego prostych chwytów i niewprawnego pióra, nie można zaprzeczyć, że próbuje on w czytelniku wywołać niepokój, a nie obrzydzenie. Jakkolwiek nie potoczy się jego pisarska kariera, jeśli pójdzie tym śladem, będę to poczytywać jako plus, ponieważ epatowanie przemocą zawsze było łatwiejsze niż próby budowania klimatu.
O ile nie spisuję Dardy całkiem na straty i wierzę w to, że z czasem będzie pisał lepiej, o tyle dziwią mnie głosy zachwytu nad jego pisarstwem. Rozumiem, że duży wpływ na to miało osadzenie tych powieści na Roztoczu i zdaję sobie sprawę z tego, że mieszkańcom okolic Guciowa czytanie „Czarnego Wygonu” sprawiało znacznie większą frajdę niż mi, ale to nie tłumaczy całego tego szumu i nominacji do Zajdla. Chociaż po nominacji do Bram Stoker Award książki Johna Eversona nic mnie już nie zdziwi.
7 Comments »
on 13 lut 2010 at 14:27 1.Cichy said …
A który polski pisarz grozy opiera swoją twórczość na krwi i flakach?
Ja dawno takiego nie czytałem…
Nie recenzowałaś czasami też pierwszej powieści Dardy, “Domu na wyrębach”? Bo w głowie mi jakoś szumi, że opinie o niej były bardzo podobne do opinii o tej książce.
.
W każdym razie fajna recenzja i gratulacje za pobicie rekordu
on 13 lut 2010 at 18:00 2.crusia said …
Kluczowe określenie to “dla niewymagającego czytelnika”. Miałam na myśli przede wszystkim dokonania Kyrcza i Cichowlasa, ale uznałam, że bez sensu rozwodzić się nad porównaniem, więc nie pisałam nazwisk. No ale skoro pytasz
Wymęczyłam ten tekst strasznie, chciałam być bardzo dokładna w tym, co piszę. Mam nadzieję, że zostanie też zrozumiany dokładnie tak, jak bym sobie tego życzyła
on 14 lut 2010 at 02:16 3.Paweł Mateja said …
W szkicach mam chyba 400 znaków mniej – o Tokarczuk. Sprawdziłem specjalnie i nie daruję, dopiszę tam coś, żeby wyrównać, choćby przepis na zupę
. Tyle że u mnie to bardzo rozwlekłe bleblanie do pocięcia.
.
Pamiętam na jakimś forum wielkie zamieszanie z Dardą i jego debiutem. Chyba na Grabarzu to było. Sytuacja i zachowanie autora zniechęciło mnie do jego powieści zupełnie. Choć może i bym przeczytał, ale na pewno z odgórnym przeświadczeniem, że mi się nie podoba. Więc Twoja recenzja utwierdza mnie w tym, że lepiej brać się za inne rzeczy. Tak też zrobię.
A po przeczytaniu kingowej “Komórki” zastanawiam się, którą stronę obraża porównanie do Kinga
on 14 lut 2010 at 14:29 4.crusia said …
Oj coś czuję, że musisz mi napisać też reckę “Komórki”
Cieszę się, że nie zapomniałeś o tej Tokarczuk
on 14 lut 2010 at 19:16 5.Paweł Mateja said …
“Komórki” się raczej nie podejmę, bo nic mądrego by mi nie wyszło z tego pisania
. Ale właśnie skończyłem “Róże cmentarne” Krajewskiego i Czubaja. Coś o tym chyba skrobnę.
on 02 mar 2010 at 01:30 6.Mandriell said …
Kurde, pomieszało mi się już, bo podobno debiutancką powieścią Dardy był “Dom na wyrębach” a nie “Czarny Wygon”, który ma być dwu częściowym cyklem.. Ale może sam autor mi namieszał na Falkonie 09, bo miałem okazję być na jego prelekcji, a właściwie na małym spotkaniu autorskim, i mówił że Czarny Wygon kończy pisać.. a z tego co piszesz wywnioskowałem, że jest inaczej
Przejdźmy do Twojej recenzji – kilka razy już to pisałem, ale się powtórzę – bardzo lubię je czytać. Tym razem rozpisałaś się w cały świat
Pytasz skąd porównania do Kinga, otóż słyszałem jak padło to pytanie, i słyszałem odpowiedź Dardy, którego bardzo cieszy to porównanie, gdyż jak sam powiedział King jego ulubionym autorem jest, a na bezludną wyspę zabrałby np. Dolores Claiborne.
Może się zapędzam, ale wydaje mi się, że to chwyt marketingowy napędzany może i przez samego autora, albo jego najbliższe otoczenie.
Co do samej książki, jakoś nie wydaje mi się, żebym chciał czytać Dardę.. Podobno ma być audiobook, i jeśli takowy będzie, to prędzej przesłucham niż będę męczył oczy na średnie książki.
Dzięki za odradzenie.
on 02 mar 2010 at 22:59 7.crusia said …
Debiutancki był “Dom na wyrębach”, nominowany do Zajdla. Teraz wyszedł “Czarny Wygon. Słoneczna Dolina”, druga część to zapowiedziana na bodajże kwiecień “Starzyzna”.
Chodzi o to, że dziwi mnie nominacja dla kogoś, kto napisał tak beznadziejną książkę jak “Słoneczna Dolina”. Jakoś nie wierzę w to, że “Dom na Wyrębach” był drastycznie lepszy…
W błąd wprowadza pewnie zdanie z podsumowania. Skrót myślowy, wydawało mi się, że wszystko jasne, a jednak nie