ZEH #6: Powrót Krabów

Zdaję sobie sprawę, że może być trudno zrozumieć fenomen popularności Guya N. Smitha w Polsce, którego twórczością Phantom Press International raczył nas tak obficie ponad 20 lat temu. Niezgrabnie sklecone historyjki, słabo przetłumaczone, wydane niechlujnie, najeżone błędami interpunkcyjnymi i ortograficznymi, z pogwałceniem niemal wszystkich reguł edytorskich – a jednak, gdy ukazywał się nowy Smith (szczególnie taki z zakrwawionymi szczypcami na okładce), mogło się go sprzedać nawet ze 100 tysięcy egzemplarzy. Gdy boom na horror się skończył, pisarz zniknął z naszego rynku księgarskiego, a zawitał w antykwariatach stacjonarnych i internetowych. Dzięki temu kilkadziesiąt cienkich tomików przechodzi dziś z rąk starszego pokolenia w młodsze. A pośród nich dużą popularnością nadal cieszy się cykl o ogromnych krabach. Wielkich jak krowy, co zresztą jest nam we wszystkich częściach przypominany do upojenia.

Z nieskrywanym sentymentem przyjrzę się dzisiaj książce wydanej jako tom czwarty, której warto poświęcić czas nawet bez znajomości poprzednich, jest to bowiem prequel. Chciałbym w tym miejscu pogratulować Phantom Pressowi charakterystycznej dla swych publikacji inwencji wydawniczej. Oryginalny tytuł The Origin of the Crabs („Pochodzenie krabów”), został przetłumaczony jako „Powrót Krabów”, a dla dodatkowej dezorientacji opatrzony na okładce jakże adekwatnym sloganem: „Potwory z głębin atakują raz jeszcze!”. Przez to dopiero po upływie dłuższego czasu można się zorientować, że snuta opowieść rozgrywa się jeszcze przed rozpoczynającą cykl „Nocą krabów”. Całośc dopełnił odpowiednio tandetny obrazek, przedstawiający zakrwawioną kobiecą twarz, wyglądającą z bezładnej plątaniny kleszczy i wyprutych jelit. Jest to w pełni zrealizowana obietnica niewymagającej wysiłku umysłowego rozrywki klasy B. A często nawet C.

Koncepcję napisania wprowadzenia do tego widowiskowego cyklu uważam za udaną, w końcu kto nie chciałby się dowiedzieć skąd przyszły owe morskie bestie? Odpowiedź chyba nikogo nie rozczaruje: zza koła podbiegunowego, gdzie niemoralni Rosjanie, w sobie tylko wiadomym celu, przeprowadzali w latach 70. podwodne próby nuklearne. Co to za problem dla zmutowanych w ten sposób stawonogów przemaszerować po dnie oceanu i przez podwodny tunel dotrzeć do Loch Merse, jeziora w szkockiej turystycznej osadzie? Od tej pory zaczną się ich regularne polowania na niczego nie podejrzewających tubylców. Wygląda na to, że gdy Loch Ness ma swojego Nessie, Loch Merse może się poszczycić krabami! Osobiście wolę tę drugą miejscowość, w końcu sławny plezjozaur prawie nigdy nie wystawia łba ponad powierzchnię wody, natomiast krwiożercze skorupiaki ukatrupiają kogoś praktycznie każdej nocy. Czyli, pod względem czysto rozrywkowym,  jeden – zero dla krabów.

Wielką szychą jest w tej wsi Bruce McKechnie, lord posiadłości Clanlarich. Ów tyranizujący osobnik trzyma w garści miejscową ludność, zarabiając wielkie pieniądze na swym luksusowym hotelu. Tylko ze względu na bogactwo utrzymuje z nim romans o 20 lat młodsza Christine, prosta dziewczyna ubogiego pochodzenia. Jego podwładni na życzenie są gotowi posunąć się nawet do morderstwa, pozorując wypadki zawadzających mu osób. Tę beztroską egzystencję zakłóca węszący wokół posiadłości John Ryland, młodszy brat jednego z usuniętych przez ludzi McKechniego mącicieli. A oprócz tego kraby, które mogą zaszkodzić obrotom jego turystycznego biznesu.

Mimo nienajgorszego pomysłu, fabuła jest porażająco prosta i zupełnie nie zaskakuje, także pod kątem konstrukcji. Mamy jeden rozdział o machinacjach lorda, a za nim jeden, w którym kraby kogoś szlachtują. Potem znów fragment o poszukiwaniach prowadzonych przez Johna, i ponownie segment opisujący kolejny atak morskich bestii. I tak na przemian przez całą książkę. Ta prostota ma swój urok: Smith odwołuje się do horroru w najbardziej bezpośredniej formie, nie wdając się w nieistotne dla niego szczegóły dotyczące choćby charakterystyki postaci. Każda jest tutaj albo całkowicie niegodziwa, albo nieskończenie wspaniałomyślna, bez odcieni szarości.

Kraby są, oczywiście, kwintesencją zła. W okamgnieniu dopadają na swych krótkich odnóżach każdej ofiary, nie okazując litości mężczyznom, kobietom i dzieciom. Mogą się również poszczycić nielichą inteligencją, choćby gdy niszczą jakąś łódź, wściekle przy tym poświstując, wyczuwają bowiem jej spowinowacenie ze znienawidzonymi ludźmi. Albo też kiedy przed potyczką ustawiają się w szyku bojowym, tworząc idealną literę V. Ale cóż, ktoś w tej powieści musi mieć trochę oleju w głowie, bowiem ludzkie postaci to istna galeria kompletnych idiotów.

Do końca nie mogłem zrozumieć, dlaczego ktokolwiek miałby z takim uporem wracać nad jezioro, gdzie zaginęło już sporo ludzi. A mieszkańcy robią to na okrągło, systematycznie dostarczając mutantom pożywienia. Zaś John, nasz nieskalany heros, ma specyficzne wyobrażenie perswazji: gdy usiłuje namówić miejscowego notorycznego kłusownika, który postanowił zaniechać już swojego haniebnego procederu, by wraz z nim zasadził się nad pewnym strumyczkiem na kraby, ten odmawia, bo teren jest odgrodzony. Wtedy Ryland używa takiej oto argumentacji: „Kłusownictwo ma pan już we krwi! Nie może pan tego po prostu rzucić!” To prawie jak nakłaniać alkoholika do trunku, mówiąc: „Wypij, to ci się humor poprawi!”. A na czaty obaj panowie umawiają się – jakżeby inaczej – tuż przed północą, wszak to pora idealna na horror. Niczym wampiry, dopiero po zapadnięciu zmroku, kraby posłusznie wyłaniają się z wody, dramatycznie oświetlone przez księżyc w pełni, złowieszczo błyszcząc w mroku czerwonymi ślepiami…

Inny zuchwały amator krabów wyzywa w pewnym momencie jednego z potworów na pojedynek pięściarski. Długo jednak nie jest czytelnikowi dane nacieszyć się jego szaloną brawurą, gdyż walka zostaje natychmiast zakończona amputacją dłoni. Zresztą, przystępując do lektury, należy się nastawić na liczne opisy takich okaleczeń: ze względu na swą budowę, kraby nie dysponują niestety zbyt szerokim wachlarzem ciosów, które mogą zadać swymi szczypcami, ucinają więc tylko kolejnym ludziom ręce i nogi, a czasem głowy.

Christine, jedyna żeńska postać wśród głównych bohaterów, jest jak wycięta z tektury, jej psychika nie zawiera żadnych niepotrzebnych komplikacji. Oprócz tego stanowi towar tani i przechodni: na początku sypia z McKechniem, który zapewnia jej dostatnie życie, by po jednej kłótni zaofiarować swe wdzięki Johnowi. Większość książki spędza oczywiście skąpo odziana, pomiędzy jedną łóżkową uciechą a drugą. W opresji, z nieodłącznym szlochem, zdarza jej się wypowiadać takie nieśmiertelne kwestie, jak: „O Boże, czy ten koszmar nigdy się nie skończy?” albo: „Och, proszę, John. Zostań tu ze mną.”

Zaś główny antagonista, cyniczny McKechnie, to wręcz złośliwa karykatura szkockiego skąpca. Jego niebywała gospodarność z początku wydała mi się godna podziwu, szybko jednak urosła do absurdalnego poziomu, budząc szczery śmiech. Kraby pożarły mój personel? Przynajmniej nie będę musiał płacić im pensji. Kraby zrównały mój hotel z ziemią? I tak dostanę pieniądze z ubezpieczenia. Niemal każdy niszczycielski atak ogromnych stworów stanowi dla niego jedynie okazję do kolejnych oszczędności, bez żadnych etycznych rozterek.

Guy N. Smith, rocznik 1939, to człowiek już wiekowy, jest więc zrozumiałe, że uprawiany przez niego gatunek horroru, delikatnie mówiąc, trąci myszką. Obok „Szczęk” oczywistą inspiracją bestsellerowej sagi o opancerzonych mordercach (w Wielkiej Brytanii niedawno wzbogaconej o kolejny, 7 już tom) są klasyczne monster movies z lat 50. Publiczność była w tamtych czasach straszona gigantycznymi pająkami, monstrualnymi mrówkami, czy też przerośniętymi gadami. Złośliwe kraby-ludojady czułyby się wtedy na dużym ekranie jak u siebie w domu i to na zjeździe rodzinnym, w dodatku zapewne zbierając przychylniejsze recenzje, niż dzieła Smitha. Z przymrużeniem oka można nawet uznać je za książkowy ekwiwalent czarnej komedii, z okazjonalnym dreszczykiem – trudno się nie uśmiechnąć, kiedy po raz kolejny jakiś człowiek ze zgrozą zamiera, słysząc zbliżające się w ciemnościach straszliwe „KLIK-KLIK-KLIKETY-KLIK”, albo gdy w opisie czytamy, że krab spoglądał na kogoś „hipnotyzującym wzrokiem”. Przyznam, że choć przerażenia nie czułem ni w ząb, lektura dostarczyła mi sporo dobrej zabawy. I mam wrażenie, że raczej zgodnej z intencjami pisarza. Zachęcam więc do nieco przychylniejszego spojrzenia na te pulpowe makabreski, zamiast wyrzucać je bez namysłu do kosza na śmieci. Zresztą, kto wie, w co jeszcze potworniejszego mogłyby w takim pełnym bakterii pojemniku zmutować?