ZEH #11: Manitou

Powrót do przeszłości, czyli o moim pierwszym spotkaniu z Manitou

Chcąc odpocząć od stylistyki przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku sięgnąłem po Manitou Grahama Mastertona, autora zapewne u wielu z nas przywołującego uczucie pewnej nostalgii. Autora budzącego tęsknotę za dreszczykiem towarzyszącym odkrywaniu literatury grozy oraz za czasami, gdy niewielkich rozmiarów książeczki kosztowały kilkadziesiąt tysięcy złotych a tandetne okładki bardziej przykuwały uwagę niż odstraszały. Proza angielskiego pisarza już od dawna nie należy do moich ulubionych, ale od czasu do czasu wracam do niej właśnie ze względu na owe wspomnienia.

Gdybyście kilkanaście lat temu zapytali mnie o wrażania związane z lekturą Manitou bez wahania nominowałbym autora do nagrody za umiejętność straszenia. Dla czternastoletniego szczyla, do tej pory utożsamiającego większą dawkę emocji z przygodami Old Shatterhanda[1], spotkanie z twórczością Mastertona było jak cios obuchem w głowę. Wówczas historia opowiedziana przez wspomnianego autora nie potrzebowała żadnych odpowiednich warunków, aby móc zaistnieć w wyobraźni dziecka z całą przerażającą mocą. Wystarczył dosadny opis odradzania się tytułowego ducha oraz wzmianka o pielęgniarzu obdartym ze skóry, abym porzucił regał z napisem „literatura przygodowa” i zagościł na stałe przy pozycjach przydzielonych do „thriller/sensacja”. Na marginesie. Wracając myślami do połowy lat dziewięćdziesiątych zastanawiam się, czym kierowali się ludzie pracujący w ówczesnych bibliotekach publicznych układając powieści Mastertona na takiej a nie innej półce. Czyżby brakowało miejsca na dodatkowy mebel? A może, co wydaje się bardziej prawdopodobne, liczba horrorów wydawana w Polsce była na tyle znikoma, że biblioteka w małym miasteczku nie uważała za stosowne nobilitować owe pozycje na osobny regał?

Niezależnie od odpowiedzi na postawione pytania, Manitou Mastertona okazał się celnym strzałem, dzięki któremu wkroczyłem na wyższy poziom czytelniczej edukacji. Historia Harry’ego Erskine’a, dużo bardziej przerażająca od przygód niemieckiego kowboja, ofiarowywała wszystko to za czym szalałem jako nastolatek niewyściubiający nosa znad książki. Prosta opowieść z wartką akcją, przyprawiona wstawkami o potędze indiańskich demonów[2] zapewniła kilka nocy pełnych koszmarów, niemniej pokusa sięgnięcia po kolejną dawkę mocnych wrażeń była silna. Co więcej, w odróżnieniu od nieśmiertelnego Old Shatterhanda, bohaterka Karen Tandy miała prawdziwe – w granicach wyznaczanych przez realność w fantastyce – kłopoty, drużyna wróżbity Erskine’a walczyła i ponosiła straty, poboczne postaci żegnały się z życiem w drastycznych okolicznościach. Dla gówniarza, jakim wówczas byłem, stanowiło to totalne novum. Zaczął mnie pociągać nie tylko dreszczyk emocji towarzyszący fabule, ale świat rzeczywisty kreowany właśnie w nieinfantylny sposób. Chciałem więcej.

Dużym plusem powieści był bez wątpienia także wątek magiczny. Trudno może w to uwierzyć, ale literatura horroru była dla mnie pierwszą mającą coś wspólnego z fantastyką. Przed Manitou liznąłem delikatnie Juliusza Verne’a, ale były to spotkania sporadyczne. Od Mastertona dostałem prawdziwą bombę: staruszkę dryfującą nad podłogą, pioruny śmierci (dobry tytuł dla powieści Guya N. Smitha) oraz sporą ilość okultystycznych legend, które chłonąłem jak gąbka wodę. Odkrywszy, że książki dla dorosłych niekoniecznie muszą zalatywać nudą zacząłem coraz częściej po pozycje nie do końca odpowiednie do mojego wieku.

Jak dzisiaj oceniam Manitou Mastertona? Jakiś czas temu promując ową pozycję na grupie dyskusyjnej facebooka stwierdziłem, że historia o odradzającym się szamanie nie dostarcza mi już takich emocji jak dawniej. Temat sam w sobie nie zestarzał się, ale zaczęła mi przeszkadzam forma jego prezentacji, tchnąca lekkim grafomaństwem. Podtrzymuję swoją ostatnią ocenę książki. Dzisiaj Masterton nie smakuje tak dobrze, jak dawniej. W swojej kolekcji mam kilkanaście jego powieści, ale zaglądam do nich niezwykle rzadko i raczej z sentymentu za dawnymi latami. Nie oczekuję od nich niczego więcej poza lekką rozrywką a na pytania członków wspomnianej grupy: „Sylwester a możesz podać swój przykład strasznej książki?”[3], ponownie odpowiadam, że np. James Herbert Nawiedzony, Ray Bradbury Jakiś potwór tu nadchodzi, Henry James W kleszczach lęku. Od opowieści o krzywdach jakie nas czekają za sprawą Wielkiego Starucha ponownie przybywającego na Ziemię wolę poczytać o niecodziennej pomysłowości niektórych przedstawicieli rodzaju ludzkiego. Wizje Huxleya, Ballarda czy Burgessa. To za ich sprawą cierpnie mi dzisiaj skóra.

Parafrazując popularne przysłowie: Masterton strzela, inny pisarz kule nosi. I tak dokładnie było. Nie pamiętam, czy Manitou to była powieść, przy której straciłem horrorowe dziewictwo. Czy ma to jednak jakieś znaczenie? Nawet jeżeli była to dziesiąta pozycja grozy w mojej ręce nie zmienia to faktu, że mniej więcej właśnie wtedy – w połowie lat dziewięćdziesiątych – książki z bibliotecznego regału „thriller/sensacja” zaczęły być częstymi gośćmi w moim domu. Masterton ze swoją wciągającą historią, bohaterami z krwi i kości i zaskakującymi pomysłami był dla raczkującego fana horroru bardzo dobrym przewodnikiem. Między innymi to dzięki niemu złapałem bakcyla grozy. Rozbudził czytelniczą ciekawość, która przetrwała do czasów współczesnych. I choć dzisiaj nie pałam do wspomnianego pisarza wielką miłością, to darzę go szacunkiem i poleciłbym każdemu, kto zaczyna przygodę z horrorem lub potrzebuje odetchnąć od chociażby klasyków gatunku.


[1] Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, iż Old Shatterhand (Grzmocąca Ręka) jest bohaterem wykreowanym przez niemieckiego pisarza Karola Maya. Pojawia się on z reguły w historiach, których akcja rozgrywa się na Dzikim Zachodzie choć zdarzało mu się także zawędrować do krajów arabskich. Do najbardziej znanych powieści z jego udziałem należą Winnetou, Old Surehand, Old Shatterhand czy Skarb w Srebrnym Jeziorze. Kochałem tego gościa

[2] Cyt.za: G. Masterton Manitou; wydawnictwo Amber, tłum. Piotr CW. Cholewa, Poznań 1989; s.78.:

„W porównaniu z indiańskimi – mówił [dr Snow] dalej po chwili przerwy – europejskie demony to żałosne kreatury. Były jedynie – albo są, jeśli wciąż w nie wierzycie – przeciwieństwami dobra i świętych dogmatów chrześcijaństwa. W „Egzorcyście” scenariusz wykorzystuje demona Pazuzu, uosobienie choroby i słabego zdrowia. Dla czerwonoskórego taki demon byłby śmieszny – nie bardziej przerażający niż jakiś kundel”.

  • Tomasz Fijałkowski

    To też mój pierwszy horror. Pamiętam jak dziś postać indiańskiego szamana, Śpiewająca Skała (?), którego omijały krople wody. Klasyk!