Zamieć

Prezentujemy kolejne opowiadanie nagrodzone w konkursie na zimową miniaturę grozy.

—-

Światła Chryslera rozpraszały zalegające na drodze cienie, zarysowując po obu jej stronach ściany starodrzewu. Wycieraczki samochodu pracowały bez ustanku, odgarniając z szyby gęsto prószący śnieg, a zimowe opony z oporem pokonywały kolejne zaspy i koleiny. Stacja Eagle 93 nadawała prognozę pogody:

…spodziewać się stopniowego nasilania opadów śniegu do czwartku włącznie, ale już…

Raymond Haley wyłączył radio i odetchnął z ulgą. Zaskoczyło go, jak przyjemna mogła okazać się cisza. Głowa pękała mu od przeszło dwóch godzin, kiedy to opuścił Polson kierując się do rodzinnej Missouli. W normalnych warunkach już dawno dotarłby na miejsce, lecz szalejąca zamieć skutecznie uniemożliwiała dociśnięcie pedału gazu. Co gorsza, podczas odwiedzin u siostry wypił ze szwagrem o kilka szklaneczek whisky za dużo i wolał uniknąć jazdy samochodem po drogach stanowych. Nadłożył więc kilkanaście mil, obierając rzadko uczęszczane drogi leśne, ażeby nie mieć przez alkohol dodatkowych nieprzyjemności. Starczyło, że łupało go w czaszce.

Musiał zachować czujność. Whisky dostatecznie upośledziła jego zmysły, a nigdy nie wiadomo, kogo o tej porze najdzie ochota na przejażdżkę po lesie. Z tyloma promilami we krwi i tak będzie odpowiadał za każdą stłuczkę, nawet gdyby ktoś z premedytacją wjechał mu w tyłek.

Mógł przynajmniej podziwiać nietknięty przez cywilizację krajobraz narodowego lasu Flathead. Ciemne kształty konarów wyłaniały się z mroku wokół drogi, a ich ośnieżone gałęzie tworzyły ponad nią nieszczelne sklepienie, nad którym górował jednolicie czarny firmament nieba. Granica między lasem a drogą zniknęła pod białym puchem, którego gruba warstwa rosła z każdą minutą.

Raymond zapatrzył się na czarnobiały pejzaż jedynie na chwilę, ale ta wystarczyła, żeby nie spostrzec w porę niewysokiej sylwetki pośrodku drogi. Z całych sił nadusił na hamulec, ale koła wciąż sunęły po śliskiej nawierzchni. Chrysler zatrzymał się dopiero po uderzeniu w obiekt.

Cała przednia szyba pokryta była śniegiem i Raymond nie miał pojęcia, z czym się zderzył. Był jednak niemal pewien najgorszego. Serce jak szalone łomotało mu w piersi. Nie mógł złapać oddechu ani przestać się trząść.

Wyszedł z samochodu, a panująca zawieja o mało nie zwaliła go z nóg. Dopiero wtedy poczuł, jak bardzo był pijany. Kręciło mu się w głowie, a kolana miał jak z waty. W tej chwili miało to jednak drugorzędne znaczenie. W grę wchodziło ludzkie życie.

Chwiejnym krokiem podszedł do przodu maski Chryslera i spojrzał na miejsce kolizji.  

Śnieg. Całe mnóstwo śniegu. Samochód zakopał się w sporej wielkości zaspie, która jakimś sposobem znalazła się na samym środku drogi. Nie ulegało jednak wątpliwości, że samochód nie potrącił człowieka.

Co za szczęście, westchnął Raymond, czując nagle dziwną lekkość w sercu. Nikogo nie zabił. To było najważniejsze. Zastanawiało go tylko to, co zobaczył na kilka sekund przed zderzeniem. Mógłby przysiąc, że widział kształt o przynajmniej zbliżonym do ludzkiego zarysie.

W tym momencie w oczy rzucił mu się pomarańczowy przedmiot, wystający ze śniegu. Podniósł go i równocześnie uśmiechnął się do siebie. Marchewka. Wszystko od razu stało się jasne. Potrącił bałwana. Widocznie jakieś dzieci bawiły się tu za dnia, a przejeżdżające dotąd samochody objeżdżały śnieżnego człowieka.   

Raymond już chciał wrócić do środka auta i ruszyć w dalszą podróż, gdy nagle spostrzegł na skraju lasu kolejną postać. Miał czas jej się przyjrzeć i był przekonany, że tym razem patrzy na żywą osobę.

– Kto tam jest? – zapytał, lecz szalejąca śnieżyca chyba go zagłuszyła. Nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

Podszedł bliżej, zapinając pod szyją kołnierz płaszcza. Rozgrzewające działanie alkoholu z wolna ustępowało przenikliwemu mrozowi.

Częściowo za drzewem rzeczywiście stał człowiek. Był to drobnej postury chłopiec w popielatej kurtce i czerwonej czapce z pomponem. Jego szeroko otwarte oczy zagadkowo lustrowały zbliżającego się mężczyznę.

– Cześć, mały – zagaił możliwie głośno Raymond. – Co tu robisz tak późno? Mieszkasz gdzieś w pobliżu? Tu raczej nikt nie mieszka…

Chłopiec odwrócił się i wbiegł w głąb lasu.

Raymond oczom nie wierzył, że spotkany dzieciak zamiast z nim porozmawiać, wolał pognać prosto w mroki puszczy. Przecież mógł tam zabłądzić, a przy tak niskiej temperaturze spędzenie nocy na łonie natury bez ciepłego schronienia w najlepszym razie skończyłoby się poważnymi odmrożeniami.

Niech się rodzice martwią, stwierdził w myślach bez przekonania Raymond i zerknął przez ramię na swojego czarnego Chryslera Sebring. Poważnie zastanawiał się nad odjazdem z tego miejsca. Bardziej niż kiedykolwiek pragnął być już w domu i napić się ulubionej caffè breve. Nie mógł jednak pozwolić nieznajomemu chłopcu zamarznąć. Możliwe, że jego rodziców wcale nie było w pobliżu, a w najbliższej okolicy nie znajdowały się żadne zabudowania, do których chłopiec mógł zmierzać.

Musiał pomóc. Ruszył śladami dziecka.

Gdyby nie śnieg ścielący ziemię oraz gałęzie sosen, świerków i jodeł, w lesie panowałaby całkowita ciemność. Tymczasem jedynie korony drzew wydawały się rozpływać w nieogarnionej kopule mroku. Z nieba pod ostrym kątem nieprzerwanie padał śnieg, miotany chaotycznie przez wiatr – to na południe, to znów na wschód. Mróz wydawał się eskalować.

Raymond nie był w stanie biec. Brodził w głębokim śniegu, a wszystko dokoła niego kręciło się i  mąciło w jego głowie. Jego żołądek zaczął coraz silniej odczuwać negatywne skutki przepicia. W uszach natomiast szumiało mu jak podczas sztormu na Zachodnim Wybrzeżu.

Podążał po niewielkich śladach przez blisko pięć minut, aż wreszcie pod potężnym modrzewiem ujrzał obróconego do niego plecami, pochylonego chłopca, majstrującego przy pniu. Tym razem Raymond postanowił się nie odzywać, gdyż wiatr mógł wypaczyć jego słowa i przepłoszyć małego. Próbował podejść jak najbliżej niezauważony.

Był już w połowie drogi, gdy chłopiec odwrócił głowę i spojrzał prosto na niego. Raymond gwałtownie się zatrzymał, wystraszony widokiem. Oczy chłopca świeciły jak płatki śniegu. Równie krystalicznie. A może były to tylko łzy, odbijające śnieżny blask?

Alkohol niweczył wszelkie próby trzeźwego myślenia.

Raymond otrząsnął się z szoku, gdy malec ponownie zniknął w cieniu lasu. Uznał, że nie może dać się zwieść swoim zmysłom, będąc w stanie upojenia i ruszył dalej. Chodziło przecież o pomoc zagubionemu dziecku. Drażniły go tylko te ciągłe ucieczki chłopca. Chyba, że ten chciał, żeby dokądś za nim pójść…

 Mijając modrzew, przy którym minutę wcześniej pochylał się malec, Raymond spostrzegł wiśniowy, wełniany szalik owinięty wokół konara. Wciąż nie odzyskał sprawności psychicznej, ale podejrzewał, że szalik był swoistym kierunkowskazem zostawionym tu dla niego lub innej osoby albo zaznaczającym chłopcu drogę powrotną do drogi.

– Bystry dzieciak – szepnął pod nosem i spróbować przyspieszyć kroku.

Śniegu było coraz więcej. Raymond popatrzył na rękawy swojej kurtki i stwierdził, że są już bardziej białe niż bure. Czuł, jakby zmieniał się bałwana… Przestraszyła go ta myśl. Może na drodze naprawdę uderzył w człowieka, którego jakaś nadprzyrodzona siła przemieniła w człowieka śniegu? I teraz to samo miało przytrafić się jemu? Wyobraził sobie ni to łzawiącego, ni topniejącego na słońcu człowieka, uwięzionego w śnieżnej powłoce.

Roześmiał się do swoich myśli. Nigdy więcej whisky, postanowił.

Parł przed siebie pod wiatr, skulony, by osłonić przed śniegiem szyję i twarz. Z każdym krokiem zapadał się po kostki w sypkim jak piasek białym puchu. Przemarzł na kość, ale wiedział, że wobec tego chłopiec był zmarznięty jeszcze bardziej. I potrzebował natychmiastowej pomocy.

Gdzie jesteś?

Raymonda przebiegły dreszcze. Zatrzymał się i rozejrzał gwałtownie, ale nikogo nie zobaczył. Wyraźnie jednak usłyszał pytanie, zadane głosem pozbawionym płci, czy konkretnego źródła pochodzenia, jakby sama śnieżyca je wypowiedziała.

Raymond złapał się za głowę i spróbować zebrać myśli. Zmysły płatały mu mrożące krew  w żyłach figle. Nie przypuszczał, że po alkoholu można mieć takie urojenia. Zdziwiłby się, gdyby po tej całej przygodzie nie miał koszmarów sennych – oczywiście w zimowej scenerii.

Kontynuował żmudny marsz przez pochłonięty zamiecią las, aż dotarł do brzegu rzeki Clark Fork, ciągnącej się przez całą zachodnią Montanę. Zwierciadło wody było zamarznięte, lecz przedostająca się na powierzchnię wilgoć rozpuszczała opadający tam śnieg, w wyniku czego na rzece było znacznie ciemniej niż w lesie.

Raymond próbował wypatrzyć chłopca, a zwłaszcza rzucającą się w oczy czerwoną czapkę z pomponem, ale mrok nocy był zbyt gęsty. Jedynie ślady dziecięcych butów wskazywały na to, że malec udał się w stronę Clark Fork.

Po drugiej stronie rzeki rozciągała się dalsza część lasu Flathead. Nie podobało się to Raymondowi, gdyż jeśliby teraz zgubił chłopca, ten zabłądziłby jeszcze bardziej. Trudno było też ocenić stabilność lodu na tafli Clark Fork. Mróz był co prawda przeszywający, ale kilka dni wcześniej temperatura sięgała dziesięciu stopni.

Raymond zacisnął pięści i spróbował przebiec kawałek drogi.

– Zaczekaj, mały! – zawołał na tyle głośno, na ile starczyło mu tchu. – Chcę ci pomóc!

Chłopiec nie odpowiedział lub też zamieć przytłumiła jego głos.

Raymond zdał sobie sprawę, że wbiega na rzekę dopiero wtedy, gdy usłyszał trzask pękającego lodu. W porę jednak pokierował nim instynkt i położył się płasko na lodowej skorupie. Odetchnął głęboko, gdy charakterystyczny odgłos po raz ostatni przeszył powietrze i ucichł.

Leżał bez ruchu kilka sekund, uspokajając nerwy. W tym czasie wpatrywał się bezrefleksyjnie w skrawek lodu, na którym spoczywał jego podbródek. Jakiś kształt lawirował pod wodą. Raymond wytężył wzrok i w tym samym momencie na lodzie od spodu pojawiła się czyjaś dłoń, próbując jakby sięgnąć jego twarzy.

Raymond odskoczył przerażony, lecz zdążył jeszcze ujrzeć drugą skierowaną ku niemu rękę oraz wpatrzone w niego z wyrzutem zmatowiałe oczy chłopca.

– Nie! – wrzasnął na cały głos, odpychając się rękoma i nogami w stronę brzegu. Zupełnie zapomniał o pękającym pod nim lodzie, obie stopy zdążył zanurzyć w lodowatej wodzie, ale udało mu się wyjść na nadbrzeże i podnieść się na równe nogi.

Jego przygoda na dziś się skończyła. Chciał pomóc malcowi, ale zmysły odmówiły mu posłuszeństwa, zsyłając kolejne niestworzone imaginacje. Musiał wrócić do samochodu, a potem do domu. Głęboko wierzył, że rodzice chłopca odnajdą go albo ten znajdzie bezpieczne schronienie. Nie potrafił mu pomóc.

Udał się po swoich śladach z powrotem do lasu, próbując zapomnieć o ostatnim potwornym przywidzeniu. Poszukał w głowie jakichkolwiek pozytywów tego dnia i po długim czasie namysłu przypomniał sobie bałwana, którego przejechał. To mógł się okazać człowiek, przez chwilę Raymond był nawet o tym przekonany, a jednak pozorna tragedia skończyła się dobrze. Czy tak samo będzie z zagubionym chłopcem?

Najważniejsze, że nikogo nie zabiłem, pomyślał.

 

Ciało 9-letniego Oscara Aylwarda odnalazła w nocy jego rodzina w rzece Clark Fork, 10 mil od Missouli. Chłopiec zaginął tego samego dnia wieczorem podczas spaceru z rodzicami w lesie Flathead, gubiąc się w zamieci śnieżnej. Zaalarmowana rodzina wkrótce po zdarzeniu przybyła na pomoc zrozpaczonym rodzicom i razem z nimi przeszukiwała las nawołując Oscara. Wezwana policja przybyła na miejsce z opóźnieniem (…) Chłopca odnaleziono w pół godziny po jego śmierci. Próby reanimacji skończyły się niepowodzeniem. Na podstawie analizy śladów pozostawionych na śniegu policja wykazała, że tuż przed śmiercią Oscar nie był w okolicy rzeki sam. Nieznany mężczyzna ścigał go przez pół mili  od drogi, wiodącej przez las, aż po koryto rzeki Clark Fork. Podczas ucieczki chłopiec zawiesił na drzewie swój szal, aby rodzice mogli go łatwiej odnaleźć (…) Dokładne okoliczności śmierci Oscara pozostają tajemnicą. Policja nie precyzuje, czy chłopiec znalazł się pod lodem podczas ucieczki przed mężczyzną, czy też został w rzece utopiony. Możliwe, że sekcja zwłok udzieli odpowiedzi na to pytanie…