Wywiad z Jakubem Kijucem

Marcin Bukalski: Wdarłeś się na rynek polski rynek komiksowy z inicjatywą dziwną i ryzykowną, udało się to jednak dzięki utworzeniu własnego wydawnictwa. Co Cię skłoniło do podjęcia takiego kroku?

Jakub Kijuc: Wydaje mi się, że u nas (w Polsce) każda inicjatywa wydaje się właśnie taka jak napisałeś – dziwna i ryzykowna. Z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że uwarunkowania rynkowe są takie a nie inne.

Co do powstania Czarnej Materii, to powód był banalny. Chciałem wydawać. Chciałem wydawać komiksy. Projekt zakładał komiksy w takiej właśnie formie – czyli zapomniane przez czas zeszyty wyciągnięte z szafy. Udało się na tyle na ile się udało a teraz czas iść dalej.

Po ponad roku działalności Czarnej Materii mogę śmiało powiedzieć, że wydawanie w Polsce to dosyć ciężkie i pracochłonne zajęcie, ale w ostatecznym rozrachunku bardzo wdzięczne. Trzeba tylko umieć skupić się na pracy i potrafić puszczać mimo uszu nieżyczliwości a otworzyć się na konstruktywną krytykę.

Zresztą. To chyba dotyczy każdego zajęcia.

MB: Nawiązując do poprzedniego pytania: jak oceniasz rodzimy rynek komiksowy?

JK: Nie oceniam. Staram się, na tyle ile mogę ten rynek budować. Gdybym jednoznacznie go ocenił, to zamknąłbym możliwości modyfikacji tego rynku. Tak po ludzku: jeśli napiszę jak jest, to to zdanie będzie się za mną ciągnęło do ostatniej części Konstruktu i przynajmniej jeden dzień dłużej. Lepiej budować niż oceniać.

W internecie można znaleźć dużo informacji na temat „jak jest źle i niedobrze”, ale prawie nic na temat działań mówiących jak coś zmienić. Są inicjatywy oddolne promujące komiks, jest kilka wydawnictw, ale wydaje mi się, że wąskiemu gronu tzw. „komiksowa”, albo pewnym elementom tego środowiska odpowiada sytuacja taka jaka jest. Zupełnie nieprzyszłościowa i destruktywna. Ja staram się patrzeć na wszystko w pozytywnym świetle. Skupiam się na pracy nie na ocenianiu. Dlatego zarzuciłem planowane recenzowanie komiksów na moim blogu „Opium VI”. Zaczęło się i skończyło na jednym komiksie i prawdopodobnie więcej tego typów tekstów krytycznych nie będzie.

MB: W Twoim komiksie występuje wiele nawiązań: literackich, popkulturowych a nawet quasi historycznych – mógłbyś pokrótce przybliżyć najważniejsze inspiracje jakie towarzyszyły Ci przy tworzeniu „Konstruktu”?

JK: Kiedyś na starym blogu Konstrukt zacząłem wypisywać nawiązania, które umieściłem w pierwszym zeszycie Konstruktu i pominąłem jedną, a chyba najważniejszą rzecz..Wszystkie cztery papierowe komiksy z serii „Czarna Materia Prezentuje: Konstrukt” są pod względem formalnym  nawiązaniem do czasów „Spider-Manów” i „Supermanów” drukowanych na gazetówce i dostępnych w prawie każdym kiosku. Stąd zagniecenia i zatarcia na okładkach drukowanych Konstruktów. Komiksy wyglądają, jakby były wydane w magicznych i psychodelicznych latach ’90… no i że ktoś o nie nie dbał. Trzymał w szafie w pudełkach po butach przygniecione rolkami i rozklekotanym odkurzaczem.

Co do nawiązań wewnątrz fabuły to chciałem w jakiś sposób nawiązać do miejsca akcji komiksu – Lublina. Stworzyć kontekst miejsca, który nada drugie znaczenie tej zagmatwanej, a jednocześnie bajecznie prostej historii. Jednym z bohaterów miał być matematyk. Połączyłem to z postacią Icchaka Horowitca – Widzącego z Lublina. Ten, według żydowskich legend, był obdarzony  niezwykłym talentem, który między innymi pozwalał mu na przeliczenia jednym spojrzeniem wszystkich liści na drzewie.

Jak na komiks zahaczający delikatnie o horror są tam również nawiązania do Mitów Cthulhu. Starałem się je przedstawić w nieco odmiennym kontekście niż miało to miejsce dajmy na to w Hellboyu…

MB: Czy nie obawiasz się, że specyfika Twojego komiksu, mnogość zawartych w nim nawiązań i klisz zrozumiałych dla ludzi „obytych” w różnych dziedzinach sztuki nie ogranicza jego grona odbiorców do grupki zapaleńców?

JK: Być może. Ale wydaje mi się, że chodzi bardziej o zaburzenie liniowości wydarzeń. To akurat było potrzebne, wzbudzało dodatkowy niepokój. W Konstrukcie jako regularnej serii cyfrowej ta akurat forma przejdzie w bardziej zrozumiałą dla przeciętnego czytelnika.

Wspomniane nawiązania i klisze są już tylko wrzutkami, które są niejako obok fabuły. Są jej dopełnieniem a nie kwintesencją.

MB: Dla wielu czytelników, także dla mnie, najciekawszym motywem Twojego komiksu są wzmianki o  Wieży Jerycho. W „Konstrukcie schodzi ona na dalszy plan, jednak z tego co wiem historia będzie nadal rozwijana. Możesz zdradzić cokolwiek o przyszłości Jerycha?

JK: Jerycho to organizacja. Wieża Jerycho to jeden z obiektów tej Organizacji. Napiszę tylko tyle, że Jerycho to jeden z głównych rozgrywających w całej aferze. Będzie dużo Jerycho. Obiecuję.

MB: W ostatnim zeszycie „Konstruktu” możemy przeczytać, że jest on ostatnim w takiej formie. Rozwijasz tez internetową platformę dystrybucji. Co jest przyczyną tych zaskakujących zmian?

JK: Póki co komiksy będą udostępniane na licencji Creative Commons. Będą to delikatnie okrojone wersje. Pierwsza część cyfrowego Konstruktu, którą można czytać bez znajomości poprzednich, papierowych wydań, pozbawiona jest kilku dodatków.

Chcę, żeby komiksy dotarły do jak największej liczny osób. Dziś już mogę napisać, że jest spore zainteresowanie bez jakichś specjalnych nakładów reklamowych.

29 lutego na stronie Czarnej Materii będzie miała miejsce publikacja drugiej części Konstruktu. Później przechodzę całkowicie w sprzedaż plików. I tutaj znów postaram się, żeby cena była jak najniższa. Żeby każdy mógł sobie kupić odcinek serialu komiksowego nie obciążając zbytnio swojego portfela/konta.

Powodów przejścia w media cyfrowe jest kilka. Najważniejsze to dystrybucja prasy i książek w Polsce – długo by o tym pisać. Delikatnie mówiąc nie jest najlepiej i to chyba najbardziej męczący element pracy wydawcy. A po to wymyślono te wszystkie świecące ekraniki i monitorki, żeby ułatwiały nam życie. Dlatego mam zamiar korzystać z dobrodziejstw techniki maksymalnie jak tylko się da.

Co do innej formy pisałem zdaje się o zagnieceniach na okładce. Ostatecznie w wersji cyfrowej zagniecenia pozostały – i chyba wyszło to na dobre komiksowi.

MB: Czytujesz horrory? Jeśli tak to jaki ich rodzaj lub autorzy są Ci najbliżsi?

JK: Ostatnio czytałem „Fungus” – całkiem fajne czytadło. Kumpel mi pożyczył. Taki relikt kieszonkowych horrorów z biblioteki. Pamiętam też „Wielkie Sekretne Widowisko”,  „Evereville” oraz „Potępieńczą Grę” Barkera. Finał „Gry” to moim zdaniem najbardziej hardkorowa końcówka książki jaką można sobie wyobrazić.

Wakacyjny czas jest najlepszy na Kinga. Jakoś tak mam, że czytadła Stephena K. Docierają do mnie tylko w lato.

Ostatnio czytam sci-fi. Nadrabiam braki z Lema, którego książki po prostu uwielbiam. A jeśli już jesteśmy przy tym autorze, to wiele z jego opowiadań jest nacechowanych elementami literatury grozy. Weźmy na przykład opowiadanie „Przyjaciel” z żywym budynkiem (Jerycho?) czy jedno z opowiadań z Ijonem Tichy pod tytułem „Doktor Diagoras”…

MB: Przeglądając internet, można bez trudu odnaleźć dziesiątki polskich undergroundowych komiksów – często niczym nie ustępujących produkcją z oficjalnego obiegu. Które z nich mógłbyś polecić czytelnikom Carpe Noctem?

JK: Dzisiaj trudno określić jednoznacznie co jest undergroundem. Jest taki zin „Deus Ex Machina” – świetna rzecz. Komiks wpisany w okręg. Niedługo ma wyjść trzeci numer.

Jest też ”Biały Orzeł”, który z impetem wdarł się na rynek i myślę, że dobrze sobie radzi. Świetna rzecz, bo nie próbuje mówić o kondycji superbohatera w Polsce i nie jest żadną „odpowiedzią na”. Po prosu jest i mocno daje radę.

Są też niezwykłe komiksy Otu Siunia – dwie części  „Veronique”. Co do tej drugiej pozycji na pewno nie jest to coś, co przypadnie do gustu wszystkim czytelnikom, ale ma w sobie niezwykłą dawkę trudnego do opisania klimatu. Jedna z historyjek przypomniała mi odcinek „Po Tamtej Stronie” (albo „Strefa Mroku”), gdzie kobieta zamknięta w supermarkecie zmienia się powoli w manekina.

MB: Masz jakiegoś własnego komiksowego guru, który jest dla Ciebie niedoścignionym ideałem?

JK: Uwielbiam komiksy Alana Moora i Granta Morrisona. Jeśli chodzi o grafikę, to gustuję raczej w staromodnym, klasycznym rysunku. Ale nie mam jakichś niedoścignionych wzorów, bo staram się iść swoją drogą. Podziwiam za to prace Kevina O’Neilla, Richarda Casea czy Alexa Totha.