Więcej Wierzb!

Żaden trzeźwo myślący wydawca nie będzie prowadził działalności charytatywnej, a tym bardziej zaspokajał zachcianek tego czy innego czytelnika. Co zatem ma zrobić osoba stroniąca od nowości, ceniąca, na przykład, literackich prekursorów grozy? Oceniając rynek wydawniczy przez pryzmat dostępności klasyki horroru, nie mogę powiedzieć, abym czuł się szczególnie usatysfakcjonowany. Czytelnicy z kilkudziesięcioletnim stażem są w znacznie lepszej sytuacji. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte dość mocno przysłużyły się wszystkim, którzy mieli ochotę poznać twórczość pisarzy przecierających szlaki dla dzisiejszego horroru. Hawthorne, Murdoch, Le Fanu czy Freeman to tylko niektóre nazwiska warte przypomnienia. Większość tekstów, które wówczas ujrzały w Polsce światło dziennie, można obecnie – szukając dostatecznie wytrwale – znaleźć na rozmaitych aukcjach oraz w co lepiej zaopatrzonych antykwariatach. Niezależnie jednak od ilości opublikowanych interesujących nas tekstów, jest to nadal zaledwie kropla w morzu. Wiele powieści i opowiadań wciąż czeka na odkrycie, ale patrząc na słuszną linię postępowania polskich wydawców, nie sądzę, aby miało to ulec zmianie w najbliższej przyszłości. Brakuje w Polsce osób wystarczająco odważnych, chcących inwestować w coś, po co sięgnie prawdopodobnie jedynie garstka czytelników.

Jak to jednak w życiu bywa – nie ma reguły bez wyjątków. W 2004 roku Crime & Thriller, toruńska oficyna wydawnicza pod wodzą Pawła Marszałka, wznowiło opowiadania Howarda Phillipsa Lovecrafta i tym samym rozpoczęło inwestycję w twórczość klasyków grozy. Seria Biblioteka Grozy – pod takim bowiem szyldem zaczęto wydawać utwory owych klasyków – szybko zyskała uznanie w oczach miłośników opowieści z dreszczykiem. Zainteresowanie tekstami ojców fantastyki niesamowitej było ogromne, pomysł na ich publikację z miejsca okazał się strzałem w dziesiątkę. W ciągu siedmiu lat fani wspomnianej serii doczekali się aż dziewięciu pozycji. To właśnie dzięki takim ludziom jak Paweł Marszałek młode pokolenie ma szansę poznać chociażby prozę Algernona Blackwooda.

Prawdę mówiąc, nie wierzyłem, że znajdą się w naszym kraju osoby gotowe ponownie zainwestować w literacki dorobek wspomnianego pisarza. Na szczęście Blackwood, uważany za jednego z największych twórców fantastyki niesamowitej, fascynuje także i dzisiaj. Z grona motywów literackich pisarz szczególnie upodobał sobie te, które oscylują wokół świata przyrody, natury przez duże „N” oraz skonfrontowanego z nią człowieka. Odzwierciedleniem owych zainteresowań jest opowiadanie Wierzby, opublikowane po raz pierwszy w zbiorze The Listener w 1907 roku. Inspiracją do zaprezentowania historii dwóch podróżników zafascynowanych „żywotnością” Dunaju i ich niezwykłej przygody na jednej ze znajdującym się na rzece wysepek była wyprawa samego Algernona Blackwooda, którą pisarz odbył w 1900 roku wraz z Wilfredem Wilsonem, swoim długoletnim przyjacielem. Fabuła przesycona duszną atmosferą oczekiwania, napięciem wynikającym z bezpardonowej walki człowieka z duchami przyrody oraz odautorską wiarą w istnienie świata władanego przez „czystą, pierwotną Naturę – potężną i bezwzględną siłę, będącą w stanie odwiecznej wojny z ludźmi – wciąga czytelnika już po kilku pierwszych wersach. Zresztą, potwierdzenie fascynacji siłami przyrody możemy także odnaleźć i w innych tekstach pisarza. W Uroku śniegu Blackwood otwarcie przyznaje się do wiary w istnienie Świata Natury – jej straszliwych, pogańskich i często niebezpiecznych żywiołów. Słusznie twierdził Howard Phillips Lovecraft, pisząc że Blackwood jest niekoronowanym mistrzem niesamowitej atmosfery. Czytając Wierzby, dając się porwać emocjom towarzyszącym bohaterom, nie sposób nie zgodzić się z tymi słowami.

Po lekturze zbioru Wendigo i inne upiory, w którym opowiadanie Wierzby zostało właśnie opublikowane, śmiem twierdzić, że proza Blackwooda – jak i innych jemu podobnych – mogąca uchodzić za przestarzałą, znalazłaby także i dzisiaj poklask w wielu kręgach czytelniczych. Wobec powyższego, szczerze życzyłbym sobie, aby liczba wydawców idących w ślady Pawła Marszałka stale się powiększała. Aby rosnące w Polsce zainteresowanie horrorem przełożyło się na wzrost liczby publikacji tekstów pióra prekursorów literatury grozy.

Większość wydawców woli postawić na sprawdzone, gwarantujące sprzedaż nazwiska, niż zaryzykować i poświęcić czas czemuś, co być może nie przyniesie żadnego zysku. Jedyna słuszna strategia? Nie sądzę. Zatem, parafrazując słowa Goethego: więcej Wierzb!