Tanie kino

Obejrzałem węgierskich Kontrolerów i przez tydzień nie mogłem wyjść z zachwytu, bo film to zacny, mądry nawet, a do tego napędził mi stracha. Z syndromem dwunastolatka biegałem po kolegach, namawiałem, chwaliłem, „no, musicie to zobaczyć. Tam jest wszystko, komedia, dramat, romans, do tego horror i to jaki. Za grosze, stary, nakręcili. Za grosze”. 

Kontrolerzy nie są horrorem, tylko dziełem synkretycznym, absorbującym elementy kina grozy w drodze do całości. Ale najważniejsze filmy gatunku nakręcono za parę dolarów: od trzaskanych w weekend obrazów Rogera Cormana, przez Noc żywych trupów, aż do telewizyjnego Ju-on i Kręgu Nakaty. John Carpenter, kręcąc Halloween na wiosnę, troskliwie zbierał sztuczne liście, żeby móc użyć ich ponownie w kolejnej scenie, a aktorzy grali we własnych ubraniach, bo na kostiumy brakło. W Phantasm drugie plany obstawiła rodzina reżysera, a Bad Taste Jackson kręcił tylko w weekendy kamerą za 15 dolców (też). A jeśli spojrzymy na historię gatunku, dostrzeżemy, że kamienie milowe to właśnie tanie produkcje, a jego serce bije zgodnie z rytmem George’a Romero, Lucio Fulci, czy Johna Carpentera, a nie Stanleya Kubicka czy Francisa Forda Coppoli. 

Pobieżna analiza kosztów prowadzi do pytania – dlaczego w Polsce nie powstał Hellraiser, czemu nie mamy swoich Kontrolerów? Amerykanie mają Freddego Krugera, Kanadyjczycy paskudztwa Cronenberga, Włosi tabuny zombich, Anglicy Pinheada i wytwórnię Hammer, azjaci zaś złą dziewczynkę w telewizorze. My natomiast nic. Albo prawie. Oczywiście w Polsce powstawały horrory, najczęściej przeraźliwe słabe (Powrót wilczycy, Klątwa doliny węży), raz nawet wybitne, czyli Medium, liczące sobie już lat dwadzieścia. Można więc uogólnić, że w Polsce horrorów się nie kręci i zaraz zapytać dlaczego.

Po pierwsze, ludzie nie chcą kręcić, co nie znaczy, że horroru nie cenią. Film w Polsce można zrobić na dwa sposoby. Albo próbujemy od góry, ale tam wszystko jest, podobno, ustawione. Tak słyszałem, choć nie znam nikogo, kto choćby tę górę zdołał powąchać, co już wskazuje, że nie tędy droga. Pozostaje tzw. kino niezależne, które na zachodzie stanowiło o historii gatunku. Tu problem jest bardziej złożony. 

Tym, co stanowi o sukcesie filmu niezależnego jest opinia krytyki. Jeśli będzie pozytywna, być może obraz nawet – o rajku! – zawita do kin. Problem w tym, że należy w gust krytyki trafić. Więc człowiek trafia jak umie – kręci opowieści o aborcjach, bitych żonach i wykastrowanych zbieraczach złomu, pozorując głębie i tłumacząc wszystkim, że życie to kupa gnoju. Polski horror to ryzyko i wyzwanie – a tych pojęć nie uczą w żadnej szkole filmowej. Świadomie więc wybiera się tematykę bezpieczną. I trudno się dziwić. Zdać na studia filmowe jest szalenie trudno (a bez studiów nie będziesz w Polsce reżyserem, choćbyś nakręcił Mechaniczną pomarańczę), skończyć trudniej, szansa na debiut trafia się tylko raz, więc trzeba mieć zdrowego szmergla, by nakręcić horror, a nie film społeczny. Jak to w Polsce od zawsze – nie ludzie winni, tylko system.

Dobry film można zrobić za grosze, ale trudno wyłożyć nań z kieszonkowego, chyba, że takowe wypłaca ministerstwo, fundacja, lub prywatny sponsor. Ci jednak dawać nie chcą, podzielając przekonanie o kontrowersyjności tematyki. Wyobraźmy sobie taka scenę: 

Facet Z Wielką Forsą: „To o czym ma być pana film, panie Staszku? Mogę mówić ci panie Staszku?”

Debiutant: „O małym miasteczku nad morzem. Kiedyś zatopiono tu statek z niewinnymi ludźmi. W rocznicę wydarzenia, duchy marynarzy powracają by dokonać zemsty”.

Facet Z Wielką Forsą: „Po prostu wspaniale. To da pan ten numer. Zadzwonię. Wiem, że wszyscy mówią, ze zadzwonią i nie dzwonią. Ale ja zadzwonię”

W ten sposób pogrzebaliśmy Mgłę Johna Carpentera, a Facet z Wielką Forsą finansuje tragiczną historię narkomanki, która rodzi dziecko o dwóch głowach i styka się z ostracyzmem społecznym.

Pogarda dla horroru wynika z tradycji. A raczej z jej braku. Amerykański sześćdziesięciolatek wie, kim jest Freddy Kruger, kto grał Draculę w produkcjach Universalu, a wyrwany z głębokiego snu opowie, jak robił do butów oglądając Dzień Tryfidów w kinie samochodowym. Dla rówieśnika z Polski to tylko puste nazwy bez desygnatów. Kręcenie horroru w Polsce przypomina muzyka, który chce zawojować świat na graniu, choć usłyszał tylko „The Wall” Floydów i demówki Oddziału Zamkniętego.

Ta sytuacja może mieć tragiczne konsekwencje. 

Na świecie, ostatnie lata, to wielki tryumf horroru – wystarczy tylko zerknąć na amerykański Box Office, aby się przekonać. Więc ostrzegam i przepowiadam. Niedługo jakiś człowiek z wysokiego stołka przejmie się tym spostrzeżeniem, wykrzyknie że trzeba nakręcić horror i jak pomyśli, tak zrobi. Stanie się to zgodnie z prawami rządzącymi polską kinematografią – scenariusz napisze kolega, a reżyserię dostanie facet, który nosił kamerę za Wajdą i w ogóle tanio będzie, bo zostały kostiumy z Wilczycy. Innymi słowy, testowanie nowej formuły złożone zostanie w ręce ludzi, którzy jej nie rozumieją. Casus Wiedźmina zaprzepaścił na lata szansę nakręcenia godziwego fantasy w naszym grajdole. Jeśli tryb produkcyjny zostanie powtórzony, powstanie arcydzieło, kompromitujące gatunek na lata, a cała redakcja Carpe będzie ze wstydu chodziła kanałami.