Szkłolud

Zapraszamy do lektury tekstu autorstwa Jana Maszczyszyna, który zwyciężył w naszym konkursie na zimową miniaturę grozy. Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

Najpierw rysunki wydały się staremu Pronowi Stamford niepoważne. Później przyglądał się im z narastającym gniewem. Zaklął. Spróbował przejechać po konturach wzoru brudnym paznokciem kciuka. Pozostawił białą, szeroką linię zakłócenia. Bielała jak blizna. Nie…

Wstążka…Biała wstążka.

Tak.

Zastanawiające, co matka natura może stworzyć bardziej wizualnie wyzywającego, obrazoburczego, dogłębnie irytującego? Jak daleko można się posunąć zwykłą zmrożoną na szybie wodą? Wzory geometryczne?

Nie. Nie trzeba było szukać innego sensu w tak przykrej dosłowności.

Ścierał to z miną szaleńca.

– Pron! –  To wezwanie poirytowanym głosem przywołało go do rzeczywistości.

Odsunął rękę. Zarysy czegoś natychmiast powracały.

Pismo? Hieroglify? Runy? Kod obrazkowy?  Czy to była konwersacja? Kurwa… Pytania zadręczały natrętną powtarzalnością.  Doprowadzały do bólu, nadciśnienia, wreszcie wilgoci nosa. Wytarł dłonią wiszącą kroplę. Krew? Nie… Śluz z odrobiną czegoś czarnego. Na pewno, nie krew?

Rysunek na powrót wyłonił się w nieskończonym pejzażu szyby. Urągliwy. Drwiący. Napis pod nim był celną uwagą odnośnie jego genitalii, aż wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Zdrapał go szybko kuchennym nożem. Skończył z piskiem szkła tuż w poszczerbionym rogu okna.

Westchnął ciężko. Poszedł do kuchni po wiadro. Mógł spędzić cały dzień na ścieraniu tego świństwa szmatą namoczoną w gorącej breji, którą mu przygotowała żona Roxana.

– Nareszcie się do czegoś przydasz – mówiła. Żebyś jeszcze widział jakieś mroźne grafitti na podłodze i meblach, to miałabym w domu Lśnienie Stanleya Kubrica – dodawała ze uśmiechem na dotkniętej syndromem Downa twarzy.

Nigdy nie oglądała tego arcydzieła na ekranie telewizora, tym bardziej kina. Nawet nie widziała na żywo! A zawsze wynajdywała okazję, żeby pochwalić się znajomością tytułu.

Pron zawtórował uwadze pożółkłym, wyszczerzonym uśmiechem… Uśmiechał się do suki i jej chytrych, okrągłych oczu, co brała za symptom uwielbienia i oddania.

Poczekał aż jej grube cielsko zajęło się garami w kuchni i przejrzał, tym razem przez lupę budujące się na nowo kryształki lodu. Kiedy usłyszał krzątanie przy piecu i uzyskał pewność, że nikt go na tym nie złapie spróbował je zlizać końcem języka. Poczuł okropne pieczenie i jednoczesne, dotkliwe zimno. Pozostawiły posmak krwi. W lustrze łazienki zobaczył, że przyciął język. I to w kilkunastu miejscach.

Wrócił do sypialni. Zauważył, że tylko szyby okien zwróconych na daleką, Północną część ogrodzenia posiadają to szczególne  oblodzenie. Inne miały te same, beztreściwe, zimowe bohomazy, co zwykle. Na noc postawił dwie dmuchawy na parapetach okien. Miał dość skrobania. Pod paznokciem czuł dosłownie rosnące drzazgi.

2.

– Siedział pan wczoraj całą noc w oknie panie Pron – stwierdził policjant Jero Plait zatrzymując go na ośnieżonym chodniku tuż przed klatką schodową.

– Szedłem tylko po gazetę – wyjaśnił.

Policjant złapał go za kark i ścisnął. Nawet przygiął go do ziemi, kiedy upewnił się, że wokół jest pusto.

– Kiedyś daję słowo nie wytrzymam. I wyrżnę pańskim łbem o krawężnik. – Jego oczy były przy tym bezosobowe i puste. Był w końcu w pracy. – Pytam się o wczoraj, bo ktoś przerżnął gardło Lucy z sąsiedztwa i mógł pan widzieć, kto. Podobno całe popołudnie wycierał pan szyby swego pierdolonego okna?

– Zamarzały…

– Zamarzały, bo jest zima. A jeśli chciał mieć pan je czyste, to pytam się grzecznie, w jakim celu? – pytał i potrząsał nim jak szmacianą lalką. Patrzyli sobie przez chwilę w oczy dotknięte tym samym syndromem Downa.

– Te mroźne wyzwania? Rysunki, od których do dziś kręci mi się w głowie. Wyrazy, od których dostawałem torsji?

– Widział je pan na podwórzu?

– Nie …Na szybie.

– Stracę zaraz do ciebie cierpliwość gnoju. Wyciągnę pukawkę i wystrzelam dziurę w małym czole. Mam!?

W odpowiedzi jak zwykle otworzył usta i wystawił język.

– To coś…Przekradło się przez ogrodzenia z Grzejników…-  powiedział jąkliwie.

Policjant puścił go, aż się zatoczył i poleciał na ścianę.

–  Nic chodzącego o własnych siłach nigdy nie przecisnęło się nawet przez szparę w ogrodzeniu Grzejników…

Machnął lekceważąco ręką. Odszedł w stronę sklepiku, gdzie wczoraj na podobnie oblodzonym szkle zawisła Lucy z sąsiedztwa. Przylepiła się językiem do szyby. Dziwne, że wystawa sklepowa wytrzymała taki ciężar. Pron obserwował ją do rana, siedząc na ciepłym parapecie okna. Szyba sklepu wybrzuszyła się, wessała ją aż po szyję, ale nie pękła.

Lucy odlepiła się rankiem wraz z odejściem  supermrozu, też przeciśniętym przez szparę w ogrodzeniu z Grzejników.

Upadła bez głowy w śnieg.

3.

Lód na szybie był grubszy niż poprzedniego dnia. Rósł tak jak w sklepiku. Po obu stronach okna. Szybko jak grzyb, rozkrzewiając się i pęczniejąc. Nawet nie dał się zarysować paznokciem, ale za to dawał się odłamać. Zimno nawet poprzez rękawiczki było trudne do wytrzymania. Pron zaledwie oderwał, a już musiał upuścić pełen kolorowych wzorów  fragment.  Rozbił się na podłodze z odgłosem pękającego szkła. Po chwili na powrót się złożył i zaledwie dostrzegalnie przesunął w kierunku okna.

Zona znów wydarła się na niego z łazienki. Niechętnie ściągnął rękawiczki. Wolnym krokiem podszedł i stanął w powodzi żółtego światła. Siedziała w pianie niemal po obwisłe piersi. Wyglądała  na przerażoną. Po raz pierwszy widział ją w takim stanie.

– Umyjesz mi plecy? – zadała pytanie drżącymi wargami. Tak, jakby słowa nigdy nie opuściły krtani, a wymamrotała je obca siła, wykrzywiając masę drżącej skóry, napompowanej krwią i podkreślonej cuchnącą szminką.

– Po, co malujesz się do wanny? Romantyzm cię dopadł? W twoim wieku? – pytał, mydląc gąbkę. Pochylił się ponad plecami i nagle zamarł. Czubkiem gąbki dotknął rozkrzewiającego się lodowego wzoru na plecach żony. Gąbka postrzępiła się, jakby natrafiła na ruchomą, szorstką piłę. – Co to jest? – zapytał głośno przełykając ślinę.

– Jest mi strasznie zimno Pron. Okropnie zimno – szeptała wraz  z nieopanowanym dygotem ciała. Jej kolana uderzały w chaotycznym rytmie o brzegi wanny.  –  Dzisiaj rano usiadłam na oblodzonych stopniach schodów przed domem. Na chwilę…Tylko, żeby zawiązać małej Doris  Hoffman buciki i wtedy poczułam, że  przeraźliwie zimny szkłolód przylepia mi się…

– Do dupy?

– Do tyłka ! Pron…Dlaczego zawsze musisz być taki służbiście dosłowny? Ktoś płaci ci za tę wredną skurwysyńską ironię?  Pron… – nie dokończyła. Zastygła. Znieruchomiała. Z wnętrza ciała wydobyło się ciche chrobotanie. Stukanie i syk. Jej twarz nagle pękła, jakby była tylko iluzorycznym odbiciem w lustrze, a drzazgi szkła zmieniły kolory żywe na czerwone, ruchliwe od pulsujących kropel. Jej głowa odłamała się gdzieś  w okolicach nasady karku  i spadła z pluskiem do wody. W środku szyja wyglądała jak zamrożone na kość mięso z zamrażarki. Takie z białymi pasmami lodu czy ohydnego tłuszczu. Śmierdziała roztopionym smalcem.

To dlatego tak się darła od godziny.

Wybiegł szlochając.

4.

Nie wołał  o pomoc… Po co? Żeby znów zezowaty policjant Jero Plait  przyginał mu kark do samej ziemi w pytaniach bez końca.  Zresztą żona rano wstała i przywlekła się naga do kuchni.  Złapała się  blatu od stołu i puszczała lawinę bąków. Nawet nie śmierdziały, tylko robiło się od nich coraz zimniej. Miała na gołej skórze mnóstwo pęknięć. Były jaskrawe, wręcz oślepiające. Jakby ktoś wsadził w nią zimną neonówkę i  po tysiąckroć zapalił. Od stóp do szyi paliły się na niej dziwne ryty. Zapewne reklamy tej planety. Brzmiały mrocznym echem minionych wieków i zimowej potęgi, jaka tu niegdyś istniała, zanim przyszedł człowiek i roztopił całe to świństwo.

Roxana zakołysała się. Wewnątrz jej brzucha zaszemrało coś, potem zatrzeszczało rytmicznie jakby rozkręcał się w nim adapter ze zjechaną doszczętnie płytą. Na pozostałym kawałku szyi wykwitł jakiś twór podobny do balonika i rozpoczął swój gwałtowny rozrost. Po chwili  kiwała się już  na boki niestabilna, ciężka od tężejącego lodu  głowa. Pigmentowe źrenice wyglądały jak wmieszane w szkło kamyki. W twarzy  otwierała się  setka maleńkich  ust, cmokając bez ustanku. Potrząsnęła głową, potem ciałem. Tak jak to robi wychodzący z wody pies. Aż pękły piersi i zwaliły się na podłogę z łomotem ciężkich kamieni.

Pron cofnął się w stronę drzwi. Istota odepchnęła się od blatu i zawróciła  w jego stronę. Z wysiłkiem wydukała coś niezrozumiałego. Próbowała werbalnego kontaktu. Krzyczała…

Uciekł. Na korytarz wybiegli jednocześnie. Potem klatką schodową na wyścigi. Skończyli w ślizgu na ulicy. Istota była szybsza. Zwrotniejsza w tym tańcu na lodzie. Wyglądała jak jedno przedłużone lśnienie. Już cała stała się przeźroczysta z długimi wykrzywionymi łapskami.

Pron upadł popchnięty w śnieżną zaspę. Krzyczał ogarnięty szaleństwem i bólem. Dotyk przepalił ubranie i zakaził skórę siną martwicą.

Huknął płomień miotacza. Ogień wylał się pożogą żółci i bieli.

– Mówiłem panie Pron – odezwał się arogancko Jero Plait. – Współpraca z policją jest podstawowym obowiązkiem kolonisty. Spójrz pan za siebie na te domy – mówił, ciągle topiąc szkłoluda. – Całe, puste blokowiska aż po horyzont tej niegdyś całkowicie pokrytej lodem planety. Zaludniono ten syf takimi jak ja i pan. Niepełnosprawnymi z wrodzonym zespołem Downa. – Istota zapiszczała jak gwizdek. Materiał ciężko  poddawał się temperaturze. Jakby ten rodzaj lodu generował wewnątrz struktury piekielną nieskończoność zimna. – Nie ma nikogo chętnego w Galaktyce, kto chciałby w tym zamieszkać.- Przestał strzelać. Przyglądał się zaintrygowany nitkom czerwieni wewnątrz szklistego, zdeformowanego ciała. –  Każdego roku armia naukowców dopala to cholerstwo na biegunie aż do ostatniej kałuży, a zawsze jakaś zawszona śnieżna kula zdoła zbiec. Migrują  potem setkami na przeciwległy biegun zimna. Rozmnażają się bez kontroli jak grzyby i  powracają  w gigantycznych, śnieżnych  kulach wzmocnieni i bardziej przebiegli

– Czemu pan nie strzela? Ten szkłolud ciągle się rusza.

Policjant nie odpowiadał.  Patrzył w niebo zaniepokojony. Chmury ciągnęły się sinym wałem aż po horyzont Teramii. Nieco jaśniejsze  wydawały się na wschodzie, gdzie słońce rozpuszczało ten ponury nastrój nieśmiałymi odblaskami złota. Ale i tak promienie wyglądały po chwili jak białe sztylety, próbujące bezskutecznie kąsać zasłony z mroźnej ciemności. Coś  rozcinały, bo wysypywało się miarowo. Grad uderzał o odległy parking jak wyrzucone jednocentówki. Słyszany z  dystansu przypominał ciche pacnięcia o ziemię przypominające gorączkowe zabijanie muchy.

Gdzieś z daleka nadleciał łopot, później ogłuszający wiz. Kilka zniekształconych, gigantycznych kul leciało wysoko, kierując się na południe. Wyglądały jak wymiętolone poduchy. Od północy nadlatywało ich więcej.

– O lecą –  wydarł się policjant. Długa smuga z miotacza ognia zlizała niebo. Stał tak i próbował przez godzinę dopaść choćby jednego. Płomień osłabł i zgasł. Śnieżne kule podobne do zlepionego pierza leciały dalej niewzruszone i milczące. Pron naliczył  tysiące. Szły w ptasich kluczach, sypiąc w dół drzazgami lodowego szkła, które topiło słońce  zanim dotknęły ziemi.

– Wiosna nasza, zima wasza … – wyszeptał gliniarz. Jego twarz zmiął bolesny uśmiech. Szeroko rozstawione oczy jeszcze bardziej zmiękły. Podszedł do szkłoluda. Ten ciągle stał niewzruszony. Nogi wtopiły się w chodnik, a na wykręcone ciało rzuciły się łapczywie promienie słońca. Miały w sobie więcej cierpliwości i złośliwego uporu niż człowiek. Topiły. Niszczyły. Wystawiały poza nawias ekologicznej niszy, w temperaturze nie do przetrwania.

–  Pora Kałuż nadchodzi, skurwysynie… –  rzucił w niego Plait.

Odpowiedział feerią rozigranych w krysztale barw.

–  To był autentyczny szkłolud ze szkłolodu. Teramijczyk, psia mać. Gdybym tylko wcześniej pana posłuchał…– Spojrzeli za siebie z niepokojem.

Puste, oczekujące kolonistów domy po drugiej stronie wzgórza były czarne od niezamieszkałego i nieoswojonego mroku. Ta zima zabrała już wszystkich.

Byli tu sami.