STACJA SPECJALNA: Pośmiertny wywiad ze Stefanem Grabińskim

Wyobrażacie sobie polskie koleje bez opóźnień? Wolne żarty, zmiany w rozkładach stały się w naszym kolejnictwie czymś na kształt świeckiej tradycji. Również i nasz pociąg, w imię solidarności z PKP, zanotuje jedno spóźnienie. Aby jednak umilić pasażerom oczekiwanie na stację o kobietach, przygotowaliśmy dla nich wyjątkową niespodziankę – specjalnie dla czytelników CN pojawił się z zaświatów w naszym pociągu sam Stefan Grabiński, aby udzielić pośmiertnego wywiadu! Bo czymże byłyby „Podróże z Grabińskim” bez naszego klasyka grozy? Nieco modyfikując więc fragment piosenki Martina Lechowicza o kolei: na opóźnienie… zapraszamy!!!

Michał Budak: Na początek pytanie związane ze zbliżającą się premierą „Demona ruchu i innych opowiadań”. Zapytam wprost: dlaczego kolej?

Stefan Grabiński: Była dla mnie zawsze symbolem życia i jego ogniście pulsujących tętn – symbolem demonizmu ruchu, przepotężnej siły, znikąd rodem, co pędzi w światy przez międzyplanetarne przestworza w kręgach wirów bez początku i końca – symbolem nikłym wprawdzie i miniaturowym w stosunku do pierwowzoru, lecz nie mniej drogim, bo swoim, bo ludzkim, bo ziemskim. Nadmienię jeszcze, że kolej lubię bardzo; swego czasu nosiłem się nawet z zamiarem wstąpienia w jej służbę.

MB: Podobno najważniejszym dla Ciebie utworem tego zbioru jest „Maszynista Grot” – stwierdziłeś nawet swego czasu, że to ta nowela była impulsem do stworzenia tomiku. Możesz powiedzieć o niej coś więcej?

SG: Geneza utworu była dla mnie poniekąd niespodzianką, daleką od źródeł, z których zwykłem czerpać tematy. Bo przeważnie, niemal z reguły, biorę z siebie, z wewnętrznych przeżyć. Tu podnieta przyszła wyjątkowo z zewnątrz, z opowieści kolegi lat szkolnych, Zygmunta Artura Augustyna. Pewnego sierpniowego wieczora opowiedział mi ciekawe zdarzenie, którego był naocznym świadkiem, jako kierownik ruchu na małej, galicyjskiej stacji. Wśród monotonii codziennych funkcji nagle jak bomba spadło nań telefoniczne doniesienie z większej stacji sąsiedniej, nakazujące zwrócić uwagę na maszynistę zasygnalizowanego pociągu. Jakoż alarm okazał się słuszny: podejrzany osobnik zatrzymał pociąg spory kawał poza stacją. Ponieważ podobny manewr zdarzył się tego dnia już parę razy na innych stacjach, należało zbadać przyczynę. Ściągnięto maszynistę z parowozu i poddano zaraz na miejscu przesłuchaniu. Wynik wypadł niekorzystnie dla maszynisty, który nie umiał czy nie chciał wytłumaczyć swojego zagadkowego postępowania. W ogóle człowiek ten sprawiał wrażenie niepoczytalnego, na pół wariata. Władze musiały go usunąć – co się stało z nim później, nie wiadomo. Zdarzenie przedstawiało się jak zagadka psychologiczna. Nasunęło się zasadnicze pytanie: dlaczego? Miałem przed sobą wyniki tajemniczych założeń, skutki nieznanych przyczyn. Chodziło o pobudki postępowania, o motywy ruchów. Że maszynista miał swoją rację, że w swoim duchu postępował logicznie, nie wątpię. Trzeba było tylko wejść w labirynt obłąkańca, zapuścić się bez uśmiechu wyższości „zdrowego” w jego kręte, dziwnie w półmroku wijące się krużganki. Wyprawa wydała się godna trudu.

MB: Nie jest to jedyny przypadek Twojego zainteresowania skrzywieniami psychiki w tym tomiku. Konduktor Boroń ze „Smolucha” również jest kimś na kształt paranoika. Skąd się bierze ta fascynacja?

SG: Obłą­kańcy mają nie­raz wielką, smutną rację. Czyny i słowa waria­tów spra­wiają nie­kiedy wra­że­nie zasty­głych sym­bo­lów, pod któ­rych sztywną powłoką bije życie swo­iste, ory­gi­nalne a straszne zara­zem. Obłą­ka­nie jako wszelka ano­ma­lia – to jakby pro­tu­be­ran­cja życia, wyrzu­cona z jego nie­prze­nik­nio­nych tajni nad­mierną pręd­ko­ścią sko­ków. Zazdro­sne o swe tajem­nice pan­de­mo­nium bytu uchyla od czasu do czasu rąbka zasłony; na moment odsła­niają się przed zlęk­nio­nym okiem skłę­bione w dzi­kim cha­osie wiry, roz­wie­rają otchła­nie bez dna lub zio­nie chłodna, bez­brzeżna, roz­pacz­liwa pustka. I znów kotara zapada z powro­tem i wszystko układa się pod równą, gładką powierzch­nią codzien­no­ści. Obłą­kani – to czę­sto geniu­sze uczu­cia i myśli. Prze­po­tężna namięt­ność lub ideał roz­sa­dzają kru­chą formę pozo­sta­wia­jąc smutno-śmieszną karykaturę. Brak środków ekspresji i kruchość materiału do wypowiedzenia się – oto tragedia miliona bzików, oryginałów, wariatów, opętańców. Kto wie, czy to, co dziś jest lub wydaje się obłąkaniem, za lat sto, dwieście lub trzysta nie będzie najgłębszym sensem? Czy zdobywszy tęższą glinę, mocniejsze tworzywo, nie stanie się drogowskazem dla mądrych i silnych? Drogi ducha są dziwne i niezbadane.

MB: Ty jednak badasz je nieustannie. Trudno znaleźć jakiś utwór, w którym nie podejmowałbyś właśnie tajemnicy bytu, zwłaszcza tego ukrytego za kotarą, mistycznego.

SG: Mistyka! Nie chcę używać wyrazów, które działają niekiedy jak czerwona płachta. Może tylko tajemna logika zdarzeń. Lubię dopatrywać się w sprawach tego świata ukrytych związków. Wszystko, cokolwiek się dzieje, ma swoje głębsze znaczenie. Przypadek nie istnieje. Pod powierzchnią zdarzeń najbanalniejszych biegną niewidzialne dla oka fizycznego arterie. Wyczuć ich tętno, utajoną pulsację – oto zadanie artysty.

MB: Jednak współcześni Tobie inaczej postrzegali te zadania. Nie licząc krótkiej popularności, wywołanej właśnie „Demonem ruchu”, byłeś nieustannie pod obstrzałem nieprzychylnej krytyki.

SG: Ze zdumieniem odczytywałem nieraz te „recenzje” i „oceny”, pisane typowym dziennikarskim żargonem, pełne błędów, przekręceń tekstu i grubiańskich zaczepek. Najkomiczniejszym ze wszystkiego było drapowanie się w bezstronność i przedmiotowość. Ci zdawkowi i trywialni poławiacze szczególików zewnętrznych, wypisujący gorliwie wszelkie rzekome usterki i potknięcia, a przemilczający z umysłu to, co tchnęło poezją głębi i piękna, zastrzegali się uroczyście, że nie czynią tego dla jakiejś małostkowej i czczej szykany.

MB: Może po prostu nie rozumieli Twojej twórczości?

SG: Część krytyków uznała ją za niezdrową, mianowicie „neurasteniczną”, kto wie? – może wprost szkodliwą. A więc? Precz z nim ! Niechaj nie mąci spokojnych i ustałych wód! Nam bowiem trzeba literatury „zdrowej”, dużo, dużo słońca i śmiechu. Więc śmiejmy się i weselmy, bo życie krótkie i należy go umieć używać. Śmiech jest zdrowy i potrzebny do trawienia! Śmiech jest objawem plemiennej siły! Niech więc żyje śmiech i swojscy wesołkowie! Niech nam błaznują i wywracają koziołki!

MB: Ty, jak rozumiem, nie chciałeś wywracać koziołków?

SG: Taki już sobie jestem. Na to nie poradzi. I może właśnie temu zawdzięczam swą odrębność, która nie wszystkim jest do smaku. Cóż robić! Bywają i tacy widocznie potrzebni na tym szerokim, bożym świecie. Choćby na to, by jak semafor pośród nocy błysnąć od czasu do czasu ostrzegawczym sygnałem, choćby na to, by zaświadczyć o istnieniu nadzmysłowego rzeczy porządku.

MB: Samą swoją obecnością tutaj zaświadczasz o nim dobitnie. Wierzyłeś w nie od dziecka?

SG: Byłem dzieckiem namiętnie nabożnym. Wyczuwałem tajemne związki między ziemią a zaświatem, dopatrywałem się już wtedy w zdarzeniach życiowych, historii i losach mych krewnych i znajomych tajemniczych, ukrytych głęboko pod powierzchnią zwyczajności znaczeń: patrzyłem na wszystko jak na zamaskowaną zagadkę, wszędzie dostrzegałem symbole; spojrzenie moje na świat i ludzi już wtedy miało charakter „paraboliczny”.

MB: To ciekawe. Jak podchodziłeś do tej tajemniczości życia?

SG: Na początku było zdumienie. Cudowność życia i jego przejawów, zagadkowość zdarzeń, owa dziwność, o którą potrącamy niemal na każdym kroku, kazały mi patrzyć na świat w zaraniu dni rozszerzonymi od zdumienia oczyma dziecka, przepoiły uczuciem lęku i podziwu twórczość lat młodzieńczych. Gdyby się zapytano, co uważam za dominantę własnej twórczości, odpowiedziałbym, że jest nią uczucie wielkiego zdumienia, pełnego czci i uwielbienia zarazem zdumienia nad życiem i jego tajemniczością.

MB: Wybacz, że poruszę ten temat, ale sam się nasuwa – czy kilkuletnią walkę z chorobą, spowodowaną zakażeniem rany, również postrzegałeś jako symbol czegoś ukrytego?

SG: Były to smutne chwile, zdarzenia między mym piętnastym a dwudziestym pierwszym rokiem rozpięły nad mym późniejszym życiem swe żałobne całuny, rzuciły cień mroczny i wyrazisty na szlaki dni późniejszych. Poznałem już wtedy zagadkową grozę życia i nabrałem przekonania, że zło jest równie potężne jak dobro.

MB: To dlatego topos walki dobra ze złem pojawia się w Twojej twórczości tak często: pojedynek Pomiana ze swoją mroczną połową, walka Wierusza z Kamą, antagonizm Stachura i Czelawy. Jednak jest to temat eksploatowany już od wieków. Odkrywanie tej „tajemnicy” przypomina trochę wyważanie otwartych drzwi, nie sądzisz?

SG: Istotą oryginalności w sztuce jest pewna swoista, jedyna w swoim rodzaju i niedająca się naśladować postawa wobec zjawisk życiowych, pewien szczególny i zgoła odrębny sposób ich ujmowania. Drogi wiodące ku tym zawrotnym dalom są rozmaite i rozmaite są stopnie i rodzaje oryginalności.

MB: Innymi słowy, o oryginalności nie świadczy podejmowany temat, ale sposób jego ujęcia. Może i racja, ale przecież wtedy mogę – przykładowo –  najzwyczajniej w świecie ukraść czyjś pomysł, przerobić go po swojemu i obnosić się z tym, jaki to jest niepowtarzalny.

SG: Zdarza się wprawdzie, że zręczny pisarz literacki, opanowawszy technikę pisarską, eksploatuje bezwstydnie dorobek pisarski innych, pasożytując na ich organizmie; lecz tego rodzaju twórczość nigdy nie osiągnie wyżyn prawdziwej, oryginalnej sztuki – zawsze będzie się dawał w niej odczuwać brak spontaniczności i żywiołowości rozmachu. Tych rzeczy na szczęście nie można podrobić!

MB: Niektórzy jednak próbują: „Wędrowny pociąg”, który ukazał się w dwóch lokalnych gazetach na przełomie lat 20. i 30., jest – mówiąc delikatnie – wyraźnie inspirowany Twoim „Błędnym pociągiem”.

SG: Jest to plagiat przysłany mi przez Irzykowskiego, słusznie przez niego tak nazwany. W redakcji krakowskiej przynajmniej miał autor na tyle sumienia, że włączył w tekst noweli raz moje nazwisko, w redakcji warszawskiej nawet to opuścił i zamiast mego nazwiska wsadził zwrot „najśmielszej fantazji”. Szkoda, że ten wycinek zgubiłem.

MB: Na szczęście my i nasi czytelnicy będziemy mogli niebawem zachwycać się oryginałem. Czy chciałbyś na zakończenie powiedzieć coś od siebie naszym internautom?

SG: (po krótkim namyśle) Że tam kwitnie nowe życie… że tam są nieznane dla materialnego wzroku, dla słabego mózgu ludzkiego nowe światy…

MB: Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas.

SG: Dziękuję serdecznie.

—————————

Wszystkie odpowiedzi Stefana Grabińskiego zbudowane zostały z jego autentycznych cytatów. Moja ingerencja w nie ograniczyła się jedynie do uwspółcześnienia ortografii oraz przekształceń składniowych. Wszystkie te nieliczne zmiany (wprowadzone po to, by wywiad sprawiał wrażenie spójnej rozmowy na żywo) w żaden sposób nie wypaczyły oryginalnego sensu zacytowanych wypowiedzi. Korzystałem z następujących źródeł:

Autorski komentarz do opowiadania Wizyta, [w:] Maska śmierci, oprac. K. Bortnik, K.M. Cholue, t.2, Przemyśl 2010.

A.Hutnikiewicz, Twórczość literacka Stefana Grabinskigo (1887-1936), Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Toruń 1959.

S. Grabiński, Cień Bafometa, [w:] Tegoż, Utwory wybrane, oprac. A. Hutnikiewicz, Kraków 1985 (rozdział zatytułowany U Wrześmiana, który określany jest mianem autobiograficznego)

S. Grabiński, Wyznania, „Polonia” 1926, nr 141.

S. Grabiński, Zagadnienie oryginalności w twórczości literackiej, „Pamiętnik Literacki” 1925/1926.

S. Grabiński, Z mojej pracowni, „Skamander” 1920, nr 20.

List do J.E. Płomieńskiego z dnia 20 I 1931 r.

List do J.E. Płomieńskiego z dnia 8 IV 1931 r.

J.E. Płomieński, Suweren polskiej fantastyki literackiej [w:] Tegoż, Twórcy bez masek: wspomnienia literackie, PAX, Warszawa 1956.