Śnieg

Prezentujemy opowiadanie, które zajęło drugie miejsce w naszym konkursie na zimową miniaturę grozy:

 

 

„Zima znowu zaskoczyła polskich drogowców.”

                                                           cytat

 

Wtorek, 7 lutego. Opady: 11,5 cm.

 

Ludzie mówią, że nie ma dwóch identycznych płatków śniegu. Każdy z nich ma swoją własną, niepowtarzalną strukturę, prawie jak człowiek.

Takie myśli towarzyszyły Jerzemu Potrawce, kiedy zapalał żarówkę w komórce na narzędzia. Światło jakby od niechcenia rozproszyło płochliwe cienie, które już wcześniej chowały się po kątach przed wpadającym do środka blaskiem dnia. Jego wzrok błyskawicznie odnalazł nowiutką szuflę. 20.99 PLN w Tesco – uważał, że to prawdziwa okazja. Pogładził czule jej uchwyt, w myśli gratulując sobie zmysłu ekonomicznego.

Wyszedł na zewnątrz. Podjazd wyglądał dokładnie tak, jak dziesięć minut wcześniej, kiedy Jerzy sennie wyglądał przez okno. Po raz drugi z jego spierzchniętych ust wydarło się przekleństwo:

– Szlag.

Niechętnie zabrał się do pracy. Z jakiegoś powodu przyszła mu do głowy jego zmarła żona, która w takiej sytuacji powiedziałaby: „Jurek, pójdzie ci jak z płatka”. Uśmiechnął się do siebie i pokiwał głową, myśląc, że Krystyna może nie gotowała dobrze, ale miała chociaż dar do dowcipów.

Przez trzy lata terapii sądził, że wyprze z umysłu ten uporczywy obraz: kiedy pochylała się z talerzem parującej zupy, cała uśmiechnięta, zadowolona z życia i kompletnie nieświadoma, jaki los spotka ją na tym przeklętym oblodzonym zboczu.

Gdyby nie siedział wtedy w hotelu ze złamaną nogą, zapewne jego czekałby ten sam los. Zamiast tego musiał patrzeć przez okno, jak lawina pochłania ciała niczego nie spodziewających się narciarzy. Zastanawiał się wtedy, czy jedną z tych odległych kropek zżeranych przez białą masę jest jego żona.

I choć minęły trzy lata, a krew już dawno została zmyta z owego pamiętnego drzewa przez francuski odpowiednik GOPRu, on wciąż pamiętał. Odebrano mu to, co było dobre – wspólne chwile, za którymi tęsknił – a zostawiono tylko ból, rozpacz i cierpienie. Właśnie dlatego od tego czasu nienawidził zimy.

Spojrzał na śnieg.

Biały… – pomyślał. – Jak piekło.

Za każdym razem, gdy odśnieżał podjazd, czuł wewnętrzną obawę, że pod kolejną szuflą śniegu ujrzy jej twarz. Wzdrygnął się, po czym zgodnie z zaleceniem terapeuty policzył do dziesięciu od tyłu, dopóki jego oddech nie uspokoił się. Wtedy był już gotowy do pracy.

Śniegu było więcej niż się spodziewał. Przeciągnął się, trzymając szuflę w ręku, aż strącił sopel z zadaszenia ganku. Kiedy wreszcie stanął przed podjazdem i zamachnął się szuflą, kątem oka dojrzał na swoim ramieniu pojedynczy płatek. Zatrzymał się w pół ruchu i przyjrzał mu się.

Rzeczywiście, nie przypominał żadnego z płatków, które Jerzy kiedykolwiek widział.

 

Poniedziałek, 6 lutego. Opady: 5 cm.

 

– Doktorze, nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.

Józef Schneman wzruszył tylko ramionami. Jego asystentka, której nazwisko ciągle wypadało mu z głowy, choć pracowali razem od dziesięciu lat, wciąż nie odzwyczaiła się od strofowania go. Z tego samego powodu zresztą dopiero co porzucił swoją poprzednią partnerkę seksualną.

Poza tym nie widział nic niestosownego w paleniu martwych płodów, którym osobiście wszczepił fragmenty tkanek mózgowych pochodzących od psychopatycznego mordercy. Jedyne czego żałował, to zmarnowane na pozyskanie owych tkanek fundusze unijne. No i oczywisty fakt, że zarodki pochłonęły większą część jego grantu naukowego z Uniwersytetu Browna.

– Proszę nie przeszkadzać – powiedział, nie odwracając nawet głowy.

– Nie mogę panu na to pozwolić!

Schneman bez słowa skinął głową woźnemu. Mężczyzna miał dwa metry wzrostu, ponurą facjatę i zwano go Patryk. Schneman lubił go za jego martwe spojrzenie. A co najważniejsze, Patryk nigdy nie zadawał pytań.

Nie miał też żadnych skrupułów, biorąc do rąk pierwszy płód. Cuchnące płyny ściekały mu po rękach i brudziły dotąd nieskazitelnie czyste spodnie na szelkach. Od rozgrzanego pieca kaflowego biło przyjemne ciepło.

Schnemanowi kojarzyło się ono z dzieciństwem, kiedy płonął jego dom rodzinny. Zastanawiał się, czy płody będą skwierczeć tak samo jak jego babcia, kiedy wyskoczyła z okna na pierwszym piętrze, desperacko usiłując ugasić się w śnieżnej zaspie. Ale śnieg nie okazał jej litości.

Patryk wrzucił płód do pieca i bez większego namysłu nachylił się po kolejny. Nie przeszkadzało mu to, co robi. Zresztą w ostatni czwartek miał do wykonania o wiele gorsze zlecenie. Sterta była całkiem wysoka, musiał więc się pospieszyć, jeśli chciał dziś wieczorem znów zamówić swoją ulubioną prostytutkę. Przed nią jedną mógł się otworzyć, choć wiedział doskonale, że ona otwiera się przecież przed wieloma innymi.

– Doniosę na pana! – zawołała asystentka.

Doktor Schneman wreszcie spojrzał jej w oczy.

– Czy myślisz, że jesteś w stanie znaleźć w tym zawodzie lepiej płatną pracę niż ta? Proszę bardzo. Donieś na mnie. Jeszcze wrócisz na kolanach, błagając, żebym przyjął cię z powrotem.

– Ale wtedy będzie pan w więzieniu…

– Tak sądzisz? Być może trafimy tam razem. O ile wcześniej nie przytrafi ci się… coś gorszego. – Odwrócił się i spojrzał na woźnego. – Prawda, panie Patryku?

Patryk otrząsnął ręce z lepkich płynów i uniósł do góry kciuk. Schneman cieszył się, że może liczyć chociaż na jednego ze swoich pracowników.

Bardzo potrzebował wsparcia, kiedy tkanki nie przyjęły się i okazało się, że będzie musiał zredukować większość z obecnie testowanych płodów. Te bolesne chwile przetrwał tylko dzięki podręcznej piersiówce. Miał ochotę teraz ją wyjąć i chlusnąć płynem do pieca, by podsycić buzujące płomienie, trawiące jego wielomiesięczną pracę. Niestety, wtedy nie starczyłoby mu na wieczór, a miał przecież starannie opracowany plan schlania się w trupa przed snem.

Nie był to bynajmniej ostatni z jego projektów, które uwzględniały trupa. Ale ten drugi musiał poczekać do następnego tygodnia, na nową dostawę od Zenka.

Nad laboratorium zaczęły się unosić kłęby żółtawego, niepokojąco wyglądającego dymu.

 

Czwartek, 15 grudnia. Opady: 0 cm.

 

Na targ przychodzili różni ludzie, w różnych celach. Zwykle nie wykraczały one poza zakup mięsa na schabowe, kapusty i ogórków kiszonych. Doktor Schneman zjawił się tutaj po przedmiot z podobnej kategorii, choć akurat nie był głodny. Widząc obskurny szyld na starym pawilonie, ucieszył się, że Zenek wciąż z powodzeniem broni się przed zakusami Sanepidu, który od wielu lat składał mu wizyty z częstotliwością godną nadgorliwego komornika.

Prawie się uśmiechnął na widok rumianej twarzy swojego wiernego dostawcy.

– Zenku, przyszedłem złożyć pewne… specjalne zamówienie.

Twarz właściciela pawilonu pozostała nieporuszona jak flaga w bezwietrzny dzień.

– Zapraszam na zaplecze.

Kiedy znaleźli się już między zakurzonymi półkami w mrocznym, ciasnym i chłodnym pomieszczeniu na tyłach, Schneman krótko powiedział, czego potrzebuje.

– Mózg psychopatycznego mordercy? – wykrzyknął z udawanym zaskoczeniem Zenek. – To będzie cię kosztować nieco więcej niż towar z zeszłego tygodnia.

– Więc masz taki mózg, czy nie?

Zenek zamyślił się, gładząc jeden ze słoików, które stały rzędami na półkach.

– W tej chwili na stanie są tylko… Niech no spojrzę… Dusiciel z Siedlec i… Kanibal z Chorzowa. Wybieraj.

– Co się stało z Rzeźnikiem z Rzeszowa?

– Kupił go doktor Mason, w zeszłą środę.

– Ten pieprzony Brytol na wszystkim położy swoje łapska. Niech będzie Kanibal z Chorzowa.

– Zapakować?

Wychodząc ze sklepu Zenka, z o wiele lżejszym portfelem i o wiele cięższą torbą z Marcpolu (wcześniej były w niej tylko marchewki ze stoiska obok), doktor Schneman uśmiechał się promiennie.

 

Wtorek, 7 lutego. Opady: bez zmian.

 

Śnieg wydawał się cięższy niż zazwyczaj. W takich chwilach Jerzy żałował, że oddał sąsiadowi karnet na siłownię w zamian za milczenie. Szkoda, przecież wiadomo było, że nikt naprawdę nie tęskni za tym wrednym psem. Żałował także tamtej eksperymentalnej terapii, która niegdyś pozbawiła go płodności, przez co nie mógł wysługiwać się synem. Za młodu testował leki, żeby zarobić na utrzymanie swoje i cierpiącej na raka jelita matki. Nie mógł sobie tylko przypomnieć, jak nazywał się lekarz, który zaaplikował mu owo feralne serum… Jakoś tak z niemiecka… kojarzyło mu się z zimą.

            Jakże nienawidził tej pory roku!

Jerzy Potrawka skończył pracę po upływie godziny. Oparł się o szuflę. Stylisko zachwiało się, a on stracił równowagę. Odruchowo krzyknął. Jego prawy but zagłębił się w stercie odgarniętego śniegu. Próbując oswobodzić kończynę, poślizgnął się i runął prosto w zaspę. Oczy przesłonił mu śnieg.

Z początku nie czuł nic. Ale potem nagle pojawiło się gwałtowne pieczenie w okolicach oczodołów. Wyszarpnął twarz z zaspy i krzyknął. Ból jednak nie ustał, a zamiast tego przybrał na sile. Coś było nie tak. Dopiero po chwili w pełni zdał sobie sprawę z rozgrywającego się horroru. Najpierw widział tylko ciemność, ale potem oślepiło go światło. Próbował zamrugać oczami, żeby pozbyć się tego straszliwego pieczenia, ale zorientował się, że to już niemożliwe.

Śnieg wypalił mu powieki.

Ten dziwny, ciężki śnieg, z którym walczył cały poranek, okazał się więcej niż godnym przeciwnikiem.

Nie mógł zamknąć oczu, był więc zmuszony patrzeć na to, co zaspa robiła z resztą jego ciała. Nogi miał zanurzone po kolana. Próbował się poruszyć, ale nie był w stanie. Ze wszystkich zakończeń nerwowych atakował go straszliwy ból. Zniknął po paru chwilach. Zszokowany Jerzy patrzył, jak zapada się w śnieg po pachwiny. Im głębiej się znajdował, tym mniej czucia miał w nogach.

Rozpaczliwie sięgnął po szczęśliwie leżącą wciąż nieopodal szuflę i zamachnął się nią. Udało mu się wbić ją w śnieg i wykorzystać jako dźwignię. Podparł się i oswobodził się ze zdradliwych objęć białego puchu. Przetoczył się po odśnieżonym podjeździe, wciąż nie słysząc własnego krzyku.

Ale kiedy spojrzał w dół, zawył już z pełną świadomością.

Tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się jego nogi, były teraz tylko dwa krwawe kikuty.

Nie było mu dane patrzeć na nie zbyt długo. Usłyszał tylko złowrogi szum, kiedy zaspa niespodziewanie osunęła się na niego z impetem.

Potem była już tylko biel.

 

Wtorek, 7 lutego. Kilka godzin później. Opady: 13 cm.

 

Padało coraz mocniej.

Detektyw Ryszard Czerwiec w swojej wieloletniej karierze w wydziale zabójstw widział już niejedno. Martwe dzieci. Martwe zgwałcone dzieci. Martwe zgwałcone dzieci wymazane ekskrementami.

Choć ten przypadek nie wydawał się aż tak ekstremalny, zdziwił go dużo bardziej.

Kiedy przyjechał na miejsce zbrodni, podjazd oznaczono już żółtą taśmą policyjną. Dwóch funkcjonariuszy pod wodzą sierżanta Wiśniaka właśnie kończyło zgarniać śnieg ze zwłok. O ile zdobiący podjazd świeży, rozczłonkowany szkielet można było nazwać zwłokami.

Bez słowa podszedł do Wiśniaka. Zwykle ten dzieciak go wkurzał, ale teraz Czerwiec miał inne sprawy na głowie. Odśnieżający policjanci oparli się o szufle i wraz z nim w milczeniu kontemplowali niecodzienny widok. Nikt nie odzywał się przez ponad minutę.

– Co pan o tym sądzi, detektywie? – zapytał wreszcie sierżant.

– No cóż. Jedno jest pewne. Facet nie żyje i… – Czerwiec zdjął kapelusz. – …ktoś najwyraźniej zrobił sobie z niego potrawkę.

Wiśniak był przyzwyczajony do żenujących dowcipów swojego przełożonego. Jęknął w duchu i jak zwykle litościwie skwitował pożałowania godny żart milczeniem.

Niestety, jeden z pozostałych gliniarzy nie był równie dyskretny i wypalił bez namysłu:

– Wyborny dowcip, panie detektywie! Przecież ten facet miał tak na nazwisko!

Wiśniak odruchowo odwrócił się i plasnął się w twarz. Nie zauważył, że jego lewa noga zanurzyła się po łydkę w świeżo odgarniętej stercie śniegu.

 

Jego krzyki słychać było w całej okolicy.

 

Niebo ogarniała ciemność, a nad miastem wisiała dziwna, żółta mgiełka. Niezdrowe chmury nadlatywały leniwie ze wschodu.

 

Według prognoz szykowała się zamieć stulecia.

 

Środa, 8 lutego. Opady: nieznane.

 

Ostatni raport miejskiej stacji meteorologicznej pochodził z godziny 18:22.