Pora na bestseller

Nie martwcie się, nie będę tu pisał kolejnego poradnika pt. „Jak napisać fantastyczny bestseller”. Mimo że sam lubię dla rozrywki takie teksty – o ile są pisane przez dobrych pisarzy – czytać, to mam niekiedy spory problem z uwierzeniem w to, co owi autorzy piszą. Zwłaszcza, jeżeli traktują o swoich doświadczeniach. Bo niby dlaczego mieliby pisać prawdę? Nie chodzi nawet o to, że mogliby wyprodukować sobie konkurentów – to mało prawdopodobne – ale raczej o fakt, że pisarz to człowiek, któremu płacą za kłamanie. Do tej teorii zresztą jeszcze wrócimy w dalszej części niniejszego felietonu.

Dzisiaj opowiem Wam o pewnym bestsellerze. Warto czasem zwracać uwagę na książki popularne, nawet jeżeli nie zostały napisane przez pisarzy związanych w jakiś sposób z szeroko pojętą tematyką grozy. Mimo że często będą to powieści obyczajowe, sensacyjne lub thrillery, pomysły ich autorów aż proszą się o zainteresowanie ze strony miłośników opowieści z dreszczykiem. Jeśli książka porusza dość niezwykłą tematykę – są w niej np. tajne zakony, opętani ideologią zabójcy, czy teorie religijne będące herezjami z punktu widzenia współczesnego Kościoła, to już powoli wkracza na nasz grunt. Nie potrzebujemy przecież Szatana, jak w „Egzorcyście”, czy Antychrysta, jak w „Omenie”, by tematyka religijna stała się interesująca. 

Wspomniany tu bestseller został wykrojony według sprawdzonych reguł, które doprowadziły kiedyś do gigantycznej popularności Indiany Jonesa. Mamy naukowca, który zostaje wplątany w intrygę o bardzo religijnym podtekście. Do tego zazwyczaj pojawia się obok niego jakaś piękna i inteligentna kobieta. Akcja nabiera tempa, po drodze rozwiązujemy wraz z bohaterem kilka łamigłówek, aby w końcu dojść do Finale Grande i wstrzymać na chwilę oddech. Później pozostaje już tylko odprężyć się przy romantycznym pocałunku i poczekać na końcowe napisy. No dobrze, w książkach nie ma zwykle końcowych napisów.

Wielu z Was już dawno domyśliło się o kim mowa, bo autor ten również u nas narobił sporo szumu. Na szczęście jeszcze nikt nie pikietuje księgarń domagając się usunięcia jego książek z półek. Nasz bohater nazywa się Dan Brown i jak dotąd ukazały się na naszym rynku jego następujące powieści: „Anioły i demony”, „Kod Leaonarda de Vinci”, „Cyfrowa twierdza” i „Zwodniczy punkt”. Nas interesują pierwsze dwie.

W „Aniołach i demonach” Robert Langdon – nasz nowy Indiana Jones – daje się wciągnąć w skomplikowaną intrygę, osnutą wokół wyborów nowego papieża. Po niedawnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Stolicy Apostolskiej, sprzedaż tej książki niesamowicie wzrosła, choć jest to przecież powieść wydana w 2000 roku (u nas w 2004).

Przy okazji lektury dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o tajemniczym bractwie Illuminatów, archiwach Watykanu oraz sekretach rzymskich kościołów. Zwiedzamy nie tylko katakumby z grobami następców Świętego Piotra, ale również poruszamy się tropem Ścieżki Oświecenia – mającej ponoć wskazywać drogę do tajnej kryjówki Illuminatów. W rozwiązaniu kolejnych zagadek przeszłości pomaga nam fakt, że Robert Langdon jest amerykańskim profesorem, specjalistą od symboli – zwłaszcza religijnych.

Dan Brown miesza w swych powieściach odrobinę ezoteryki i historii sztuki ze współczesną nauką. Snuje też opowieść o walce tejże nauki z Kościołem, w której to Kościół zdaje się być grupą od wieków zwalczającą postęp. 

O ile „Anioły i demony” zawierają tylko lekką nutkę owej krytyki Kościoła, o tyle „Kod Leonarda da Vinci” można już nazwać swoistym atakiem. To ważne, by zaznaczyć, że Brown, jak twierdzi, nie krytykuje katolicyzmu, a jedynie jego instytucjonalną przybudówkę. W „Kodzie…” pojawia się tajemnicza, nieco nawet demoniczna organizacja Opus Dei, będąca skrajnie konserwatywnym skrzydłem Kościoła, dążąca do jak największej niezależności względem Watykanu. Motywy i poczynania tej organizacji są, zdaniem Browna, co najmniej niejasne. Władza to tylko jedna z wielu rzeczy, na które pozwalają im wpływy, jakie mają nie tylko w samym Kościele, ale i w świecie międzynarodowego biznesu.

Najważniejszą jednak sprawą, z którą musi zmierzyć się Robert Langdon jest odwieczna tajemnica świętego Graala. Jednak w wersji prezentowanej w „Kodzie…” Graal nie jest kielichem, którego szukali zarówno Indiana Jones, jak i zabawni rycerze z filmu Monty Pythona. Dan Brown posługuje się teoriami, które sprowadzają Graala do bardziej cielesnego wymiaru. Ustami Roberta Langdona autor opowiada nam historię o krwi Jezusa, jednak nie tej zebranej do naczynia przez Józefa z Arymatei, a tej, którą w swoim łonie wywiozła z Ziemi Świętej Maria Magdalena.

Zgodnie z założeniami tej teorii Graal to Królewski Ród, linia krwi, która przetrwała po dziś dzień. Tajemnica ta od lat chroniona jest przed wszelkimi niepowołanymi osobami. W średniowieczu strzec jej mieli Ubodzy Rycerze Chrystusa, którzy założyli swój pierwszy klasztor na ruinach Świątyni Salomona w Jerozolimie. Świat zna ich do dziś jako templariuszy.

Po kasacie zakonu tajemnicę udało się ponoć zachować, a odpowiedzialni za to ludzie przeniknęli do tajnych struktur, z których wywodzić się mają współczesne loże masońskie. Jedno z takich bractw – Zakon Syjonu – jest ponoć strażnikiem Graala, czyli dowodów potwierdzających powyższą tezę.

Gdzieś na wstępie wspomniałem o kłamstwach. Dan Brown jest pisarzem, beletrystą, możemy więc przyjąć za pewnik, że kłamie, byśmy kupili jego książki. Jak się jednak okazuje, dziś kłamstwo w treści już nie wystarcza – trzeba jeszcze dodać troszkę pikanterii. Nasz autor robi to pisząc, że Zakon Syjonu, Opus Dei i opisane w książce tajne rytuały odpowiadają rzeczywistości.

Opus Dei rzeczywiście istnieje, organizacja ta wydała nawet stosowne oświadczenie i grozi Brownowi procesem o zniesławienie. Trudno o lepszą reklamę.

Czy istnieje Zakon Syjonu? Obecnie pewnie tak i to być może niejeden. Jakiś czas temu było o nim na tyle głośno, że nawet jeśli dotąd nie istniał, to na pewno go powołano. Nie chcę tu dyskutować z dowodami, lub też ich brakiem, ale spiskowe teorie zawsze budziły mój sceptycyzm. 

Legendę o Graalu i Marii Magdalenie znamy od dawna, zresztą to jedna z moich ulubionych tajemniczych opowieści. Wszystko zaczęło się od szumu wokół popularnonaukowej książki „Święty Graal, Święta Krew” (wspomina o niej również Brown), napisanej przez dwóch dziennikarzy i historyka. Ich opowieści, pełne pościgu za sensacją, łatwo było podważyć. Teorię tą wyszydził niegdyś sam Umberto Eco w „Wahadle Foucaulta”, jednak temat – jak się okazuje – wciąż jest atrakcyjny. Dan Brown sięga po niego z zapałem neofity. Nie wiem, czy wydawało mu się, że odkrywa przed czytelnikami Amerykę, czy też wrażenie to jest nieco sztuczne – w końcu to pisarz. Tak czy owak, warto zaznaczyć, że teoria, o której pisze od dawna nie jest już terra incognita, a książek jej poświęconych wystarczyłoby na wypełnienie sporej biblioteczki.

Faktem natomiast jest, że mieszanka kilku wspomnianych powyżej elementów zapewniła sukces książkom o Robercie Langdonie. Nie jest w tej chwili istotne to, że Brown nie należy do grona pisarzy grozy, ponieważ jego książki przyciągają czytelników. Opowiedziałem Wam nieco o jego sztuczkach, choć zapewne jest ich więcej. Warto natomiast wykorzystać popularność jego powieści i spojrzeć na tematykę Graala przez pryzmat naszej półki. Nie mówię tu o naśladowaniu thrillerów Browna, ale np. o horrorach o tematyce religijnej. Spróbujcie; jeśli uda się Wam coś ciekawego napisać, nie zapomnijcie przysłać tego do Carpe Noctem.