PKPP, czyli Proza Kolejowa Polskiego Poe

W historii literatury można znaleźć wielu pisarzy i poetów, o których mówiono – z perspektywy czasu oczywiście – że wyprzedzili swoją epokę. Byli oni niedoceniani za życia, ponieważ ich poglądy na sztukę, w istocie nowatorskie i wręcz profetyczne, były uznawane za niezrozumiałe dziwactwa, a czasami nawet herezję. Tak było np. z renesansowym włoskim twórcą Tasso, którego „Jerozolima wyzwolona” epos rycerski ubrała w coś na kształt fantastyki, co oczywiście w czasach fascynacji klasycyzmem nie mogło zostać przyjęte z owacjami na stojąco. Przykłady takiego „zacofanego” niezrozumienia można by mnożyć, by wymienić jeszcze choćby Joyce’a czy Baudelaire’a.

Stefan Grabiński zdaje się być przykładem na zupełnie odwrotną tendencję. Urodził się najzwyczajniej w świecie za późno. Gdyby rozkwit jego twórczości, przesiąkniętej spirytyzmem i demonizmem, przypadł na czasy modernizmu, z pewnością byłby królem swojej epoki, ba, podejrzewam, że byłby jej najbardziej reprezentatywnym twórcą i jego utwory znalazłyby się nawet na liście lektur szkolnych, mimo że fantastyka jest na niej traktowana po macoszemu. Niestety, jego największa płodność literacka przypadła na okres dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to ludzie zachłysnęli się codziennością, przeciętnością i urbanizacją. Nie było miejsca na „wyjątkowość”, a co dopiero metafizykę. Nic więc dziwnego, że Grabiński był nierozumiany, krytykowany, a często nawet szykanowany i wyśmiewany przez ówczesnych krytyków.

Jest jednak w jego życiu epizod, będący łyżką miodu w beczce dziegciu. Jest to krótka wprawdzie, ale wyjątkowo intensywna popularność, którą przyniósł mu wydany w 1919 roku „Demon ruchu”, zbiór będący swoistą hybrydą epok – cała modernistyczna głębia, metafizyczno-filozoficzne drugie dno zostały ubrane w stechnicyzowaną szatę kolejnictwa, dzięki czemu czytelnicy i krytycy dostali to, co lubili najbardziej: szarą codzienność polskich kolejarzy, konduktorów i maszynistów oraz techniczne detale stacji, pociągów i torów kolejowych. Nic więc dziwnego, że tomik ten przyniósł Grabińskiemu sporą popularność. Zabawnym paradoksem jest fakt, że ona również była najprawdopodobniej wynikiem niezrozumienia naszego klasyka – czytelnicy zapewne doceniali jedynie płaszczyk, zupełnie nie dostrzegając lub w najlepszym przypadku ignorując to, co było pod nim ukryte – hołd dla bergsonowskiego élan vital, czyli pędu życia.

Ten pęd życia był dla Grabińskiego niezwykle ważny, bowiem pisał on wprost, że kolej jest symbolem czegoś większego – „przepotężnej siły, zni­kąd rodem, co pędzi w światy przez mię­dzy­pla­ne­tarne prze­stwo­rza w krę­gach wirów bez początku i końca”. Ten nieustanny ruch tworzył życie, był jedynym i prawdziwym celem istnienia kolei. To dlatego maszynista Grot unikał zatrzymywania parowozu na stacjach, ponieważ „dworzec jest miejscem utraty pędu; (…) jedynym prawdziwie niebezpiecznym miejscem na szlaku”. Utrata pędu jest równoznaczna z unicestwieniem élan vital, a co za tym idzie, ‘śmiercią życia’. Dlatego jedynym celem kolei powinien być nieustanny ruch, a ludzie, którzy wykorzystują ją do przemieszczenia się z punktu A do punktu B, są jedynie krótkowzrocznymi ignorantami. Doskonale rozumiał to wszystko konduktor Boroń ze „Smolucha”:

Boroń zasadniczo nie cierpiał pasażerów; irytowała go ich „praktyczność”. Dla niego istniała tylko kolej dla kolei, nie dla podróżnych. Zadaniem kolei było nie przewożenie ludzi z miejsca na miejsce w celach komunikacyjnych, lecz ruch jako taki i pokonywanie przestrzeni. Co ją mogły obchodzić marne interesy ziemskich pigmejów, zabiegi przemysłowe oszustów, plugawe przetargi handlarzy? Stacje były nie na to, żeby z nich wysiadać, lecz by mierzyły przebytą drogę; przystanie kolejowe były probierzem jazdy, ich kolejna zmiana, jak w kalejdoskopie, dowodem postępów ruchów.

Aż nasuwa się pytanie, czy nie można by zestawić pasażerów opisywanych przez Boronia z ówczesnymi czytelnikami, którzy, jak wspomniałem, najpewniej dostrzegali  w „Demonie ruchu” jedynie technikę oraz szarość życia zamiast przepotężnej i groźnej siły, która – gwarantuję – wywoła dreszcz przerażenia i poczucie niesamowitości u każdego, kto tylko ją dojrzy. A zauważenie jej nie będzie wcale trudne – Grabiński obecnie postrzegany jest jako czołowy fantasta, więc bez wątpienia uwaga czytelników będzie zwracana głównie na to, co najważniejsze w tych utworach.

Mówiąc pół żartem, pół serio, zastanawiam się, czy Grabiński i mnie nie nazwałby ignorantem. Ilekroć bowiem sięgam po „Demona ruchu”, przewracam strony nie dlatego, by wprawić je w ruch, ale po to, zaspokoić swoją żądzę czystej i wyrafinowanej grozy. Można więc uznać mnie ze przesiąkniętego pragmatyzmem bluźniercę, na dodatek folgującego swoim jakże przyziemnym potrzebom.

Czy i Wy dołączycie do tego grona „heretyków”?

——————

BIBLIOGRAFIA

S. Grabiński, Z mojej pracowni, „Skamander” 1920, nr 20.

A.Hutnikiewicz, Stefan Grabiński i jego dziwna opowieść, [w:] S. Grabiński, Utwory wybrane, t.1, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980.

T. Sławek, Demon Grabińskiego. Próba fenomenologii kolei żelaznej, [w:] Z problemów literatury i kultury XX wieku, red. S. Zabierowski, Katowice 2000.