Opowieść podręcznej i gadające kałamarnice

W 1985 roku w Toronto Margaret Atwood wydała „Opowieść podręcznej”, historię dystopijną i feministyczną w wydźwięku. Już pięć lat później doczekała się swojej pierwszej ekranizacji, w której główne role zagrali Natasha Richardson, Robert Duvall i Faye Dunaway. Jeszcze dwa lata trzeba było czekać na polski przekład, którego dokonała Zofia Uhrynowska-Hanasz i który w tym roku, z okazji premiery serialu, wznowiło wydawnictwo Wielka Litera. Dzięki twórcy nowej ekranizacji po ponad trzydziestu latach od wydania „Opowieści podręcznej” o przedstawionej w książce upiornej wizji przyszłości znowu zrobiło się głośno. Czym właściwie jest książka Margaret Atwood i jak się ma do niej serial ze stacji Hulu?

Science fiction kontra literatura spekulatywna

W roku 2005 – dwadzieścia lat po premierze „Opowieści podręcznej” – Margaret Atwood napisała na „The Guardian” felieton traktujący o różnicach między science fiction a speculative fiction, czyli fantastyką naukową a literaturą spekulatywną. W pewnym sensie tłumacząc się w nim ze swojej niesławnej wypowiedzi o SF, które podsumowała pogardliwie jako historie o „gadających kałamarnicach z kosmosu”, nakreśliła wyraźną granicę między tym, co pojmuje jako gatunek czysto pulpowy, o potworach i laserowej broni, a literaturą próbującą przewidzieć, co mogłoby się naprawdę wydarzyć.

Moim zdaniem jeśli „Opowieść Podręcznej” jest fikcją spekulacji, jest to spekulacja doprowadzona do granicy, za którą znacznie wygodniej jest podchodzić do niej jak do fantastyki. Świat przedstawiony w książce jest tak przejaskrawiony, jego beznadziejność podkręcona tak mocno, że moim zdaniem lepiej jest traktować ją alegorycznie, jak literaturę z gatunku science fiction, niż faktycznie roztrząsać, czy grozi nam taka przyszłość. Co prawda na samym końcu powieści Atwood próbuje wrócić na tory konkretniejszych spekulacji i przedstawia wykład naukowca na temat zapisków Fredy, gdzie znajdujemy szerszy kontekst historii i zasad panujących w Gileadzie, jednak nie zmienia to faktu, że siłą „Opowieści Podręcznej” jest, paradoksalnie, właśnie jej fantastyczność, nawet jeśli nie istnieje w niej nic spoza tego świata. Rzecz w sposobie odczytywania tej historii: przyzwyczailiśmy się, że science fiction czy ogólnie całą fantastykę, należy traktować metaforycznie, jako mniej lub bardziej bezpośrednie odniesienie, komentarz do rzeczywistości, czy nawet – jak chciałaby Atwood – przewidywanie problemów przyszłości. Tylko czy jeśli trzymać się będziemy tego stwierdzenia, że literatura spekulatywna jest o tym „co mogłoby się naprawdę wydarzyć”, to czy nie zaczniemy rozbierać historii na części, wskazując na elementy, które zdarzyć by się w żadnym wypadku nie mogły albo ich zaistnienie byłoby wielce nieprawdopodobne? Ktoś mógłby wskazać słabość „Opowieści Podręcznej” jako realnej wizji przyszłości, ponieważ liczne przecież teraz metody wspomagania rozrodu doczekały się raptem krótkiej wzmianki w swoistym posłowiu, jakim jest komentarz historyczny, a przecież to szalenie istotny aspekt opowieści o kobietach zmuszanych do rodzenia dzieci. Problem prawdopodobieństwa tego czy tamtego zupełnie znika, gdy zamiast skupiać się na ocenianiu stopnia realności tej wizji, skupimy się na tym, co ta dystopia za pomocą metafor mówi o już istniejących tendencjach.


Artykuł ten traktuje o książce, której można by jeszcze bronić jako fikcji spekulatywnej, jednak Atwood ma na koncie tytuły o wiele bardziej fantastyczne – mam tu na myśli postapokaliptyczną trylogię zaczynającą się od powieści „Oryks i Derkacz”. Dlaczego więc Atwood na siłę chce uciekać od science fiction? Autorka nie tłumaczy, dlaczego obecność lub nieobecność fantastycznych stworów – jak sama zauważa, niegdyś aniołów, teraz kosmitów – jest tak znacząca, że warto rozdzielać science fiction (najwyraźniej traktowane przez nią pogardliwie, przypomnijmy) od speculative fiction. W jej stwierdzenia, że pisze wyłącznie o tym, co mogłoby się wydarzyć albo co już się wydarzyło, nie da się traktować zupełnie poważnie w momencie, gdy tworzy rzeczy wprost groteskowe i absurdalne. Brzmi to raczej jak magiczne zaklęcie, które miałoby przydać jej twórczości powagi, by przypadkiem nie trafiło do tej samej kategorii co historie o gadających kałamarnicach.

Ursula K. Le Guin kontra literacka bigoteria

Odpowiedzi na postawione wyżej pytanie może nam udzielić… Ursula K. Le Guin, inna słynna pisarka fantastyczna. W swojej recenzji „Roku Potopu” – drugiej części postapokaliptycznej trylogii Atwood – Le Guin w wyraźny sposób kpi z podziału zaproponowanego przez pisarkę, nazywając go „arbitralnym” i obnażając jego drugie dno. Jej zdaniem Atwood próbuje dystansować się od pogardzanego przez krytyków science fiction, by ją samą traktowano poważniej. Le Guin nazywa to zjawisko „literacką bigoterią” i myślę, że wielu czytelników Carpe Noctem dostrzega wyraźną analogię do horroru – czy w tym układzie horror nie jest tym uważanym za pulpowy gatunkiem, przed którym ucieka się w „literaturę grozy”, by uniknąć skojarzeń z fikcją niskich lotów?

To nie jedyny raz, kiedy Le Guin broni literatury gatunkowej, naigrawając się z mainstreamu. W swoim wyjątkowo ironicznym felietonie „On Serious Literature” wspomina choćby przypadek Cormaca McCarthy’ego, który „pod żadnym wypadkiem nie mógłby zostać nazwany pisarzem science fiction, ponieważ jest poważnym twórcą, więc z definicji nie jest w stanie zniżyć się do prozy gatunkowej”. Sama dobrze pamiętam zajęcia na studiach, gdzie moja uwaga, że ekranizacja „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro bardzo wyraźnie wpisuje się w założenia science fiction, została zbyta śmiechem.

Republika Gileadu

Odkładając na bok te gatunkowe dywagacje, warto wspomnieć, że wydaną w 1985 roku „Opowieść podręcznej” najlepiej opisać mianem dystopii, ponieważ w centrum książki Atwood znajduje się właśnie ponura wizja przyszłości z przerażającą organizacją społeczeństwa w fikcyjnym, znajdującym się pod religijną dyktaturą państwie o nazwie Republika Gileadu. Gilead to znana z Biblii kraina zajmująca tereny między rzekami Arnon i Jarmuk. Osoby stanowiące prawo w tym świeżo założonym państwie lubią odwoływać się do Pisma Świętego, dopasowując cytaty do własnych potrzeb. Zniewolenie ludzi usprawiedliwiają z jednej strony zepsuciem moralnym poprzedniego ustroju, a z drugiej coraz częstszej bezpłodności, będącej wynikiem zanieczyszczenia środowiska. Kilka lat później do motywu spadającej dzietności – w tym przypadku znacznie poważniejszej – powróci P. D. James w słynnej powieści „Ludzkie dzieci” (którą wspomnieć warto choćby dlatego, że stanowi wyraźny kontrast do „Opowieści podręcznej” w tym względzie, że właśnie wydaje się bliższa literatury spekulatywnej w rozumieniu Atwood niż utwory samej Atwood). To przerażenie, jakie wywołuje w człowieku brak nadziei na potomstwo i przedłużenie gatunku, staje się pożywką dla skrajnych organizacji. W przypadku „Opowieści podręcznej” wszystko podszyte jest religijnością i konserwatyzmem, a nowy ład ma przywrócić kobietom „prawdziwą godność”. Atwood nie poświęca zbyt wiele miejsca na omawianie szczegółów tego etapu historii – pozostawiając ten temat na umieszczony na koniec książki wykład. Czytelnik zostaje wrzucony w sam środek działającej już Republiki Gileadu, kiedy to główna bohaterka wraz z innymi kobietami znajduje się w specjalnym ośrodku, gdzie pilnujące porządku Ciotki uczą je, jak być posłusznymi Podręcznymi.

Wolność do i wolność od

Ciotki, ubrane w zielonkawo-brunatne stroje (w książce w kolorze khaki, z kieszeniami w wojskowym stylu) i wyposażone w rażące prądem pałki, mogą przywozić na myśl esesmanów, lecz mają w sobie coś z kapo – Atwood sugeruje, że chociaż część tych bezpłodnych kobiet prawdziwie wierzy w reżim, część zgadza się pełnić swoją rolę narzędzi dyscyplinowania Podręcznych tylko po to, żeby uniknąć zesłania do Kolonii, gdzie czekałaby ich śmierć. Podobnie wojennym tropem jest tutaj choćby oglądanie filmów propagandowych, które w przypadku „Opowieści podręcznej” przybierają kształt pornografii oraz gore. Szkolone do swojej nowej roli społecznej przyszłe podręczne oglądają „kobiety klęczące, ssące penisy albo pistolety, kobiety związane albo na łańcuchach, z obrożami na szyjach, kobiety wiszące na gałęziach drzew, albo do góry nogami, nagie, z rozłożonymi szeroko nogami, kobiety gwałcone, bite, zabijane” (tłum. własne). Reżim głosami Ciotek przekonuje, że w nowym porządku kobiety są bardziej szanowane niż wcześniej, że istnieją dwa rodzaje wolności, wolność do i wolność od, a one mogą się właśnie cieszyć tą drugą: nie muszą już dbać o bycie atrakcyjnymi, nie muszą walczyć o karierę, nie muszą obawiać się gwałtów. Jakie to wspaniałomyślne – tyle dobra w zamian za oddanie swojego ciała i swojej tożsamości w ręce reżimu. W innym miejscu Komendant tłumaczy Fredzie, że zrobili to wszystko, bo mężczyźni skarżyli się na własny marazm. Seks było im zbyt łatwo zdobyć, zarabianie pieniędzy było zbyt abstrakcyjne, „uciekali od małżeństwa” (s. 251). W jednej z rozmów z Fredą stwierdza, że oni tylko przywrócili naturalny stan rzeczy – przez większość czasu właśnie tak wyglądało społeczeństwo, zaś te ostatnie dziesięciolecia, z rozbuchaną wolnością jednostki i równouprawnieniem kobiet, były tylko anomalią, którą należało zlikwidować.

Demoralizujący nowy porządek

Fascynujące są też drugoplanowe postaci w książce, zwłaszcza starsze małżeństwo, do których trafiła Freda. Nietrudno jest zrozumieć pobudki, jakimi kierowali się mężczyźni z organizacji, która przejęła władzę i stworzyła Gilead – pragnęli zaprowadzić własne porządki, w których zgodnie z „tradycyjnym” ujęciem to oni stają się właścicielami kobiet i to im należą się różne przywileje. Niełatwo jednak pojąć, dlaczego zaangażowane w działalność organizacji były również kobiety, w tym Serena Joy, żona Komendanta. Serena była niegdyś gwiazdą estrady, zaś w okresie przed utworzeniem Republiki Gileadu prowadziła wykłady na temat roli kobiet. Przekonywała, że kobieta powinna zostać w domu i służyć rodzinie, a ona sama podróżuje tylko dlatego, że poświęca się dla dobra ogółu. Podobnie serialowa Serena w retrospekcjach ukazana jest jako aktywna działaczka na rzecz organizacji, zaś jej związek z Komendantem jako pełen namiętności i uczuć. Jedno i drugie stanowi wyraźny kontrast do czasów późniejszych, kiedy Serena jest zgorzkniałą Żoną zajmującą się jedynie robieniem na drutach i niepotrafiącą wzbudzić zainteresowania męża. Kolejne sezony serialu przyniosą zapewne więcej szczegółów na temat przyczyn rozpadu tej relacji. Można się domyślać, że ziściło się to, co Freda zaczyna podejrzewać w kontekście własnego męża – że nowa sytuacja mężczyzn ich zwyczajnie korumpuje, nawet jeśli nie popierali powstania Republiki Gileadu. Freda myśli w pewnym momencie: „Jemu to nie przeszkadza (…) ani trochę. Może jest nawet zadowolony. Już nie należymy do siebie. To ja należę do niego” (s. 219).

Rasizm w Gileadzie, rasizm w serialu

W serialu inne niż w książce jest również podejście do rasy bohaterów. Powieść Atwood zaludniona jest wyłącznie przez białych bohaterów, ponieważ wszyscy inni zostali z Republiki Gileadu nieelegancko wyproszeni. Jak dowiadujemy się z wiadomości telewizyjnych, Dzieci Hama, jak nazwano czarnoskórych ludzi (wierzono, że ich odmienność od białych jest wynikiem klątwy, jaką Noah obłożył swojego syna, Hama, którego są potomkami; warto zwrócić uwagę, że podobnie jak cierpienia Dzieci Hama tłumaczy się występkiem ich „przodka”, podobnie zniewolenie kobiet tłumaczy się grzechem Ewy, nie tylko, zresztą, w literackiej rzeczywistości). Tymczasem, jak stwierdził twórca serialu, telewizja to nie literatura i należy wziąć pod uwagę fakt, że to, co przejdzie w książce, będzie trudne do powtórzenia w serialu. Bruce Miller zadaje retoryczne pytanie: „jaka jest różnica między nakręceniem serialu o rasistach a nakręceniem rasistowskiego serialu?” (źródło) Ponieważ książkowa „Opowieść podręcznej” faktycznie jest historią przedstawianą wyłącznie z perspektywy Fredy, wszelkie pominięcia wypadają naturalnie. Serial, gdyby przedstawiał czarnoskórych, musiałby przedstawić ich punkt widzenia, ich perypetie na farmach, gdzie – teoretycznie – ich wysłano. Twórcy woleli zrezygnować z tego i umieścić ich w centralnej historii, dlatego też najlepsza przyjaciółka i mąż Fredy są czarnoskórzy.

A może szkoda? Kolonie, o których wspomina się w książce, są niemal mityczne – nie wiadomo zbyt wiele na ich temat, a to, co wiadomo, pochodzi z reżimowych wiadomości, więc ufanie im byłoby naiwnością. Poprowadzenie wątków z prawdopodobnie iście piekielnej rzeczywistości zdaje się mieć ogromny potencjał. Freda nie jest pewna, co się stało z jej matką, niegdyś wojującą feministką, więc być może jeszcze przekonamy się, jaki los Republika Gileadu zgotowała niepożądanym członkom społeczeństwa, gdy twórcy serialu wrócą do tej postaci.

Krajowe zasoby

Pozostając w temacie różnic między mediami, warto wspomnieć o wątku problemów z rozrodczością. Można odnieść wrażenie, że w serialu położono na ten aspekt jeszcze większy nacisk. Dzięki pamiętnym scenom z delegacją z Meksyku dowiadujemy się, że nawet jeśli świat dowie się o cierpieniu podręcznych, są one zbyt cennym towarem, by względy etyczne mogły przeważyć szalę, zaś Republika Gileadu zamierza za ich pomocą ugruntować swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Freda komentuje: „I am a national resource”, co można przetłumaczyć jako „jestem zasobem krajowym”, jak węgiel czy ropa naftowa. W powieści Atwood ten temat przewija się na mniejszą skalę i traktuje raczej o dramatach jednostek, Freda m.in. wspomina sytuację, gdy jej córka została porwana przez inną kobietę. Widzimy też korowód pogrzebowy kobiet, które niosą maleńką trumienkę i patrzą z goryczą na Podręczne – w tej rzeczywistości bezpłodność lub niemożność utrzymania ciąży jest wyłączną winą kobiety, te zaś traktują Podręczne albo jako zło konieczne albo wręcz jako konkurencję. Serena Joy jest o Fredę zwyczajnie zazdrosna, a niebagatelną rolę odgrywa tu z pewnością świadomość, że nawet jeśli dziecko się narodzi, biologicznie nie będzie miało nic wspólnego z Żoną. Dlatego też tak ważne jest odmłodzenie w serialu Sereny Joy i jej męża. Serena, grana przez 35-letnią Yvonne Strahovski, nawiązuje z Fredą relację skomplikowaną i pełną potencjału na przyszłość. W jednym z wywiadów reżyser Bruce Miller zasugerował, że w pewnym momencie okaże się, iż Serena wcale nie jest bezpłodna.

Nadzieja na przyszłość

Pierwszy sezon serialu kończy się nadzieją – nie tylko dla samej głównej bohaterki i jej bliskich, ale też dla widza, który może liczyć na godną kontynuację historii napisanej przez Atwood. Warto podkreślić, że wizja Bruce’a Millera w pierwszym sezonie nie jest zbyt swobodnym rozszerzeniem książki – raczej mamy do czynienia z miksem różnych scen z książki, które, nawet jeśli ulegają przetworzeniu, pozostają bardzo podobne duchem. Jeśli Miller wprowadza jakiś nowy element, robi to zgodnie z duchem całej historii i wszystko razem wydaje się bardzo spójne. Dlatego też nawet jeśli istnieją istotne różnice między mediami, całość – również dzięki doskonałej grze aktorskiej, drobiazgowo zaplanowanej scenografii oraz przepięknym zdjęciom – napawa nadzieją na przyszłość.

Źródła:

The Guardian
https://www.theguardian.com/books/2016/aug/10/speculative-or-science-fiction-as-margaret-atwood-shows-there-isnt-much-distinction
https://www.theguardian.com/film/2005/jun/17/sciencefictionfantasyandhorror.margaretatwood
https://www.theguardian.com/books/2009/aug/29/margaret-atwood-year-of-flood

http://www.ursulakleguin.com/Note-ChabonAndGenre.html

Cytaty pochodzą z tłumaczenia Zofii Uhrynowskiej-Hanasz (Wielka Litera 2017), chyba że zaznaczono inaczej.

Książkę kupicie w dobrej cenie w księgarni internetowej Czytam.pl pod tym linkiem.