Najlepsze opowiadania grozy (Agnieszka Brodzik)

Z oka­zji dwu­na­stych uro­dzin Carpe Noc­tem pre­zen­tu­jemy Wam listę naj­lep­szych opo­wia­dań grozy. Pię­cioro naszych redak­to­rów wybrało po cztery lub pięć tek­stów, które ich zda­niem potra­fią naprawdę wywo­łać ciarki. W niniej­szym wpi­sie pozna­cie tek­sty wybrane przez Agnieszkę Brodzik.

Chuck Palahniuk, Szkatułka koszmarów
Dość niespodziewane, prawda? Tyle się przecież mówi o bardziej obrzydliwych tekstach tego pisarza, a ja tutaj wyskakuję z jakąś Szkatułką koszmarów. A jednak z zaskoczeniem zobaczyłam w Opętanych – powieści, nomen omen, szkatułkowej – tekst w mistrzowski sposób wykorzystujący najbardziej przerażające literackie zagranie, czyli pokazywanie reakcji ludzi na coś, czego pełnego kształtu nie poznajemy nigdy. Opowiadanie samo w sobie nie jest arcydziełem, ale w idealny sposób krystalizuje wspomniany pomysł i przy okazji wskazuje na siłę krótkiej formy – trudno bowiem wyobrazić sobie, by Szkatułka koszmarów rozdmuchana do rozmiarów powieści mogła z równym powodzeniem przerażać. Poza tym dla mnie prawdziwą miarą wyjątkowości tego tekstu jest właśnie to, że po kilku już latach od lektury wciąż czuję tę palącą potrzebę, by jednak jakimś cudem dowiedzieć się, co też kryje się w tej szkatułce. I nieważne, że to przecież tylko tekst, głupia!

Wojciech Gunia, Ojciec
Musiało coś się od Guni znaleźć i choć w zbiorze „Powrót” są lepsze teksty, ten jest najbardziej przerażający. Niby prosty, a jednak ta zagadkowość, te emocje, nie dają o sobie zapomnieć. Literacka groza w najlepszym wydaniu – tego nie dałoby się zekranizować. Jak już pisałam w recenzji całej książki, Gunię ogromnie cenię za to, że potrafił na powrót (sic!) wywołać we mnie te emocje, które towarzyszyły mi lekturze najlepszych opowiadań Lovecrafta…

Howard Philips Lovecraft, Kolor z przestworzy
…i skoro już wywołałam Samotnika z Providence to zdradzę, które z jego opowiadań zrobiło na mnie największe wrażenie. Oczywiście nie tak wielkie, jak Przypadek Charlesa Dextera Warda, bo czytelniczą niewinność nastolatki po raz pierwszy sięgającej po horror (i to od razu taki!) traci się tylko raz. Po Kolor z przestworzy sięgnęłam na etapie tej dziewiczej fascynacji gatunkiem, jednak po latach nadal uważam go za jeden z najstraszniejszych tekstów, jakie czytałam. Aż kusi, by wstać od biurka i sięgnąć po książkę, raz jeszcze zatopić się w tej kosmicznej grozie.

Richard Matheson, Zrodzony z męża i niewiasty
Dobre science fiction potrafi być subtelnie przerażające, a Zrodzony z męża i niewiasty Mathesona to doskonały przykład. Przy okazji to także kolejny utwór umiejętnie operujący niedomówieniami, które najpiękniej i najsilniej realizowane są w opowiadaniach. Chociaż po latach pamiętam wciąż jedną scenę z Pikniku na skraju drogi, gdzie bohater dotyka delikatnego meszku na policzku córki. Niby nic, a zimny dreszcz człowieka przechodzi – tekst Mathesona to podobny dreszcz, tylko razy dziesięć i przy o wiele mniejszej objętości.

Stephen King, Tratwa
Kolejny utwór, który pokazuje siłę tkwiącą w krótkiej formie. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, nie wiadomo dlaczego, ale nagle bohaterom zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony czegoś, co kłóci się ze wszystkim, co wiedzą o świecie. Dlatego to dość proste opowiadanie, przez antyfanów horrorów zapewne wyśmiewane za „głupotę”, jest dla mnie czymś wyjątkowo mocnym, długo zapadającym w pamięć. King czasem zaskakuje mnie tekstami, po którym boleśnie szkoda mi czasu poświęconego na ich lekturę, a czasem daje taką Tratwę. I pewnie znalazłoby się parę lepszych opowiadań Stephena – choćby w świetnym zbiorze 4 pory roku – jeśli jednak mam wybrać coś, po czym miałam największe ciary, będzie to właśnie ten tekst.