Książka miesiąca: wrzesień

Nie będę udawał, że byłem miłośnikiem literatury Dana Simmonsa od zawsze. W zasadzie jakoś się z nim rozmijałem i nawet pierwsze wydanie „Terroru” w Polsce umknęło mojej uwadze (zapewne zapewne skupionej na tandetnych horrorach). Na szczęście zaległości udało mi się nadrobić i w moje ręce wpadła niedawno wspomniana wcześniej powieść wydana właśnie nakładem Vesper. Wielokrotnie, w różnych miejscach chwaliłem owo wydawnictwo, które pieczołowicie dobiera swoją ofertę i, co nie bez znaczenia, dba o oprawę graficzną swych produktów (jakże niefortunne określenie w tym przypadku). Tak też, w to jakże gorące i upalne lato, zapoznałem się z „Terrorem”, który okazał z jedną z najbardziej przerażających i mroźnych powieści, jakie miałem okazję w życiu czytać.

Podstawą do zrozumienia mojej reakcji jest wyznanie, które tutaj poczynię. Alergicznie reaguję na mróz i boję się głębokości. Chyba, bo nigdy nie miałem odwagi sprawdzić. Nie miałem więc najmniejszych problemów z postawieniem się na miejscu bohaterów utworu, załogi dwóch okrętów badawczych, które pod koniec XIX-go wieku utknęły w lodach Arktyki. Historia ta jest tym bardziej przerażająca, że prawdziwa. Tytułowy „Terror” wraz z „Erebusem” stanowiły ekipę, której zadaniem było znalezienie przejścia z Morza Baffina do Morza Berringa. Okręty zostały uwięzione w lodzie na trzy lata, o czym dowiedziano się dopiero dzięki kolejnym wyprawom poszukiwawczym, których było w przybliżeniu… czterdzieści! Wydanie Vesper wzmaga empatię, ponieważ zostało ozdobione sugestywną okładką opierającą się na szkicu jednego z okrętów, a wewnątrz znajdziemy liczne ilustracje i zdjęcia pochodzące z okresu opisanego w książce, w tym autentyczne fotografie głównych bohaterów. Dan Simmons porwał się bowiem na rzecz z pozoru szaloną, spróbował bowiem wyjaśnić, do czego mogło dojść w tak ekstremalnych warunkach. I dokonał tego w sposób mistrzowski, lawirując pomiędzy grozą, a powieścią przygodowo-podróżniczą, pomiędzy wstrząsającymi faktami, a równie niesamowitymi niedopowiedzeniami. Wreszcie nie zawahał się przed wprowadzeniem elementów fantastyki, ale w sposób tak subtelny, że nawet miłośnicy literatury faktu nie powinni być zawiedzeni. Dla nikogo nie jest bowiem tajemnicą, że w skrajnych sytuacjach z ludzi wychodzi najgorsze zło – to prawda stara jak świat. Pod tym względem możemy się spodziewać wszystkiego, zarówno w życiu, jak i w powieści. I chociaż całość jest niezwykle dramatyczna i przejmująca, a ja podczas lektury nie przestawałem zachwycać się językiem i wiedzą autora, to dopiero finałowe rozdziały uświadomiły mi, że oto odkryłem swoją książkę nie tylko miesiąca, ale i roku. A przyznam, że w tym akurat obrodziło w dobrą literaturę.

Finałowe sceny w przypadku wielu pisarzy mogłyby się skończyć tragicznym kleceniem i zlepianiem wątków, tymczasem Simmons prowadzi wszystko perfekcyjnie do samego końca, niby od niechcenia rozrzucając pytania i myśli, które po lekturze nie będą chciały opuścić czytelnika. Zresztą, wątpliwości z nią związanych jest więcej. Najzabawniejsza, na jakiej się złapałem, to ta dotycząca wieku pisarza. Autor ma sześćdziesiąt siedem lat, a omawiany utwór ukazał się oryginalnie ledwie osiem lat temu, a ja wciąż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że obcuję z XIX-sto wiecznym, zaginionym/zapomnianym klasykiem grozy. Ten styl, ta pieczołowitość i poezja opisów, przy jednoczesnym dbaniu o najmniejsze detale historyczne i techniczne, wreszcie wyobraźnia z jednej strony nieograniczona, a jednak w pewnym sensie trzymająca się konwencji… Choć to nie horror, nie brak w nim elementów prawdziwej grozy, które są bardziej przerażające niż większość epatujących przemocą i makabrą opowiastek. Świat „Terroru” wchłania i niczym baśniowe lustro królowej Śniegu zostawia w sercu i duszy zadrę. Od tej pory nigdy nie przejdę obojętnie obok książki z tym nazwiskiem na okładce. A do tej konkretnej lektury będę wracał wielokrotnie. Koniecznie latem. Zimą chyba nie dam rady.