KP #89: O co chodzi z tym czytelnictwem cz. 2

Druga część naszej dyskusji o czytelnictwie. Tym razem skupiamy się na czytelniczych snobach, nietrafionych kampaniach społecznych i memach. Przede wszystkim zastanawiamy się jednak – wbrew popularnym opiniom – czy czytanie faktycznie ubogaca.

  • maszynistaGrot

    Druga część także ciekawa, godna polecenia. Jedynie nie spodobał mi się mały fragment dotyczący starszych, używanych książek z biblioteki, odpychającego jednego z mówców jako brudnych, poplamionych, uślinionych czy uflegmionych. Ja tam lubię czytać te żółte, podniszczone, czy zabarwione jakąś substancją książki – mają swój niepowtarzalny klimat, czuć przygodę, tajemniczość a nie te nowiutkie świeżo zjechane z taśmy produkcyjnej dostępne w księgarniach.

    A niechby były nawet te „gorsze” wydania biblioteczne uplamione z powodu tego, że kilkanaście lat temu ktoś je oślinił, osmarkał czy osikał. Substancja po latach się zeschła, trypra się raczej nie dostanie – przynajmniej ja póki co nie dostałem choć zdarza się niekiedy wypożyczyć książkę wydaną kilkadziesiąt lat temu :D

    I jeszcze o formie. Kto lubi niech czyta na czytnikach, audiobookach itp, ja tam wole tradycyjne, choć kiedyś może i się skusze na bardziej nowoczesne sprzęty.

    • Chyba każdy trochę lubi te stare tomiszcza. Sam nazbierałem trochę przedwojennych wydań, które są dla mnie prawdziwym skarbem, ale ostatnio żona mi mówiła, że zacznie czytać jakąś książkę z przyniesionych z biblioteki, to znajduje gila. Jego świeżości nie ocenialiśmy ;)

      A co do alternatywnych form czytania, to warto po prostu spróbować i przekonać się, jak się w tym czujesz. Tylko jeśli e-booki to wyłącznie testuj na czytnikach z e-papierem, bo ekrany tabletów i telefonów choć też się nadają, to mogą tylko odstraszyć. Fajne audiobooki zaś można znaleźć nawet na Wolnych Lekturach – ja przy prasowaniu przez kilka miesięcy słuchałem „Don Kichota” i to była fantastyczna sprawa. Później już wsiąkłem.

  • Postanowiłem się dopisać dopiero po odsłuchaniu całości. Przy okazji wielkie dzięki dla Żarłoka, który w swoim podsumowaniu podcastowym na RSK zwrócił moją uwagę na tę rozmowę.

    Ogólnie serce aż mi się rwie do zgody z wami. Dokładnie tak samo odczuwam te kwestie i aż jestem zdumiony zbieżnością waszych opinii z tym, co sam niedawno napisałem o tym u siebie na blogu. Ale chce się bardziej szczegółowo odnieść do dwóch spraw:

    a) Przyjemność z czytania. Moim zdaniem ona jest zawsze fundamentem. Bez względu na to, czy czytasz horror, czy traktat filozoficzny. Ja na przykład niedawno – zresztą zachęcony przez was, choć może nieco wbrew waszym intencjom – przeczytałem Henela, a zaraz potem wziąłem się za książkę o polskim malarstwie z XIX wieku. Nie mogę powiedzieć, że Henela przeczytałem dla przyjemności (a w sumie była to jakaś przyjemność mimo wszystkich wad), a to drugie, bo chcę się rozwijać. To znaczy… no tak, chce się rozwijać, tylko sęk w tym, że to też mi sprawia przyjemność. Innego rodzaju niż Henel, poruszającą w mózgu inne obszary, ale wciąż przyjemność.

    b) Te wszystkie nowe strategie marketingowe – energetyki, kubki, koszulki, billboardy itp. Ja mam do tego trochę jednak ambiwalentny stosunek. Z jednej strony rozumiem, ale z drugiej zastanawiam się, czy to też nie jest – w jakimś sensie! – krok ku uprzedmiotowieniu aktu czytania, a wręcz jego… no właśnie, fetyszyzacji. To jest zresztą chyba w ogóle szerszy problem popkultury z jej tendencją do urynkawiania wszystkiego. Zwracał na to uwagę już m.in. Erich Fromm, gdy znalazł się w USA i przeraził go masowy przemysł muzyczny. Nie chcę tu brzmieć jak jakiś lewak czy antykapitalista, ale to mnie jednak niepokoi, choć przecież z racji urodzenia i wychowania w takich a nie innych czasach czuję się tej popkultury dzieckiem. No ale to już może temat na inne rozważanie.

    I jeszcze na koniec coś ad vocem:
    https://www.youtube.com/watch?v=eZijDPibEVs

    • Agnieszka Brodzik

      Dzięki za komentarz. Co do przyjemności to pewnie – można ją różne definiować, zresztą czasem czytanie czegoś typowo rozrywkowego może nie dawać przyjemności, a już lektura czegoś bardzo wymagającego – ogromną. Zresztą, jako fani horroru mamy w ogóle ciekawe pojęcie na ten temat, bo czytamy dla przyjemności opisy mające budzić grozę :D

      A jak ten Henel? Może skusisz się na komentarz do podcastu albo którejś recenzji?

      • Co do tej przyjemności. Ostatnio czytałem drugi raz „Traktat o zasadach” Berkeleya. Czytałem? Mordowałem się z tym, bo berkeleyowski immaterializm łatwo w głowę nie wchodzi, ale miałem z tej lektury gigantyczną przyjemność. Graniczącą z płaczem ;)

        • Ja taki szczególny nacisk położyłem na przyjemność, bo zdarzyła mi się ostatnio znamienna rzecz. Otóż rozmawiałem sobie o tym raporcie z pewnym znajomym filozofem, strasznie wkręconym w misję krzewienia kultury i sarkającym, że ludzie do bibliotek przychodzą tylko na spotkania z pisarzami pokroju Michalak. No i mówię mu mniej więcej to, co napisałem tu – że przyjemność to podstawowy warunek zdrowego obcowania z kulturą itp. A na jego twarzy taki niesmak, takie wręcz zgorszenie. No bo on przyjemność utożsamiał właśnie z płytką rozrywką. Aż bałem się pytać, co czuł, kiedy pisał swoją magisterkę o Nietzschem. W każdym razie rzeczywiście przy czytaniu strasznie łatwo wpaść w pułapkę snobizmu. Ja tak miałem już nawet nie to, że z tym przysłowiowym Joyce’em, ale choćby z „W poszukiwaniu straconego czasu” czy „Dziennikiem” Gombrowicza. Kilkanaście lat temu strasznie się na nie napinałem, bo wbiłem sobie do głowy, że człowiek obyty, do tego jeszcze sam chcący pisać, pewne rzeczy musi po prostu znać. Ale poległem. Musiałem dopiero do tych rzeczy dojrzeć intelektualnie i emocjonalnie. I wtedy to już była rzeczywiście rozkosz. Choć z Prousta przyswoiłem dopiero dwa tomy, bo to nie jest jednak coś, co da się połknąć ot tak, nawet jeśli sprawia przyjemność.

  • Bogusia

    Podobnie jak Marcin czekałam na całość dyskusji i dopiero teraz się wypowiem.

    Rozmowa o czytelnictwie nie jest prosta to fakt. Za duże zjawisko i masa pokrewnych tematów…

    Słowem wstępu – w księgarni pracuję od siedmiu lat i zawsze odkąd pamiętam chciałam to robić. Oczywiście nie chcę uchodzić za jakiegoś wielkiego znawcę tematu. Postaram się napisać kilka słów z mojej perspektywy.

    Przede wszystkim – nie panikowałabym tak bardzo z powodu raportu o upadającym czytelnictwie. Z tego, co obserwuję codziennie w pracy tak tragicznie nie jest. Mam takie wrażenie, że te osoby, którym czytanie jest bliskie nadrabiają za tych, którym z książką nie po drodze. Zresztą sporo literatury sprzedaje się sezonowo – przed dniem dziecka, na boże narodzenie lub jako nagrody na koniec roku szkolnego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie jest reguła, może trafiłam na zaczytaną okolicę :) Zresztą jeśli chodzi o biadolenie o spadku zapotrzebowania na słowo pisane – wyczuwam lekką hipokryzję. Bo nawet sobie nie wyobrażacie, ile dziennie pojawia się nowości, jak dużo jest wydawnictw. Skoro tak słabo w Polsce z czytaniem to ja się pytam, po co nadal w to inwestować i powoływać nowe firmy? Zresztą sami przyznacie, że książka to bardzo specyficzny rodzaj towaru. Zastanawiam się mocno nad tym, kiedy szerzenie nawyków czytelniczych zmieniło się z misji społecznej w napędzanie konsumpcjonizmu? Dobrym przykładem na to jest szeroko pojęty rynek podręcznikowy, ale nie o tym dyskutujemy.

    Zgadzam się z wami – „praca u podstaw” jest bardzo ważna! Przyzwyczajanie dzieciaków do tego, że książka może by jednocześnie fajną zabawką to klucz do poszerzania grona czytających. W księgarni prowadzimy masę spotkań z dziećmi w różnym wieku (od przedszkolnych grup 3,4-latków po dyskusyjne kluby dla dzieciaków z klas 4-6 szkoły podstawowej). Na książki reagują niesamowicie! Są ciekawe i aż rwą się do wspólnej zabawy. Bo wszystko zależy od tego, jak się z nimi o książkach rozmawia. Oczywiście można to robić w nudny i zniechęcający sposób, ale można też wymyślać konkury i zabawy z książką.

    Dodatkowo muszę też wspomnieć o rządowym programie „Książka naszych marzeń” – polega on na poszerzaniu oferty szkolnych bibliotek o pozycje, wybierane przez samych uczniów. Zatem nie żadne nudy, tylko to, co dzieciaki akurat czytają – dużo fantasy, trochę literatury detektywistycznej i coś, co można określić mianem „literatury obyczajowej”. To niezły pomysł, głównie ze względu na konieczność przeprowadzenia w ciągu roku kilku lekcji na temat poszczególnych książek. Zatem z dzieciakami można już w podstawówce rozmawiać np. o walorach fantasy .

    Myślimy też nad cyklem spotkań dla gimnazjalistów i licealistów i pewnie ruszymy z tym od nowego roku szkolnego. Trzymajcie kciuki.

    I tu kolejny wątek – wspominany przez was snobizm czytelniczy i sztuczne rozdzielanie literatury na ambitną i chłam. Pamiętam pewną dyskusję, którą odbyłam z jedną z klientek Córka zażyczyła sobie na prezent „Wpuść mnie” Lindqvista. Rodzic przeczytał opis książki i stwierdził, że to nic nie warte czytadło, dla nienormalnych i że w ogóle strata czasu. Usiłowałam wytłumaczyć, że pomimo opisu jest to naprawdę dobra rzecz i sporo w niej ukrytych znaczeń. Koniec końców kupiła, ale z ogromną niechęcią i parskaniem w stylu – „mam córkę bezguście”. Z drugiej strony są też przypadki rodziców, którzy na siłę starają się podtykać dzieciom ambitne dzieła. Kolejny przykład – 10-letni chłopiec podbiega do półki z „Baśnioborem” i „Magicznym drzewem”. A jego rodzice podsuwają mu „Lód” Dukaja i „Solaris” Lema – bo lubisz fantastykę i czytaj to, a tamte to „bzdury dla dzidziusiów”.

    Kurde, ja uważam, że mimo wszystko każdy może czytać to na co ma ochotę i to co sprawia mu frajdę. Nie wciskajmy na siłę lektur nieodpowiednich dla wieku, tylko dlatego że chcemy by tacy „ą,ę” – więcej z tego szkód niż pożytku. Jak ludzie chcą czytadła to pozwólmy im na to! Gust czytelniczy się zmienia, może rzeczywiście za jakiś czas ktoś taki poczuje potrzebę sięgnięcia po coś trudniejszego. I tutaj spora rola księgarza, bibliotekarza lub krytyka. Wyczuć co podsunąć, co polecić…

    Chociaż z tym polecaniem to też bywa różnie – kilka słów o upadku krytyki. Ludziom potrzebny prosty przekaz. Z obserwacji wiem, że mało jest osób, z którymi można operować nawiązaniami. Przy sprzedawaniu książek najlepiej używać określeń „fajna” lub „nudna”, bo jak zaczynam za dużo się rozgadywać to już ludziom myśli odpływają nie wiadomo gdzie. Tym bardziej doceniam grono osób, z którymi mogę podyskutować. Bo tak jak mówicie – tu nie chodzi tylko o książki, ale ogólnie o obcowanie z kulturą. Staram się jak najwięcej w rozmowach przemycać ciekawych rzeczy (filmów, seriali, wystaw, muzyki, wszystkiego, co mi się tylko skojarzy). I potem takie osoby wracają i rozmawiamy i to jest super!

    Chciałabym móc robić jeszcze więcej, szczególnie w kręgu moich zainteresowań, ale ludzkiego myślenia się nie zmieni. Mało w mojej okolicy entuzjastów grozy, chociaż staram się to zmieniać. Zobaczymy…

    Pocieszające jest to, że widzę w niektórych ludziach potrzebę rozmowy o książkach i taką niesamowitą ciekawość. A to już coś! :)

    • Agnieszka Brodzik

      „Zastanawiam się mocno nad tym, kiedy szerzenie nawyków czytelniczych zmieniło się z misji społecznej w napędzanie konsumpcjonizmu?”
      Ciekawy wątek. Oczywiście może być też tak, że to rynek wmawia ludziom, że czytanie ubogaca, bo to po prostu taki chwyt marketingowy. I w sumie faktycznie, książek o niewielkiej wartości literackiej jest coraz więcej, ale ludzie się jeszcze łapią na ten dobry PR książki, że tak to ujmę ;) Natomiast co do hipokryzji — no z jednej strony tak, zastanawiające jest to narzekanie na spadek czytelnictwa, gdy wkoło tyle książek, ale to też może być mylne wrażenie: to, że się tyle teraz wydaje, może być kwestią innej strategii rynku wydawniczego: więcej tytułów, mniejsze nakłady. Ogólnie teraz wszystkiego wszędzie jest dużo i ja nie siedzę w temacie na tyle, by tutaj ferować jakimiś wyrokami. Myślę, że gdy ebooki się upowszechnią, tych tytułów będzie jeszcze więcej, z czego jeszcze trudniej będzie wyłuskać coś dobrego.

      Ten przykład z 10-letnim chłopcem mnie autentycznie zmroził. Jakie to smutne być w tym wieku zmuszanym do takich lektur. Ja chyba byłam wtedy na etapie Musierowicz :D

  • jowita sapała

    W zagajeniu moją uwagę przykuły dwa wątki: snobizm i nietrafione kampanie.
    Chodzi mi po głowie taka – może nie do końca sprecyzowana myśl – że czytelnicze snoby to skutek kampanii reklamujących czytelnictwo wśród ludzi dorosłych. O ile popieram wszelkie metody zachęcania do czytania książek dzieci o tyle nie wierzę, iż dorosły człowiek, który wie że książki istnieją, ma do nich łatwy dostęp, ba! pewnie kiedyś niejedną miał w ręku (choćby podręcznik) pokocha książki pod wpływem reklamy. Te kampanie bardziej przypominają mi reklamy piwa i mięsa na grilla i przynoszą taki sam efekt: pewna grupa ludzi uznała że to cool posiadać kilka książek, tak jak w dobrym tonie jest zaczynać sezon grillowy w pierwszy weekend maja bez względu na pogodę. Oczywiście, fakt że taki reklamowy snob przeczyta książkę nikomu nie zaszkodzi, daj mu Panie B. Nikomu też nie zaszkodzi gdy porzuci czytanie na rzecz nowej, reklamowanej mody. Daleka też jestem od twierdzenia, że taki „poreklamowy” czytelnik jest gorszy niż czytelnik rasowy, wierny i dożywotni. Jeżeli jest to sposób na zapewnienie sobie poczucia komfortu psychicznego, pozytywnego postrzegania to jest to dobre. Choć dla mnie będzie to nadal snobizm.
    Znam osoby, które złapały bibliofilowego bakcyla dopiero w dorosłym
    wieku, ale nie pod wpływem reklamy, namowy czy mniej lub bardziej
    dyskretnej presji otoczenia, ale w wyniku splotu wielu osobistych
    wątków.
    Inny przejaw snobizmu czytelniczego to (podniesiona już wcześniej kwestia) „tę książkę należy przeczytać” lub akcje typu: w tym roku przeczytam 3 książki miesięcznie (spotkałam na forum popularnego portalu na G. z prośbą o wskazanie ciekawych pozycji, ponieważ własne pomysły są już wykorzystane – to był marzec ;D).
    Formą snobizmu jest też dla mnie dawanie w prezencie książek osobom, które nie posiadają, nie budują i nie planują posiadać olbrzymiej biblioteki.

    Czy czytanie ubogaca? Tak samo jak telewizja. I nie chodzi mi tu o dobór pozycji ale o refleksję nad przeczytanym/obejrzanym materiałem. Można bezmyślnie oglądać najbardziej wartościowy program w telewizji lub w tanim Harlequinie odnaleźć niespodziewanie intrygujące wątki – wszystko zależy od Odbiorcy i Jego spojrzenia na świat i ludzi. Samo bezrefleksyjne czytanie może jedynie ubarwić język, uzupełnić wiedzę faktami dopiero „przetrawienie” tematu, refleksja i zaadaptowanie jej do własnego życia ubogaca człowieka.

    • Agnieszka Brodzik

      Ja bym odróżniała jednak snobizm od reklam, które pokazują czytanie jako coś fajnego. W tym pierwszym zawiera się to patrzenie z góry na głupich, prymitywnych nieczytających, z którymi „jest coś nie tak”. I to należy piętnować. Natomiast robienie z czytania mody nie wydaje mi się czymś jednoznacznie złym czy niekorzystnym. Ba, to wręcz odwrotność tego snobizmu, jak się tak zastanowić: bo jeśli nie reklamować jako coś „cool”, to jak? Tym, jakie to rozwijające? Jacy się ludzie inteligentni stają dzięki czytaniu? No właśnie :D

      Dawanie książek osobom nieczytającym ma sens, gdy dotyczą lubionej przez tę osobę tematyki. Na przykład komuś namiętnie trenującemu crossfit można wręczyć książkę o crossficie (teraz sporo jest tego na rynku). To jest fajne i to może w łatwy sposób przekonać nieczytającego, że książki mogą być fajne. A że to nie fikcja literacka? No właśnie, w sumie nie poruszyliśmy tego wątku: czy jest różnica między fikcją a faktem…

      Ostatni akapit propsuję bardzo. Plus, niestety nie ma reguły, że czytanie pomoże nie robić błędów, bo mnóstwo książek redakcyjnie jest bardzo słabych i wręcz może szkodzić :P