KP #86: Podziemne miasto Łukasza Henela

W najnowszym odcinku Karpiowego Podcastu Aga i Szymas rozmawiają o książce „Podziemne miasto” Łukasza Henela. Minimalny montaż, więc jest luz i trochę głupawki. Osoby wrażliwe na spojlery niech wyłączą po 30 minutach, choć teoretycznie nie zdradzamy żadnych istotnych szczegółów.

  • Przez was skusiłem się na Henela, a teraz – za drobnym podszeptem Agi – na napisanie o nim kilku słów.

    Zacznę może od tego, że „Podziemne miasto” przesłuchałem w audiobooku, który czytał Roch Siemianowski. Jest to o tyle ważne, że te wszystkie językowe mielizny, na które zwracaliście uwagę, zdecydowanie mniej w tej wersji raziły. Siemianowski ubogacił to swoją charakterystyczną interpretacją. Nawiasem mówiąc „Onego” też słuchałem w wersji audio i było to po prostu koszmarne, lektor zupełnie niedobrany do nastroju książki, przez co wyszło tak komicznie, że zupełnie nie mogłem się wczuć. Z Siemianowskim jest dużo lepiej, przez co tekst – sztucznie, bo sztucznie, ale jednak – zyskuje. Przynajmniej w moich… uszach ;-)

    Mówiliście, że jak na książkę o podziemnym mieście jest tam zdecydowanie za mało podziemnego miasta. Nie zgodziłbym się z tym. Fakt, że akcji w samym mieście nie jest może aż tak dużo, ale ono jednak cały czas rzuca cień na bohaterów, determinuje ich postępowanie. Natomiast zamieszkujący je potwór… no, tu już było słabo. Wydał mi się bardziej baśniowy niż horrorowy. I rzeczywiście, gdy już było wiadomo, o co chodzi, napięcie zupełnie siadło. To już wolałbym ten motyw z duchami nazistów. Henel narobił mi na niego smaku, a potem kompletnie porzucił, i w efekcie wyszło jakoś tak… ni przypiął, ni przyłatał. Szkoda. Byłoby to dużo lepsze niż bawienie się w jakieś hinduskie mity.

    Postać dziewczyny rzeczywiście zupełnie zbędna. Przynajmniej tak, jak została odmalowana. Sztuczki z angielskim romansem, w którym ona znajduje odpowiedź, w ogóle nie kupiłem. Była tak naciągana, że aż mi to zgrzytało. Rozumiem zabiegi w rodzaju deus ex machina, ale to już, kurde, przesada. Takie coś naprawdę trzeba umieć.

    Rozczarowało mnie też trochę zakończenie. Tu Henel znów robi smak, sugerując szaleństwo głównego bohatera, co byłoby IMHO naprawdę fajne, ale niestety wybiera zbyt prostolinijne rozwiązanie. Znów szkoda.

    Ale ogólnie czytało się spoko. Poza tym poczułem pewne drgnienie sentymentu, bo mój dziadek w latach 50 służył w wojsku i też miał tam styczność z sowietami. Pamiętam, jak opowiadał mi różne historie, więc czytając Henela, trochę się czułem, jakbym znów siedział z nim przy stole w kuchni i marudził mu, żeby jeszcze raz opowiedział o tych tajemniczych pociągach, do których polscy żołnierze nie mieli wstępu. Żal mi dziś, że go nie nagrałem.

    Pozytywne jest na pewno to, że Henel sięgnął po odwołania historyczne.

    • Agnieszka Brodzik

      Dzięki za komentarz :)
      I też uważam, że ucięcie wątku duchów w podziemiach było rozczarowujące.