KP #110: Ten o klasyce i nostalgii

Sto dziesiąty odcinek Karpiowego Podcastu przynosi rozważania na temat podziałów wśród fanów literatury grozy, postrzegania horroru współczesnego przez wielbicieli klasyki grozy oraz nostalgii za złotą erą horroru lat ’90. Czy horror na naszym rynku jest zróżnicowany? Jak wygląda dychotomia zainteresowań fanów grozy? Co to znaczy, że horror jest jednorazowy? Co ma wspólnego horror i romans? Czy Shelley faktycznie była taką doskonałą literatką?

 

PS Aga jest gapa i niechcący nagrała swoją ścieżkę na mikrofon wbudowany w laptopa, więc jakość dźwięku jest… wyrazem nostalgii za pierwszymi podcastami ;)

  • Sylwester Kozdroj

    Przesłuchałem z przyjemnością :) Nie sposób skomentować od razu całości.
    Wspomnieliście o moim przekonaniu odnośnie konieczności promowania klasyki na polskim rynku wydawniczym. Nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że na naszym rodzimym podwórku utwory napisane w pierwszej połowie XX wieku i te wcześniejsze posiadają całkiem spore grono zwolenników. A już na pewno nie uważam, aby liczba wznowień Lovecrafta czy Poego była tego odzwierciedleniem. Obaj autorzy należą do grupy pisarzy, których teksty zawsze będą dla wydawców złotymi strzałami, gdyż ich popkulturalna atrakcyjność jest już wartością stałą, a co za tym idzie trudno oceniać popularność pozostałych klasyków przez pryzmat wspomnianej dwójki. Nie przepadam i odcinam się od wrzucania wszystkich autorów tworzących dawno, dawno temu do worka z napisem KLASYKA. Wybierając do recenzowania zbiory opowiadań grozy nie kierowałem się misją przekonania świata czytelniczego do pokochania twórczości np. pani Freeman. Zdaję sobie sprawę z naiwności fabularnej czy też prostoty literackiej owych tekstów i równie mocno zwalczam hasło „ambitna klasyka”, kiedy ktoś odnosi je do ogółu dawnych pisarzy. Ważne jest to o czym wspomniał Michał, tj. o taśmowości. Wielu twórców (odnoszę się do terenów głównie Wielkiej Brytanii) pisząc swoje utwory grozy kierowała się nie tyle chęcią stworzenia dzieła przez wielkie D, co świadoma atrakcyjności literatury sensacyjno-niesamowitej doceniała jej zalety finansowe. Stąd publikowanie tych tekstów nawet nie w czasopismach poświęconych stricte literaturze, ale bardzo często zwykłych dziennikach informacyjnych. Mówiąc o promowaniu klasyków grozy raczej dążę do tego, aby ogół czytelników (fani serii Biblioteka Grozy to znikomy ułamek rynku) poznał właśnie tych mniej znanych, którzy pałali się grozą niejako dorywczo.

    • Agnieszka Brodzik

      Skoro uważasz, że pisali „dorywczo” i „taśmowo” to dlaczego chcesz, żeby ogół lepiej ich znał? Żeby Biblioteka Grozy się lepiej sprzedawała? Czy tak po prostu?
      No ten podział na grubych klasyków i cienkich klasyków to akurat faktycznie w duchu naszego podcastu. Ale też od razu dodam, że u nas w statystykach Bibioteka Grozy na CN to jest szał ciał bez względu na to, czy to Lovecraft czy mniej znany Onions. Miljony srajków, jak to (prawie) powiedział Rakowicz :D

      • Sylwester Kozdroj

        Chciałbym aby byli znani ogółowi gdyż uważam, że nie możemy ograniczać się w czytaniu tylko i wyłącznie klasyki pisanej przez duże K., gdyż zaciemnia to nasz ogólny osąd. Być może stąd biorą się nieporozumienia, o których wspominaliście. Termin „ambitna klasyka” jest nadużywana bo Ogół nie zna nikogo, np. za Lovecraftem. Przymiotnik stary nie koniecznie musi być synonimem czegoś dobrego, ale żeby umieć to ocenić trzeba poznać także utwory z worka „Klasyka B” oraz „Klasyka C”. Z drugiej strony: pomimo, iż wielu pisarzy – chociażby tych wydawanych przez C&T – oddzielam grubą kreską od np. twórczości Lovecrafta (mówię o jej roli kulturowej) to jednak nie skazuję ich na wieczne zapomnienie. Wspominałem o tym przy recenzowaniu „Zagubionych duchów”. Pomimo pewnej prostoty fabuły zawiera ona również plusy, dla których warto sięgnąć po teksty pani Freeman, chociażby ze względów naukowych (jeżeli kogoś interesują). Ważne aby umieć zdystansować się i nie powielać prostych kalek. To samo dotyczy zresztą także współczesnej literatury grozy.

        • Agnieszka Brodzik

          „Pytanie do kogo należy ocena, czy osoby piszące „dorywczo” piszą gorzej od tych „zawodowych” (patrz powiedzmy wspominany przez Was ostatni Scott Smith vs. np. Masterton)?”
          No ja zrozumiałam, że Ty tak oceniłeś, że za tymi określeniami się kryła ocena. I stąd moje pytanie.
          W ogóle z HPL-em to jest tak, że spotykam się w środowisku poznańskich fantastów czasami z tym, że ludzie doskonale znają jego nazwisko, bardzo go cenią, a w życiu przeczytali może jedno opowiadanie albo w ogóle. Strasznie mnie to dziwi. Grają w gry na podstawie twórczości HPL-a i na ich podstawie wyrabiają sobie opinię o tym, co jest dla niego charakterystyczne. Zachwycają się motywem szaleństwa, „bo naprawdę lovecraftowska gra musi mieć motyw szaleństwa”, a nie sięgają po jego twórczość. A jeśli nawet sięgnęli po opowiadania i się zachwycają (może niejako z musu? bo wypada? bo klasyka?) to w życiu by się nie przyznali, że spodobał im się horror. Jakby HPL to był oddzielny gatunek, a sięganie po jakiegokolwiek innego twórcę horroru — nawet bez wychodzenia z klasyki — było bez sensu :D

          • Sylwester Kozdroj

            Chodziło mi raczej o trudność w zdefiniowaniu właśnie owej „ambitnej klasyki”. Jest to łatka przyszywana do zbyt wielu autorów. A w swoim promowaniu klasyki raczej chodzi mi właśnie o pokazanie, że nie każda pozycja powiedzmy z przełomu XIX i XX wieku jest „ambitna”, co nie oznacza, że nie należy jej znać. A z tym Lovecraftem na poznańskich włościach to ciekawa sprawa. Muszę popatrzeć jak to wygląda we Wrocławiu.

  • Dwie sprawy. Odnośnie tej rewerencji okazywanej klasyce naszła mnie taka myśl, że poza wszystkim innym dużą rolę może tu odgrywać język. Tak, po prostu język! Im starsze dzieło, tym bardziej jest on archaiczny, czyli z dzisiejszego punktu widzenia bardziej wysmakowany, szlachetny. A skoro taki jest, to w potocznym odczuciu musi się kojarzyć z czymś wartościowym. Natomiast jeśli idzie o nostalgię, to tu w pełni się z wami zgadzam. Bo tak naprawdę wcale nie tęsknimy za konkretnymi filmami czy książkami, ale za sytuacjami, z którymi one się nam kojarzą, za niepowtarzalnym klimatem młodości i beztroski. Wiem to po sobie. U mnie atak nostalgii nastąpił kilka lat temu w bardzo specyficznych okolicznościach – w związku ze śmiercią mamy. Zacząłem wracać do rzeczy z lat 90, bo stymulowały moje wspomnienia, w których ona była. Ale nawet ten woal nie mógł przysłonić banalnego faktu, że większość tego to zwykły krap. Ale jak mówię – chodzi bardziej o sytuacje, o nas, a nie o Guya Smitha. Bo czytanie go dziś to jednak ból ;)

    • Agnieszka Brodzik

      Tak, tak, oczywiście. W sumie głupio, że nie wyszliśmy od tego, a to taka oczywistość: język to jest ta owa „starość” tekstu, co działa jak łacina, bo wszystko, co po łacinie, to mądre ;) To zresztą też chyba „wina” skojarzeń z lekturami szkolnymi: nauczyliśmy się, że ten archaiczny język oznacza coś wartościowego literacko.
      Ale ja akurat się z tego wyleczyłam dosyć szybko.
      Co do nostalgii też pełna zgoda, ale znowu – jeszcze się na taką nostalgię nie załapałam. Nie zdarza mi się oglądać bajek czy filmów z dzieciństwa, może tylko bym sobie w jakąś grę sprzed piętnastu lat zagrała ;) Ale kto wie, może jeszcze dekada i też mnie złapie :D

      • Bo na tę nostalgię chyba jednak bardziej zapadają faceci. To raz, a dwa – po prostu musi przyjść odpowiedni moment, jakaś wyzwalająca ją okoliczność. Może to być, tak jak u mnie, życiowa tragedia, albo zwykła potrzeba spojrzenia wstecz, która prędzej czy później (zwykle gdzieś po trzydziestce) zawsze się pojawia. A teraz rzeczywiście idzie istna fala tej retromanii. Nie tylko w horrorach. Ludzie na przykład wzdychają do starych komputerów, są podobno nawet całe giełdy sprzętu z lat 80 i 90. Po sieci krąży kilka poświęconych retro podcastów czy kanałów na YT. Myślę, że tu chodzi o potrzebę zdefiniowania się, znalezienia punktów orientacyjnych. Nie bardzo przepadam za kategorią pokoleniowości, ale tu można ją chyba od biedy zastosować. A idąc szerzej – to może też być po części obronna reakcja na niepewność dzisiejszych czasów. Miłosz w samym środku okupowanej Warszawy pisał „Poema naiwne”, a my, niepewni jutra, zaniepokojeni globalną sytuacją polityczną, oglądamy „Stranger things”, czule wspominamy Amigę i czytany Guya Smitha ;) Bo wtedy świat był poukładany i prosty. Słyszałem nawet teorię, że to był jeden z czynników, który przyczynił się w USA do zwycięstwa Trumpa, bo on jest jakoby żywcem wyjęty z lat 80. Nie podejmuję się oceniać, czy to prawda XD

        • Agnieszka Brodzik

          Sama moda na retro jest okej, moim zdaniem nie ma w niej nic złego, dopóki nie zaczynamy pieprzyć głupot o tym, jak to za naszych czasów trawa była zieleńsza, a niebo bardziej błękitne. Tak samo nie lubię najeżdżania na „dzisiejszą młodzież”, co to zawsze jest głupsza, i w sumie w pewnym sensie właśnie ten trop odnajduję w tym sprowadzaniu współczesnego horroru do tępej rozrywki pełnej krwi i flaków. Czytałam ostatnio felieton w CDAction, gdzie koleś płynnie przeszedł od chwalenia Tamagochi do tekstów o tym, że dzisiaj to dzieci nie wychodzą w ogóle na dwór, a parki i place zabaw zmieniono na parkingi :D Nie lubię takiego gadania i wydaje mi się oznaką stetryczenia ;)
          I może to wszystko tłumaczy, dlaczego jako jedna z niewielu osób ze środowiska nie jarałam się zupełnie „Stranger Things” :D

          • Ja się jarałem. Ale… umiarkowanie ;-) A pułapki retromanii bezbłędnie wyśmiał Woody Allen w „O północy w Paryżu”. Gość tam cofa się do lat 20, bo uważa je za kwintesencję dobrego smaku, i spotyka laskę, która z kolei tęskni za belle epoque. Może u nas co poniektórym też by się przydała taka podróż do lat 90 i konfrontacja z nimi na trzeźwo XD Tak jak mówił Jerry – czasem lepiej, żeby mit pozostał mitem. Mam tylko nadzieję, że Phantom Books nie będzie jechać wyłącznie na nostalgii, bo zaraz swoją nostalgię zacznie przeżywać gimbaza i trend się przesunie.

          • Agnieszka Brodzik

            Sebastian na fejsie tłumaczył, że plany są inne niż nam się wydaje, choć na razie nie zdradzał zbyt wielu szczegółów. Na dniach ma być wiadomo coś więcej. Obiecuje lepszą redakcję niż w Phantom Press :D

  • maszynistaGrot

    Właśnie odsłuchałem. Już na wstępie usłyszałem, jak rozmówca pochwalił się, że zmęczył czy nie zmęczył „Frankensteina”. Nie wiem, czy nie przeczytał powieści, czy nie doczytał, czy jakieś traumatyczne przeżycia wywołała… Wiem, że to może czepialstwo, ale jak dyskutujemy o klasyce grozy i na wstępie słyszymy, że najwybitniejsza powieść grozy „zmęczyła”… Ja rozumiem, że nie wszystko każdy musi lubić, sam ostatnio przeczytałem tomiki Ambrose Bierca i choć lubię klasykę to akurat te opowiadania mi zupełnie nie siadły, jednak „Frankenstein” to kamień milowy, najważniejsza powieść grozy wszech czasów, coś co każdy bezwzględnie powinien przeczytać na początku swojej przygody z grozą (sam już chyba z 5 razy zaliczyłem), no po prostu nie wypada fanowi horroru tej książki nie znać, nie doceniać.

    No, to „reprymenda” udzielona, a teraz do rzeczy :D

    Powody, dla którym czytam klasykę, nie tylko grozy;

    specyficzny starodawny klimat pisarstwa który wolę od współczesności, uznanie jakie książka sobie zdobyła i utrzymała przez upływ czasu, oderwanie się od szarej rzeczywistości poprzez czytanie czegoś dawnego, znudzenie współczesnym potocznym językiem – krajobrazem – nawykami które mam na co dzień i kopiowaniem tego w teraźniejszej literaturze.

    • Agnieszka Brodzik

      No popatrz, książkowy przykład komentarza, o których mówimy w podcaście :D Wiesz, w tym kontekście nie chodziło o wkład w historię literatury, któremu nikt z nas nie zaprzecza – to tak bardzo oczywiste, że nawet nie trzeba o tym mówić ;)

      • maszynistaGrot

        To fakt. Choć myślę, że rozmawiamy o klasyce to warto byłoby „Frankensteina” znać, tym bardziej że jest przepiękne vesperowskie wznowienie od kilku lat… To trochę tak jakby analizować twórczość Szekspira nie znając „Hamleta” :D

        • Agnieszka Brodzik

          Ale Jerry zmęczył, zmęczył ;)

          • maszynistaGrot

            No to spoko :)

    • Agnieszka Brodzik

      A skoro mówisz, że uciekasz od teraźniejszości, to czy tylko w klasykę czy łapie się też powieść historyczna? Takim przykładem byłby „Terror” Simmonsa.

      • maszynistaGrot

        Mam ambitny plan przeczytać wszystko co najlepsze w klasyce, a potem na poważnie zająć się współczesną literaturą – z tym, że trochę to potrwa bo lubię do klasyki wracać. A „Terror” od kilku miesięcy chyba leży nowiutki w mojej półce i czeka…bo zamiast się za niego zabrać wypożyczałem klasykę z biblioteki :D Ale na pewno tej zimy raczej go powinienem przeczytać.

        • Agnieszka Brodzik

          Jak będziesz przechodził do współczesnego to daj znać, przygotujemy Ci z chłopakami jakąś podręczną listę :D