Koty i kryminały – wywiad z Anną Klejzerowicz

Paweł Mateja: Spoglądając na całokształt Pani bibliografii może zaskoczyć, fakt iż dwa z czterech tytułów to zbiory opowiadań niesamowitych o tym samym tytule: Złodziej dusz – publikowanych przez różnych wydawców (Armoryka oraz Maszoperia Literacka), w różnej formie i – de facto – będących różnymi wyborami tekstów o tylko wspólnej części – co zadecydowało o takim nazewnictwie?

Anna Klejzerowicz: Wszystkie moje opowiadania – nazwijmy je umownie: fantastyczne – posiadają wspólny mianownik, na różne sposoby mówią mniej więcej o tym samym. Jakby to określić w skrócie… powiedzmy: o tym, że rzeczywistość jest pojęciem względnym. Dlatego też tytuł obu zbiorków jest taki sam – jeśli zbiorków przybędzie, to prawdopodobnie nadal będą się nazywały tak samo. No, może nadam im numerki porządkowe.

„Złodziej dusz” to tytuł jednego z opowiadań, które jest dla mnie ważne z kilku powodów. Po pierwsze – było pierwsze, zapoczątkowało serię. Po drugie: zawarta jest w nim w ogólnych zarysach ta koncepcja rzeczywistości, o jaką mi chodziło, choć jeszcze nie do końca sprecyzowana – dlatego idealnie pasuje mi jako takie hasło, znak, tytuł całości, bo dopiero potem ta pierwotna myśl zaczyna się rozwijać, w innych opowiadaniach. I po trzecie – mówi o fotografii, która jest moim drugim zawodem i zarazem moją pasją, wieczną magią i czymś, co wciąż na nowo budzi we mnie dreszczyk emocji.

PM: Każda z czterech wydanych przez Panią książek ma innego wydawcę. Czy znajduje Pani między nimi znaczące różnice w relacjach z pisarzem? Z którym współpracowało się najlepiej, najciekawiej?

AK: Nooo… na takie pytanie chyba żaden autor tak do końca szczerze nie odpowie!

Faktem jest, że zupełnie inna jest współpraca z małym, kameralnym wydawnictwem, niż z wielkim, gdzie wszystko jest zbiurokratyzowane i gdzie za wszystko odpowiada inny dział, a kontakt jest siłą rzeczy utrudniony i o wiele bardziej anonimowy. To jasne. Dla mnie w każdej współpracy najważniejsza jest wzajemna lojalność i zwykła, ludzka życzliwość. Jak dotąd ideałem jest dla mnie mój ostatni wydawca. Nie dość, że swoją siedzibę ma w Gdańsku, czyli dla mnie na (właściwym) miejscu, to jeszcze fantastycznie się dogadujemy. To stosunkowo młode wydawnictwo, ale już uznane na rynku, szczególnie kryminałów – pewnie dlatego, że jego założyciele nie są nowicjuszami, tylko zęby już zjedli na tym polu! Być może dlatego także potrafią nawiązać bardzo miłe, rzeczowe, ale i przyjacielskie relacje ze swoimi autorami, oparte na wzajemnym szacunku i zaufaniu. Trochę to górnolotnie zabrzmiało, ale taka jest prawda i warto ją podkreślać, bo to niestety… nie jest zjawisko masowe… A w tym przypadku, proszę mi wierzyć, nie tylko ja ich chwalę.

PM: Po „Sądzie Ostatecznym” zapowiadała Pani kolejny gdański kryminał ze sztuką w tle. Można oczywiście przyjąć, że tarot – będący tematem kolejnej powieści – to forma sztuki, ale czy „Ostatnią kartą jest śmierć” jest właśnie owym zapowiadanym kryminałem?

AK: Nie, nie – „Ostatnia karta” to zupełnie inna bajka, inny cykl. Druga część cyklu z Emilem Żądło, w pewnym sensie kontynuacja „Sądu Ostatecznego” – choć nie w sensie fabuły, tylko głównych bohaterów oraz miejsca akcji – jest już w zasadzie gotowa i czeka na swój moment. To będzie kolejna gdańska kryminalna historia ze sztuką w tle. Natomiast akcja „Ostatniej karty” nie dzieje się w Gdańsku. Rozgrywa się w anonimowym miejscu, z którym każdy może – jeśli zechce – utożsamić swoje miasto. A co do tarota – oczywiście że też jest formą sztuki, ma Pan absolutną rację. Ale ma też o wiele więcej znaczeń niż tylko to graficzne, więc nie jest klasycznym przykładem.

PM: „Ostatnią kartą jest śmierć” to powieść dużo łagodniejsza w wydźwięku od swojej poprzedniczki. Bardzo wyeksponowany jest tu wątek romantyczny – i tak już mocno zaznaczony w „Sądzie Ostatecznym”. Jakie znaczenie w Pani prozie ma miłość? Działalność „ku pokrzepieniu serc”?

AK: No tak, „Ostatnia karta” to rzeczywiście zupełnie inny rodzaj kryminału niż „Sąd”. Jest z założenia lekka, ciepła i z przymrużeniem oka. W „Sądzie” też może nie do końca wszystko było serio, ale tam bardziej można mówić o gorzkawej grotesce, a tutaj raczej o takich dobrodusznych żarcikach.

Wątek miłosny? Wyeksponowany? Poważnie?… Oj, to chyba jeszcze mało Pan czytał „babskich” kryminałów! Wydaje mi się jednak, że o wiele mocniej wyeksponowałam wątek pokręconej psychiki diabolicznej wróżki Semiramidy oraz jej alter ego. Też zresztą może na swój sposób romantyczny…

A tak na serio – wątek romantyczny też jest tu potraktowany z przymrużeniem oka. Rozwija się raczej mimochodem, na bazie przyjaźni i współpracy. Moja bohaterka nie jest w końcu osobą, która aż tak bardzo potrzebowałaby mężczyzny u swojego boku! Ale sam wątek, owszem, istnieje – ponieważ książka opowiada w końcu o ludziach w kwiecie wieku i tak jak w życiu… nie są oni w naturalny sposób obojętni na ten aspekt swojej egzystencji.

A jakie znaczenie w mojej prozie ma miłość…? Hmm… O nie, żadne ku „pokrzepieniu serc”, co to, to nie. A cóż w tym niby pokrzepiającego?!… Miłość rzadko kiedy bywa pokrzepiająca – częściej sprawia ludziom zamęt w głowach. Ja tam w ogóle nie należę do osób szczególnie romantycznych. Jestem ostra, złośliwa i choleryczna – proszę tylko zapytać mojego męża… Dlatego może troszkę sobie z tego kpię. Ale dobrotliwie.

Wracając do tematu: Po prostu, miłość – jak każda emocja – ma określone czas i miejsce w naszym życiu. A moi bohaterowie przeżywają na kartach książek swoje życie. Także prywatne. Także uczuciowe. Nie będę im niczego żałować… Ani też niczego oszczędzać .

PM: Koty wydają się być ważnym elementem Pani życia – mają także ważne miejsce w tworzonych przez Panią historiach. Czy w bliższych lub odległych planach ma Pani powieść, której futrzaki byłyby może nie tylko głównym motywem, ale też (niekoniecznie w kryminale) pierwszoplanowymi bohaterami? Pozostaną stałym elementem Pani twórczości? I właściwie skąd to zamiłowanie do kotów?

AK: Koty – ale i w ogóle zwierzaki – są w istocie częścią mojego życia: kocham je, podziwiam, mam w domu, mało tego – sama już jestem kotem! O, właśnie – jeśli chodzi o zwierzęta, to jestem romantyczna.  Ale proszę Pana, ja od kilku lat mieszkam na wsi – proszę pokazać mi mieszczucha, który dobrowolnie wyniósł się z miasta aż do samego serca lasu i nie ma bzika na punkcie zwierząt! Nie znajdzie Pan takiego.

A jak w życiu, tak i w książkach – w myśl starej alchemicznej zasady: „jak na górze, tak i na dole”.

Lubię pokazać moim Czytelnikom, że zwierzęta też mają duszę, osobowość, charaktery i twarze. Że nie jesteśmy w przyrodzie żadnym wyjątkiem, a już na pewno nie takim chlubnym, za jaki się zwykle przywykliśmy uważać…

Natomiast na dzień dzisiejszy raczej nie mam w planach książki, w której futrzaki byłyby pierwszoplanowymi postaciami. Oj, moje koty chyba by mnie wyśmiały… Po co wkraczać na teren, który ktoś inny już sobie zagospodarował i zrobił to świetnie? Niech ten rodzaj twórczości pozostanie raczej w gestii prawdziwego mistrza: Akifa Pirincci – i jego kota Francisa, którego jestem wielką i szaloną fanką.

PM: Bliższe Pani sercu kryminały, czy opowieści niesamowite? Czym najbardziej lubi się Pani straszyć?

AK: Rzeczywiście, chyba troszkę lubię postraszyć. Ale bez przesady – jeśli już, to nie dla samego straszenia, raczej dla zasugerowania czegoś… A ponieważ nasz świat jest już dostatecznie straszny, to inaczej się nie da – zresztą chyba żadna książka nie będzie nigdy bardziej straszna niż potrafi to pokazać nasza pokręcona rzeczywistość… Która nie istnieje.

Ale naprawdę nie wiem, co jest bliższe mojemu sercu. Chyba zależy to od tego, czym akurat w danej chwili zamierzam postraszyć. Jeśli jest to coś… powiedzmy, ponadnaturalnego, to wolę opowieści niesamowite, bo one operują właściwym do tego językiem i zakresem pojęć. A jeśli są to jakieś zjawiska społeczne, obyczajowe, kulturowe, psychologiczne – to świetnie nadaje się do tego kryminał. Gatunek, który w prosty i obrazowy sposób pokazuje naturę ludzką.

PM: Czytuje Pani kryminały z polskiego podwórka? Jak nasza scena kryminalna przedstawia się z punktu widzenia pisarki?

AK: Kocham polskie kryminały. Poczynając od Joe Alexa, którego mam całą kolekcję – chyba wszystko – zebraną jeszcze w czasach szkolnych. Kultową. A nawet jeszcze starsze, przedwojenne – na przykład Kosteckiego mogłabym czytać wciąż od nowa, szczególnie „Dom cichej śmierci”. Ze współczesnych… Powiem, co ostatnio czytałam. Po kolei:

„Erynie” Krajewskiego. Wolę od serii wrocławskiej. Naprawdę pięknie napisana książka! „Officium Secretum” Marcina Wrońskiego – super! „Rzeka szaleństwa” Marka Wiśniewskiego: bardzo, bardzo oryginalna… „Łąka umarłych” Marcina Pilisa – jeśli w ogóle można ją nazwać kryminałem, choć niektórzy tak ją właśnie klasyfikują… na przykład księgarnia Empiku, w której ją ostatnio widziałam… Rewelacyjna powieść!!! Nic dodać, nic ująć.

„Morderstwo w Alei Róż” Tadeusza Cegielskiego – no klimat jak z Tyrmanda…

A, jeszcze całkiem niedawno przeczytałam też „Przystanek śmierć” Tomasz Konatkowskiego – bardzo mi się podobało, tylko tego futbolu może ciut za dużo jak na mój gust, no ale to już kwestia całkowicie indywidualna…

No i jeszcze jest nasza królowa kryminału, nie sposób o niej zapomnieć – Joanna Chmielewska. Ale najbardziej lubię jej wczesne książki, jeszcze te z okresu PRL-u.

 Widzi Pan, jestem bezkrytyczna!… Po prostu uwielbiam te nasze rodzime klimaty… A może jestem taką literacką patriotką? Sama nie wiem…

PM: A klasyka powieści kryminalnej i detektywistycznej? A. C. Doyle, E. A. Poe, Chandler, Hammet – czytuje Pani? Czy dzieła ojców gatunku miały jakiś wpływ na Pani twórczość?

AK: Tak! Po stokroć! Conan Doyla kocham – najbardziej „Psa Baskervillów”, bo jeszcze z dzieciństwa – a Poego… jeszcze bardziej :-) Chandler i MacLean – obaj dla specyficznego humoru, a MacLeana dodatkowo dla klimatów… „Lalka na łańcuchu”, „Tabor do Vaccares” i „Noc bez brzasku” straszyły mnie jeszcze w czasach liceum. No i Agatha Christie! Nie wolno o niej zapominać – to naprawdę wielka pisarka! Mistrzyni ludzkiej duszy.

O ile człowiek ma coś takiego…

PM: Jako głównych bohaterów powieści kryminalnych wybrała Pani nie zawodowych detektywów, czy policjantów, ale dziennikarzy. Skąd taki wybór? Ma to związek z Pani własnym doświadczeniem?

AK: Pewnie tak. Dziennikarze na pewno są mi bliżsi od policjantów :-) To środowisko po prostu znam lepiej. Choć kilku policjantów też znam i lubię, a nawet z nimi trochę współpracowałam, bo ja jestem po resocjalizacji – więc mieliśmy kiedyś także i kontakty zawodowe. Ale w książkach chodziło mi o co innego. Bohater dziennikarz, robiący za detektywa, ma większą swobodę i szersze pole manewru. Nie musi być służbistą, nie musi być zawsze w idealnej zgodzie z literą prawa, ma prawo do błędów, pomyłek, działań czysto intuicyjnych, nawet do głupot, z których coś potem wynika…

Tutaj przykładem niech będzie dziennikarz Żądło i jego kolega gliniarz – Marek Zebra, obaj z „Sądu Ostatecznego”. No cóż, różnią się diametralnie. Nie powiem, że Emil Żądło jest lepszym detektywem, ale… jego sposób widzenia sprawy sama lepiej rozumiem.

PM: Kryminał powinien być – Pani zdaniem – literaturą raczej nastawioną na rozrywkę i dreszczyk emocji, czy zbliżać się do tak zwanej literatury wysokiej? „Zbrodnia i kara” czy Agata Christie?

AK: Nie przepadam za mieszaniem gatunków. Kryminał to kryminał. To, czy jest nastawiony na rozrywkę i dreszczyk, czy na coś więcej, to już sprawa autora i jego zamierzeń. Z reguły jest nastawiony na coś więcej – choć niekoniecznie daje to na każdym kroku do zrozumienia. Dobry kryminał ma coś do powiedzenia o świecie i ludziach, ale stanowiąc jednocześnie świetną rozrywkę. I mówi to, co ma do powiedzenia, przy pomocy fabuły, a niekoniecznie psychologicznych dywagacji, bo to nie ma być powieść psychologiczna, tylko historia zbrodni i mechanizmów, które się za nią kryją. Moim zdaniem w tym tkwi tajemnica kryminału: najpierw nie można oderwać się od lektury, a potem chciałoby się do niej wrócić. Za rok, za dwa, kiedy już zapomnimy, kto zabił…

Oczywiście, można sobie nazwać „Zbrodnię i karę” kryminałem. Albo powieści Eco, na przykład. To tylko nazwa. Choć ja bym ich tak w życiu nie nazwała. I nie dlatego, że dzielę literaturę na „wysoką” i „niską”. Wręcz przeciwnie – nie dzielę i nie cierpię szufladkowania, a snobizm jest dla mnie grzechem głównym. Ale dla porządku lubię jasność w nazewnictwie. I rozsądne rozumienie pewnych ram gatunkowych.

PM: Czy jest – Pani zdaniem – miejsce na elementy naturalne, okultystyczne w literaturze kryminalnej, czy to raczej błąd w sztuce, albo po prostu horror?

AK: Jak wyżej – ramy gatunkowe. Moim zdaniem nie ma miejsca. Nie cierpię tej tendencji. Jeśli już – to po prostu horror, zgadza się. King jest tu dobrym przykładem. Taka „Rose Mader”, powiedzmy. Jest tam wątek kryminalny, owszem. Ale cała powieść to horror, a nie kryminał, po prostu! Zresztą – świetny.

PM: Czy pisanie jest pani głównym zajęciem?

AK: Tak – pisanie i fotografowanie. Ostatnio bardziej pisanie. Choć fotografia nadal pozostaje moją wielką pasją, teraz już wykorzystywaną bardziej prywatnie, nie licząc sytuacji, gdy służy mi ona jako materiał pomocniczy podczas pisania albo materiał ilustrujący tekst.

PM: Internet wydaje się być znakomitym miejscem dla promocji pisarzy – czy w Pani przypadku również? Jakie jest Pani podejście do książek elektronicznych, audiobooków?

AK: Naturalnie, że tak. Internet to teraz podstawowe medium. Nie wyobrażam sobie życia i pracy bez niego. Ja w ogóle jestem „internetowy człowiek”, większość życia spędzam przed komputerem, taka specyfika pracy…

Książki elektroniczne widzę jako inną formę książki jako takiej, obok książki tradycyjnej. Nie taką, która ma zastąpić książkę papierową – czego niektórzy tak bardzo się obawiają – ale poszerzyć ofertę, rozszerzyć krąg czytelników, stanowić dodatkową opcję na rynku czytelniczym. Sama wydałam e-booka, już parę lat temu… Żałuję tylko, że Polacy są tak konserwatywni i tak mało otwarci na nowe zjawiska, a e-booki i audiobooki wciąż są u nas postrzegane bardziej jako zagrożenie niż coś pożytecznego – i użytecznego. Szkoda, bo zamykając się, znowu tracimy po prostu czas, podczas gdy reszta świata idzie do przodu. Jednak bardzo wierzę – i mam nadzieję – że to się już wkrótce zmieni. Tak jak to było wcześniej z Internetem, grafika komputerową czy z fotografią cyfrową.

PM: W Internecie można znaleźć pisane przez Panią recenzje. Jakie mają one dla Pani znaczenie? Rozrywka, zamiłowanie krytyczne czy też może szlifowanie warsztatu?

AK: Piszę recenzje wyłącznie dla serwisu „Zbrodnia w bibliotece”. Taką propozycję jakiś czas temu otrzymałam, a ponieważ uwielbiam czytać i gadać o książkach – więc nie odmówiłam, a przeciwnie, przyjęłam z satysfakcją.

Teraz, zamiast zamęczać gości i rodzinę, piszę sobie spokojnie recenzje i tym sposobem mogę spożytkować tę swoją manię w znacznie pożyteczniejszy sposób niż dręcząc ludzi, których to może akurat wcale nie interesować, co ja mam do powiedzenia o jakiejś właśnie przeczytanej książce…

Na pewno nie jest to zamiłowanie krytyczne! Jak Pan widział – jestem bezkrytyczna!

Za bardzo kocham książki i szanuję ich autorów – no i dobrze wiem, że każda książka to kawałek ich serca. Krew z krwi i kość z kości. Dlatego staram się zawsze i przede wszystkim unikać krytykanctwa. To tak, jakby powiedzieć matce, jakie ma brzydkie albo głupie dziecko… No straszne faux pas…

Poza tym nie jestem wyrocznią, nie czuję się powołana do krytykowania innych. Są oczywiście wyjątki. Potrafię być złośliwą malkontencką, gdy wyczuwam w książce fałsz, gdy jest ona wtórna, nieszczera, cyniczna, pisana wyłącznie dla kasy. Chodzi mi na przykład o takie beznadziejne powielanie cudzego pomysłu jak choćby w swoim czasie setki „popłuczyn” po „Kodzie Leonarda da Vinci” Dana Browna. Szaleństwo jakieś. Ohydne próby żerowania na cudzym – komercyjnie udanym, bo w inne oceny się nie bawię – sukcesie… We mnie budzi to organiczny sprzeciw i wtedy tak, wtedy mogę napisać złą recenzję. W innych przypadkach staram się przede wszystkim znaleźć pozytywy – a proszę mi wierzyć, w każdej książce można je znaleźć (naturalnie – jak wyżej – kiedy książka nie jest wyłącznie bezmyślną kalką cudzego pomysłu), a subiektywne uwagi co najwyżej delikatnie zasugerować.

Nie mam też na uwadze szlifowania warsztatu – choć możliwe, że odbywa się to automatycznie, przy okazji.

Nie, raczej jest to po prostu… gadulstwo. Przymus opowiadania o tym, co mnie pasjonuje i dzielenia się tym z innymi.

PM: Pisze Pani coś nowego? Może kilka słów o przyszłych projektach?

AK: To tajemnica zawodowa :-) Ale mogę zdradzić tyle, że zamierzam pociągnąć – przynajmniej przez jakiś czas – oba cykle, gdyż ich bohaterowie zyskali już sobie przyjaciół, którzy czekają na ich nowe przygody i perypetie. A i ja również przywiązuję się do swoich postaci i żal mi się z nimi rozstawać. Wychodzę z założenia, że skoro i tak mam napisać – na przykład – kryminał, to równie dobrze mogę tam zaangażować swoich ulubieńców.

No i mam marzenie – powieść grozy. Ale to uda mi się pewnie dopiero na emeryturze, bo czas jest jednak ze swej natury ograniczony…

Choć tak naprawdę czas też nie istnieje…