Karpiowe podsumowanie roku #2

Dzisiaj mamy dla Was trzy podsumowania, a ich autorami są autorka kryminałów Anna Klejzerowicz, pisarz grozy Dawid Kain oraz publicysta i zwycięzca naszego konkursu na krwawą miniaturkę, Marek Grzywacz.

Anna Klejzerowicz

Trzy najważniejsze wydarzenia minionego roku… Tylko trzy? Ciężki wybór!
Chyba nie będę oryginalna w tym, że jako pierwsze wydarzenie wymienię świetną dwutomową antologię grozy wydawnictwa Replika pod redakcją Roberta Cichowlasa, będącego również jednym z autorów: „11 cięć” (miałam zresztą autentyczną przyjemność redagować opowiadania z tego tomu) oraz „15 blizn”. To chyba pierwsza taka antologia na naszym rynku, zawierająca nowe teksty i polskich, i zagranicznych autorów. Do tego pięknie wydana pod względem edytorskim, a jest to moja słabość. Prawdziwe wydarzenie dla miłośników grozy, do których grona się zaliczam.

Na drugim miejscu wymieniłabym kolejną antologię grozy, czyli „31.10. Halloween po polsku”: elektroniczny zbiorek grupy polskich autorów – z moim skromnym udziałem – pod redakcją Kingi Ochendowskiej; z założenia promujący rynek e-książki w Polsce. Zbiorek był swoistym prezentem dla czytelników, gdyż „kupić” można go za 0 zł na Platformie Virtualo. Mamy nadzieję, że zachęciliśmy nie tylko wielbicieli fantastyki i grozy, ale i szersze grono odbiorców, do czytania e-booków.

Byłabym nieszczera, gdybym pominęła ważne dla mnie osobiście wydarzenie, czyli ukazanie się wiosną roku 2011 mojego kryminału „Cień gejszy” – chyba fatum jakieś, bo także wydanego nakładem Repliki – oraz fakt, że książka została laureatką tegorocznego Plebiscytu Przy Kominku, jako jedna z trzech powieści wybranych w drodze głosowania przez czytelników. Wydarzenie to dodam więc ex aequo z „31.10”. Jeśli wolno :)    

Na trzecim miejscu po prostu muszę umieścić perełkę – czyli zbiorek opowiadań fantastycznych Krzysztofa Maciejewskiego pod tytułem „Osiem”, wydany przez wydawnictwo Forma. Maleńka książeczka, ale zawierająca naprawdę ciekawe, oryginalne i zapadające w pamięć teksty, a do tego pięknie ilustrowana. Jak wspomniałam – prawdziwa perełka, której warto nie przegapić.  

A w nadchodzącym roku będę czekać niecierpliwie na kolejny tom antologii horroru Repliki. Oraz na niespodzianki, o których jeszcze nie wiem. 

 

Dawid Kain

„Pokój” Emmy Donoghue – jedna z najlepszych powieści ostatnich lat. Historia matki i dziecka uwięzionych przez psychopatę nie byłaby tak przejmująca, gdyby nie została pokazana właśnie z punktu widzenia dziecka. Jest tu stylizacja językowa na najwyższym poziomie, są bohaterowie, za których chciałoby się oddać życie, jest wreszcie cała dziwność świata, który znajduje się poza „pokojem”.

Bizarro wkracza do polski – teraz wydaje mi się to zabawne, ale jeszcze rok temu chyba tak naprawdę nikt w Polsce nie interesował się bizarro, całkiem możliwe, że właściwie nikt o tym gatunku nie wiedział. Wszystko zaczęło się od mojej prelekcji na konwencie Grojkon, gdzie zgromadzeni nie tylko zainteresowali się tym bizarro-fiction, ale też jednogłośnie stwierdzili, że to by mogło w Polsce „chwycić”. I tak, kilka miesięcy później, najdziwniejszy gatunek literacki świata doczekał się w naszym kraju kilku publikacji książkowych, kilkunastu artykułów (także w dużych tytułach prasowych, jak Przekrój czy Wysokie Obcasy) i zyskał zainteresowanie, które przerosło oczekiwania wszystkich uczestniczących w projekcie. Najbardziej zatwardziali literaccy hipsterzy będą mówić, że znali bizarro od niemal dekady, ale my i tak wiemy swoje ;-)

Najbardziej oczekiwana premiera 2012 „The Age of Miracles” Karen Thompson Walker. Czasami mam okazję czytać książki na długo przed ich premierą światową. Tak było w tym wypadku. Debiut Karen Thompson Walker pojawi się w USA i Wielkiej Brytanii dopiero w przyszłym roku, a ja należę do tych szczęśliwców, którzy już się z tą przepiękną książką zetknęli.

Co by się stało, gdyby w wyniku potężnego trzęsienia ziemi nasza planeta zaczęła nagle zwalniać? Doba wydłuża się, ludzie chorują, grawitacja słabnie. Takiej opowieści o końcu świata jeszcze nie było. To będzie wielka sprawa i mam nadzieję, że ktoś w Polsce kupił już prawa do tej powieści. Random House za prawo wydania jej na rynku amerykańskim zapłacił okrągły milion dolarów. 

 

Marek Grzywacz

Bizarro rodzi się w Polsce

Na początku roku 2011 gatunek-niegatunek bizarro fiction prezentował się w świadomości mojej, i pewnie wielu innych osób, dość mętnie. Owszem, gdzieś tam hasłowo przemykały przed gałami różne nawiedzone waginy, dupo-gobliny i inne bluźnierczo kiczowate tytuły, ale to dopiero wzięcie się za temat, w ramach właściwie fanowskiej inicjatywy, paru rozpoznawalnych i uznanych twórców polskiej literatury grozy otworzyło oczy na szaloną wspaniałość prozy z tej szufladki. „Bizarro po Polsku”, antologia wydana własnym sumptem i dystrybuowana wyłącznie na Allegro, zdołała i zgromadzić na swoich kartach zacne nazwiska, i wygenerować całkiem pozytywny buzz. Co wynika nie tylko z natury ciekawostki dla zapaleńców – jest po prostu obiektywnie dobra. Tercet Kain-Kyrcz-Barczewski (ups, już kwartet, jak właśnie zauważyłem, bo doszedł jeszcze Krzysztof Maciejewski) poszedł za ciosem i stworzył platformę dla polskiego bizarro, blog Niedobre Literki. No, na razie bardziej przyszłą platformę, ale start zaliczyła bardzo fajny. Najważniejsze, za co wszystkim stojącym za powyższymi projektami dziękować na klęczkach należy, iż już wiemy, że w bizzaro jest wszystko, co hardkorowy fan horroru kochać musi. Dorobek kilku dekad kina klasy B + nieskrępowana, skrzywiona kreatywność + rzeczy, o których większość autorów wstydziłaby się pisać; a wszystko przy zachowaniu literackiego i stylistycznego pazura? Nie da się nie uwielbiać. Wypada wyglądać, kiedy w rodzimym języku ukażą się zachodnie pozycje, liczę po cichu na co najmniej Carltona Mellicka III i Camerona Pierce’a, marzę skrycie o takich rzeczach jak Athena Villaverde.

Antologie Wydawnictwa Fu Kang

Trzeba zaznaczyć, że wydawnictwo owo nie jest tworem (jeszcze tylko parę dni) bieżącego roku, a i fanom grozy powinno się kojarzyć z inicjatywy wydawania raczej powszechnie chwalonego Senécala, ale dwa zbiorki z naszego swojskiego podwórka, które wypuściło w tym roku, naprawdę nie dają się pominąć. Nie chodzi o to, że autorzy sprawdzeni i, że fajnie wydane, ale bardziej, że to antologie bardzo konkretne, wręcz tematyczne, w których widać klarowny koncept zrealizowany na poziomie. Są wręcz wycyzelowane. „Chory, chorszy, trup” duetu Kain-Kyrcz postrzegam przede wszystkim w kategoriach doskonałej, wydziwaczonej rozrywki, bo tu nawet najmocniejsze finały są jednocześnie całkiem szokujące, ale i bardzo, bardzo zabawne (powiem tyle – „Mała Miss”). Przesyca je, zgodna z tematem, uciesznie szaleńcza atmosfera. Natomiast „Lek na Lęk” Kyrcza i Radeckiego to już ciężki, realistyczny, nie zostawiający po sobie nutki nadziei mrok. Realizacja postulatu, który w wywiadach przedstawia czasem Kazimierz Kyrcz Jr. , że prawdziwy strach budzą nie monstra, a ludzie, ich chore myśli i wrodzone okrucieństwo. Nawet w tych momentach, gdy nadprzyrodzone przesiąka fabułę, przyczynami zła i krwawej jatki są zawsze proste, wręcz prozaiczne ludzkie problemy, żądze, dramaty. I jeśli zjawia się nutka humoru czy lżejszych klimatów, jak w finałowej „Roszadzie”, to wszystko podszyte jest dołującą goryczą. Odrębny temat to promocja zbiorków. Aktywne strony facebookowe („Chory, chorszy, trup” ma aż dwie), filmiki, konkursy – wszystko powiązane sprawnie i atrakcyjnie ze sobą. Oby więcej.

Silniejsze niż wcześniej wrażenie „bycia” polskiej grozy.

O, to jest bardzo subiektywne, może wynikać z nadprogramowo szerokiego kontaktu z rodzimym horrorem, ale w zeszłym roku też tematem żywo się interesowałem, a wrażenia nie było. Jakiego? Że polska groza najzwyczajniej jest, a nawet ma się nieźle. Bo można takie mieć. Regularne premiery znanych już dobrze autorów, nieźle promowane, prezentujące szerokie spektrum podejść do konwencji, tematycznie i technicznie nie muszące się niczego wstydzić. Zobaczcie proszę, jak świetną prasę i recenzje mają tegoroczne polskie horrory – a potem otwórzcie i przekonajcie się, że to żadne faworyzowanie. Zanikają kategorie „nowinki”, „zamkniętego zjawiska”, „wtórności”. Owszem, czasem trafi się zgrzyt z pewnej przewidywalnej strony, znów niesmacznie objawiając się w postaci pretensji za to, że ośmielono się wstawić Dardę w grono doniosłych pozycji nominowanych do Zajdla. Ale zostawmy temat podśmierdujący bigoterią i nadęciem – bo jeżeli to dzieło „grup wsparcia’, to tyle gorzej dla „poważnej” konkurencji, że może tylko takowych zazdrościć. Co ważne, wydaję się, że horror na tle bardziej głównonurtowej (w polskich realiach) fantastyki prezentuje się świeżo w tym roku, bo tam tylko ileś tam przewidywalnych pozycji z Runy czy z Fabryki (może i fajnych, nie podnosić larum, ale jakoś zachętę ciężko znaleźć) przetykanych twardą, problemową onanistyką naukową. Część atrakcyjności polskiej grozy może wynikać z faktu, że to zjawisko żywe. Autorom nie przeszkadza stać jedną nogą w lepszym świecie papierowych publikacji, a drugą w kreatywnym tyglu środowiska, choćby w Internecie, a i pojawiają się ciekawe inicjatywy oddolne, choćby wcale niezły i ładnie rozreklamowany e-book „Halloween po Polsku”. Jest zaplecze, jest zwarta grupa fanów i twórców. A na jesieni, w serii Kontrapunkty, która powinna (sądząc po wydawnictwie i otwierającym cykl pisarzu) iść właśnie w stronę nieprzystępnych Dzieł dla zgryźliwych elitarystów, ukazuje się „W odbiciu” Małeckiego. Bardzo ambitna i zakorzeniona w codzienności książka, ale miana powieści grozy nie da się jej nijak odebrać. O wartościach dodanych w stylu cięciowo-bliznowych zbiorków Repliki nie wspomnę, bo współdzielenie książki z tuzami to jednak prestiż kreowany na potrzeby naszego światka (ale więcej takich).

Najbardziej oczekiwane wydarzenie 2012: Dalsze przygody Johna i Dave’a.

Ta personalna nadzieja na rok przyszły wyskoczyła nagle i z rozpędem. Zabawne artykuły Davida Wonga czytam od dawna, świadomy istnienia powieści tegoż, która wyskoczyła sobie z internetowego półświatka do obiegu zwyczajnego (i na tyle udatnie, że wzbogaconą reedycję zaliczyła), jak najbardziej byłem. Ale gdy rzeczywiście ją kupiłem, z ciekawości i nawet może, żeby się trochę na nią snobować (każdy czasem musi)… po przeczytaniu dziki zachwyt, bez myślenia o sieciowych korzeniach i tak dalej. „John Dies at the End” to jedna z nielicznych powieści, które potrafią naturalnie i bezboleśnie połączyć sarkastyczny, kumpelski, czasem nawet głupawy humor i przygnębiająca, momentami wręcz nihilistyczną wizję rzeczywistości i miejsca człowieka we Wszechświecie. Nie mówiąc o groteskowych, dziwacznych wizjach, ich wielość powinna zachwycić zwolenników bizarro. A, że w przyszłym roku może, ale nie musi ukazać się kontynuacja o przepięknym tytule „Ta książka jest pełna pająków: poważnie, koleś, nie dotykaj”, a na pewno będzie miała premiera świetnie na etpie zwiastunów wyglądającej adaptacji w reżyserii Dona Coscarelliego (a jeśli za coś bierze się gość od „Phantasmów” i „Bubba Ho-Tep”, wiedz, że trzeba to poznać), to wyglądam właśnie tych wydarzeń, niesiony zapałem i czystą radością wziętą z lektury.