Karierze pisarskiej się nie spieszyło – wywiad z Magdą Parus

Magda Parus – urodzona w 1975, zodiakalny Strzelec, ale w spokojnym wydaniu. Z pochodzenia opolanka, co niestety nie wiąże się z minimalnymi choćby uzdolnieniami muzycznymi (szerokim łukiem omija imprezy karaokee). Absolwentka Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, po studiach osiadła w tym przyjaznym mieście. Szybko odkryła, że praca w zawodzie, a zwłaszcza rola podwładnej, nieszczególnie jej odpowiada. Pracuje dorywczo jako tłumaczka.

 Marzy o domu z ogrodem i dużym psie, co na razie realizuje w wersji zminiaturyzowanej: domek na działce i 5 kg szczekliwego rudego szaleństwa. Posiada także kotkę syberyjską o kontemplacyjnym usposobieniu.

 Ukończyła kurs szybkiego czytania, choć do rekordowych wyników bardzo jej jeszcze daleko. Dużo jeździ na rowerze.

Paweł Deptuch: Przyznam się szczerze, że przed przeczytaniem „Wilczego dziedzictwa” nigdy nie słyszałem o Magdzie Parus. Czy możesz nam przybliżyć swoją osobę? Opowiedzieć jak zaczęła się Twoja przygoda z wilkołakami i fantastyką w ogóle?

Magda Parus: Nic dziwnego, że nie słyszałeś, ponieważ „Wilcze dziedzictwo” jest moim absolutnym debiutem. Jako czytelniczka wolę dłuższe formy, dlatego też jako autorka od początku skupiłam się na powieści, nawet nie próbując sił w opowiadaniu. Pomysły też miałam dotąd raczej powieściowe – bo „Wilcze dziedzictwo”, choć ukazało się jako pierwsze, faktycznie nie jest pierwszą napisaną przeze mnie książką. Liczę też na to, że przynajmniej z części pozostałych – po mniejszych lub większych przeróbkach – powstanie jeszcze coś ciekawego. Od dziecka lubiłam sobie wyobrażać różne historie, tak jakby odtwarzać film w głowie, ciągle coś zmieniając w charakterystyce postaci, zastępując jedne sceny innymi itd. Często były to opowieści, przynajmniej w niewielkim stopniu, fantastyczne – i sympatyzujące wtedy niezmiennie z tak zwanymi „potworami”. Po wielu latach od ich powstania zaczęłam niektóre z nich wreszcie spisywać, wprowadzając niekiedy tak znaczne przeróbki, że efekt końcowy niemal w niczym nie przypominał materiału wyjściowego.

Usiłuję sobie przypomnieć, jaki był mój pierwszy kontakt z wilkołakami, ale to doprawdy trudne. Może teledysk do „Thrillera” Michaela Jacksona? W każdym razie jako nastolatka obejrzałam film, w którym, jak to przeważnie ma miejsce w starszych produkcjach, bezmyślny wilkołak rozszarpywał jedną osobę za drugą, żeby w końcu zginąć z ręki głównego bohatera. Zaczęłam się zastanawiać: a gdyby wilkołak nie był bezrozumną bestią? Tak powstała jedna z wyżej wspomnianych historii, stosunkowo wiernie przeniesiona do „Wilczego dziedzictwa: Cieni przeszłości” – także występował w niej Colin, jego rodzeństwo, zamordowani rodzice, stryj i straż. Musiałam tylko zadbać o logikę zdarzeń. I okazało się, że zamiast planowanych dwóch luźno powiązanych książek cyklu musi powstać trylogia, której ostatni tom wyjaśni najważniejsze tajemnice, pojawiające się zwłaszcza w pierwszej części.

PD: Czyli spokojnie można przyznać, że „Wilcze dziedzictwo” zrodziło się z tęsknoty za niewykorzystanym potencjałem postaci jaką jest wilkołak?

MP: Tak, chyba tak. Zrobiło mi się żal wilkołaka, którego uparcie przedstawiano jako bestię, zasługującą jedynie na srebrną kulę. Nawet jeśli bohater w ludzkiej postaci był przyzwoitym, inteligentnym facetem, po przemianie okazywał się krwiożerczym potworem, często zupełnie pozbawionym instynktu samozachowawczego. I przeważnie w momencie zawiązania akcji pojawiał się „znikąd” – nagle trup zaczynał ścielić się gęsto, choć wcześniej nikt nie słyszał o rozszarpanych zwłokach, albo zwykły facet stawał się wilkołakiem wskutek ugryzienia, ale jakimś cudem aż do tej pory nie było mowy o pladze wilkołactwa. Podoba mi się myśl, że takie odmienne istoty faktycznie istnieją gdzieś w naszym świecie, dobrze ukryte przed ludzkim wzrokiem, ale żeby tego rodzaju teoria zyskała choć odrobinę wiarygodności, musi zawierać logiczne wyjaśnienie, jakim sposobem udało im się przetrwać w tym ukryciu. A przetrwanie w dzisiejszej rzeczywistości niewątpliwie wymaga od wilkołaka inteligencji, tak w ludzkiej, jak i w wilczej postaci.

PD: Nie będę ukrywał, że Twoja wizja wilkołaczej społeczności bardzo mi się podoba. Jej rozmiar i pieczołowitość zasługują na pochwałę. Jak wyglądały Twoje przygotowania do pisania? Korzystałaś z jakichś zakazanych, niedostępnych ksiąg?

MP: Bardzo dziękuję za komplement. Na kartach powieści pojawia się stwierdzenie, że w świecie wilkołaków, ze względów bezpieczeństwa, cała wiedza przekazywana jest ustnie. Ponieważ niestety do takiego żywego źródła nie miałam dojścia, musiałam radzić sobie inaczej. Oczywiście zaopatrzyłam się w dostępne na rynku pozycje, powiedzmy, naukowe, traktujące o wilkołakach, takie jak „Wojownicy i wilkołaki” Leszka Pawła Słupeckiego, „Wampiry i wilkołaki” Erberto Petoi czy „Magia Księżyca” Adriana Devine’a. W zasadzie jednak zawarte w nich informacje posłużyły przede wszystkim budowaniu wypowiedzi Colina i łowcy Bensona, których celem było namieszanie przypadkowym świadkom w głowach, tak by nie odróżniali prawdy od fikcji. Zebrałam też trochę wiadomości o wilkach – miłośnikom polecam bardzo sympatyczną książkę „Nie taki straszny wilk” Mowata – traktując zwyczaje społeczne tych zwierząt jako punkt wyjścia do budowy relacji wewnątrz wilkołaczej społeczności. Natomiast przed skończeniem książki postanowiłam nie sięgać po żadne „wilkołacze” powieści. Ponieważ jednak, naturalnie, lubię tę tematykę, widziałam wcześniej sporo filmów i zdarzyły mi się literackie spotkania z wilkołakiem, z tym że chyba niemal wyłącznie jako bohaterem drugoplanowym. Posiadałam zatem zbiór podstawowych wiadomości, jakimi dysponuje także przeciętny w miarę obeznany z tematem czytelnik, i postarałam się, zamiast próbować na siłę wszystkiemu zaprzeczać, dopasować do nich swoją wizję. I stąd nieświadomi – wilkołaki, które nie zdają sobie sprawy ze swych poczynań w czasie pełni księżyca – pod wieloma względami przypominają typowe filmowe wyobrażenie wilkołaka, a zarazem też uzasadniają jego genezę. Oczywiście jednak mój bohater od początku był wilkołakiem w pełni świadomym swej drugiej natury, miał też podobnych sobie przyjaciół – i tak powstał podstawowy podział społeczności. Cała reszta opierała się na zadawaniu pytań i znajdywaniu na nie logicznych odpowiedzi. Bo na przykład jeżeli chciałam, żeby straż liczyła siedem osób, musiałam pamiętać, że te osoby mają rodziców, którzy powinni gdzieś mieszkać i wykonywać jakieś zajęcie. Przy tym w skład straży wchodzą silne jednostki, tacy „agenci specjalni”, zatem powinny istnieć też jednostki słabsze. A to już całkiem spora grupka, która potrzebuje przywódcy i hierarchii. I tak dalej. Po prostu próbowałam wyobrazić sobie, jak musiałaby funkcjonować wilkołacza społeczność, żeby przetrwać w naszym świecie, a wszystko to w powiązaniu z akcją książki, która pewne rozwiązania zwyczajnie narzucała.

PD: Akcję powieści umiejscowiłaś w Ameryce. Nie korciło Cię aby przenieść ją w rodzimą scenerię? Wielu pisarzy, zarówno wyjadacze jak i debiutanci, stara się w jakiś sposób zaakcentować polskość swoich utworów.

MP: Nazwisko Colina właściwie nigdzie nie pada, zawsze więc mogę jeszcze napisać, że brzmi ono Wilchynsky. A poważnie, Ameryka Północna zapewniała mi dostateczną przestrzeń dla – biorąc pod uwagę wymogi życia w tajemnicy – jednak dość liczebnej grupki wilkołaków i związanych z nimi łowców. Mogłam też całkowicie skupić się na wewnętrznych sprawach wilkołaczej społeczności, ponieważ ostatnim wydarzeniem, które na tamtych terenach zakłóciło jej rozwój, była wojna secesyjna. Poza tym zakładam istnienie dwóch gałęzi wilkołaczej organizacji: amerykańskiej, obejmującej Amerykę Północną i Południową, i europejskiej, która obecnie działa także w azjatyckiej części Rosji. Przyjęłam, że w dwóch dalszych tomach będzie mowa o innej gałęzi organizacji niż ta z tomu pierwszego – czyli gdyby teraz akcja rozgrywała się w Europie, potem Colin musiałby wyruszyć do Ameryki. Aktualna kolejność zdecydowanie bardziej pasuje mi do koncepcji. Mówię o Europie, bo nawet gdyby powieściowe miasteczko znajdowało się w Polsce, wilkołacza organizacja działałaby na obszarze całej Europy, podobnie jak i łowcy. Ograniczania wszystkiego do Polski ani przez chwilę nie brałam pod uwagę.

PD: Colin, podobnie jak jego pobratymcy to postacie dość charakterne. Miewałaś sytuacje, kiedy wykreowani bohaterowie „nie chcieli” zrobić czegoś, co już zaplanowałaś, że zrobić mają?

MP: Zastanawiam się… O dziwo, chyba byli pod tym względem wyjątkowo układni. Najwyraźniej po prostu dobrze się dogadywaliśmy, choć może w ostatecznym rozrachunku większość z nich okazała się mniej świetlana, niż sądziłam na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony, tak naprawdę tylko Colin musiał działać w pełni zgodnie z planem, który dla niego wyznaczyłam. Poczynania reszty przedstawiane są zawsze z jego punktu widzenia, a Colinowi zdarza się, i to nawet dość często, mylnie coś zinterpretować lub czegoś nie zauważyć. Pozostali zachowali zatem pewną swobodę ruchów – w zakresie dopuszczającym daną interpretację.

PD: Skąd czerpałaś wzorce dla swych postaci? Budowałaś ich osobowości od podstaw, czy opierałaś się na przykładach konkretnych osób? Raczej trudno w „Wilczym dziedzictwie” wskazać jakieś konkretne archetypy.

MP: U mnie z postaciami jest tak, że jeśli piszę powieść według pomysłu, który stosunkowo niedawno przyszedł mi do głowy, wzorce czerpię zwykle z otoczenia – co, nie wiem dlaczego, bardzo niepokoi niektórych moich znajomych. Natomiast kiedy historia – jak ta stanowiąca punkt wyjścia do „Wilczego dziedzictwa” – liczy sobie kilkanaście lat, można powiedzieć, że jej główni bohaterowie dorastali i zmieniali się wraz ze mną, tak że nie jestem już w stanie stwierdzić, czyje cechy wchłonęli w trakcie swego rozwoju. Część znajdowała się w tej opowieści od początku, inni, jak choćby łowca Benson, dołączyli znacznie później, ale istnieli już, kiedy siadałam do pisania. Musiałam jedynie nadać im wreszcie jakieś stałe imiona, no i lepiej ich poznać. Kilkoro nieco mnie przy tej okazji zaskoczyło… Oczywiście są w „Wilczym dziedzictwie” także postaci zupełnie nowe, na przykład łowca Stipe czy wszystkie wilkołaki „najeżdżające” miasteczko. Z kolei koledzy Mata, brata Colina, istnieli pierwotnie tylko jako jednolita grupka pętająca się gdzieś w tle, właściwie więc także powstawali od podstaw. Wobec każdej z tych postaci miałam jednak z góry określone zamiary, musiały się zatem po prostu dopasować do moich potrzeb.

PD: „Wilcze dziedzictwo” stoi na krawędzi gatunków. Mamy tu postaci wilkołaków – ikon horroru, mamy wątek kryminalny, obyczajowy, a nawet sensacyjny. W sieci wyczytałem, że ktoś zakwalifikował powieść jako „urban fantasy”, ale ja bym się z tym nie zgodził. Czy takie balansowanie na granicy było efektem świadomym, czy może nie mogłaś się zdecydować, który gatunek bardziej wyeksponować?

MP: Ani jedno, ani drugie. Po prostu spokojnie snułam sobie opowieść o wilkołakach, w ogóle się nie zastanawiając nad gatunkami. Układała mi się właśnie tak, a mnie interesowało tylko, żeby było konsekwentnie i w dobrym tempie. No i, przede wszystkim, żeby czytelnik, jeśli zechce, mógł uwierzyć, że wilkołaki żyją w naszym świecie, niedostrzegalne dzięki wiernemu trzymaniu się opisanych w książce zasad rządzących ich społecznością. A ponieważ także inne moje książki, klasyfikując bardzo bezpiecznie: z pogranicza fantastyki, krążą sobie między gatunkami, widocznie historie tak skonstruowane najbardziej mi się podobają. I mam nadzieję, że innym też przypadną do gustu.

PD: No właśnie. Wspominałaś, że „Wilcze dziedzictwo” nie jest Twoją pierwszą książką. Co z pozostałymi? Kiedy i czy w ogóle będą wydane? Też traktują o wilkołakach?

MP: Jedna, obyczajowa, właściwie miała się ukazać – wygrała konkurs, w którym nagrodą była publikacja książki. Ostatecznie jednak wydawnictwo zdążyło zniknąć z rynku, nim ja naniosłam w niej niezbędne poprawki. Co do pozostałych, tych bardziej fantastycznych, także wymagają przeróbek, a obecnie jestem zajęta pracą nad drugim tomem „Wilczego dziedzictwa”. Potem w kolejce czeka tom trzeci – i dopiero później planuję powrót do starszych projektów. Nie są to historie o wilkołakach. I chociaż nie wykluczam, że jeśli „Wilcze dziedzictwo” znajdzie swoich zwolenników, powstaną inne książki cyklu, nie chciałabym trafić do jakiejś wilkołaczej szufladki. Po zakończeniu tej trylogii zamierzam wrócić do, mówiąc w dużym uproszczeniu, historii o duchach. Ktoś mi ją określił jako powieść grozy, ale zapewne już obecnie jest to znowu coś łączącego różne gatunki.

PD: Skoro już jesteśmy przy kontynuacji, to może zdradzisz nam pokrótce jak potoczą się dalsze losy Colina? No i kiedy planujesz wydać drugi tom?

MP: Mam nadzieję, że kolejna część ukaże się w drugiej połowie przyszłego roku. Natomiast co do dalszych losów Colina… Nie wszystko mogę tu ujawnić, jeśli nie chcę zdradzić wydarzeń z końcówki „Wilczego dziedzictwa: cieni przeszłości”. Colin trafi do Europy. Będzie podążał tropem spraw z „Cieni przeszłości” i zyska okazję do przekonania się, jak bardzo niekiedy mylił się w ocenie sytuacji i osób ze swego najbliższego otoczenia. Spotka łowcę Alberta, szaleńca nękanego wizjami potężnej wilkołaczej organizacji. Jednak kiedy niektóre teorie Alberta niespodziewanie znajdą potwierdzenie w faktach, nasunie się pytanie, gdzie właściwie zaczyna się jego szaleństwo. Dzięki Albertowi poszukiwania Colina nagle nabiorą tempa, dzięki niemu także pozna dziewczynę, Tin, na którą w „Cieniach przeszłości” przeczucie tak uparcie kazało mu czekać. Ta bohaterka pojawia się też w opowiadaniu z drugiego tomu antologii „Księga strachu”, ukazującej się 26 listopada.

PD: Apropos „Księgi strachu” i znajdującego się tam opowiadania pt. „Bestie”. Mówiłaś wcześniej, że zarówno jako czytelniczka, jak i autorka wolisz dłuższą, powieściową formę, a tymczasem zdarzył Ci się romans z krótkim tekstem. Czy trudno było Ci się dostosować do takiej objętości?

MP: O dziwo nie, ale może to tylko wypadek przy pracy. A faktycznie, zapotrzebowanie na krótszą formę pojawiło się w dobrym momencie – ze względu na przyjęte w książce punkty widzenia nie mogłam opisać w niej zdarzenia przedstawionego w „Bestiach”, a było mi trochę szkoda, że ma pozostać u mnie w głowie. Tematycznie też do „Księgi strachu” pasowało, choć poza „ikonami horroru” znowu chyba za wiele horroru w tym tekście nie ma. Uznałam jednak, że opowiadanie nie powinno jakoś zasadniczo różnić się od „Wilczego dziedzictwa”, żeby nie wprowadzać czytelników w błąd.

PD: Czyli można przyjąć, że ten skok w bok Ci się spodobał? Czy w takim razie zamierzasz spróbować swych sił w opowiadaniach na dłuższą metę, np. do czasopism?

MP: Podobał mi się, i owszem, ale cały urok skoków w bok polega na ich sporadyczności. Wcześniej napisałam opowiadanie, niech pomyślę… jakoś w liceum, czyli ze czternaście lat temu, w ramach obowiązkowego konkursu dla chętnych. Nie mówię, że ma to być aż tak sporadycznie, ale jednak wolę skupić się na powieści.

PD: Czym jest dla Ciebie pisarstwo? Wiążesz z nim swoją przyszłość? Masz czasem chęć rzucić pracę i poświęcić się tylko temu?

MP: Właściwie zrobiłam to już kilka lat temu, a ściślej – firma rzuciła mnie, wynosząc się z Poznania, czym ułatwiła mi podjęcie decyzji. Nie uchroniła mnie tym wprawdzie od kazań pod hasłem: „Czyś ty, dziewczyno, na głowę upadła?!”, ale byłam twarda i skutecznie broniłam się przed próbami wtłoczenia mnie z powrotem w tryby „normalnej” pracy. Od jakiegoś czasu robię przekłady z angielskiego, to już jednak zajęcie na tyle pokrewne pisarstwu, że oczywiście bardzo mi się podoba i na razie nie zamierzam go rzucać, zwłaszcza że stanowi też doskonałe ćwiczenie dla pisarza.

PD: A jakiego typu książki tłumaczysz? Też fantastykę?

MP: Nie, tak akurat wyszło, że zupełnie inny typ literatury, a konkretnie – romans historyczny. I chyba dobrze, bo tym sposobem są to dwie całkowicie oddzielne sfery mojej działalności, nie grozi mi więc, że coś niechcący zapożyczę. Zarazem praca tłumacza sprowadza się głównie do stylistycznego dopieszczania poszczególnych zdań i całych akapitów, a to z kolei bardzo mi potem pomaga w pisaniu.

PD: Twój literacki debiut nastąpił w tym roku. Masz obecnie 32 lata. Dlaczego tak późno zdecydowałaś się na karierę pisarską?

MP: Oj, kłopotliwe pytanie. Ja się zdecydowałam już jakiś czas temu, natomiast karierze pisarskiej coś się nie spieszyło. Po raz pierwszy wysłałam gdzieś książkę w 2000. Wartość tej akurat pozycji – to już osobna sprawa. Z kolei druga napisana przeze mnie powieść jest chyba w miarę w porządku, w każdym razie w paru wydawnictwach dotarła do końcowego etapu selekcji. Tyle że ona także wymaga poprawek, a myślę, że przy debiucie, który już sam w sobie stanowi dla wydawcy spore ryzyko, kwestia: „Czy autor zdoła wprowadzić właściwe zmiany?” dodatkowo zniechęca. I tu tym bardziej wdzięczna jestem Runie za danie szansy „Wilczemu dziedzictwu”. Kiedy w 2005 roku Runa wyraziła wstępne zainteresowanie tą powieścią, była ona niemal o połowę krótsza, a zatem też znacznie skromniejsza, i w dodatku, delikatnie mówiąc, trochę dziwnie napisana, bo zrobiłam z niej swego rodzaju eksperyment językowy. Musiałam włożyć w „Wilcze dziedzictwo” jeszcze sporo pracy, żeby w ogóle można było mówić o publikacji, ale zupełnie inaczej poprawia się książkę ze świadomością, że ktoś na te przeróbki czeka i – jeśli okażą się właściwe – będzie chciał ją wydać. Na mnie ta pozytywna motywacja podziałała jak gigantyczny zastrzyk weny twórczej. A eksperymentów językowych chyba się oduczyłam, przynajmniej w fantastyce.

PD: Czy uważasz, że w literaturze grozy (w fantastyce w ogóle) można stworzyć coś absolutnie nowego, czy tylko modyfikować stare motywy?

MP: Fantastyka stanowi dość niewielki odsetek moich lektur, nie mogę więc wypowiadać się z pozycji znawcy czy choćby oblatanego czytelnika. Natomiast ogólnie uważam, że w każdej dziedzinie literatury można stworzyć coś nowego pod warunkiem, że ramy gatunku nie są bardzo sztywno określone. Choć niewątpliwie dwieście lat temu pisarze mieli tu łatwiejsze zadanie. Zarazem staram się mieć w pamięci przykre w sumie stwierdzenie Dubravki Ugrešić: „Znakomite pomysły, które przychodzą człowiekowi do głowy, z pewnością zostały już gdzieś wykorzystane, dlatego lepiej ich unikać.”.

PD: No i pytanie na koniec. Jak zachęciłabyś potencjalnych czytelników do zapoznania się z „Wilczym dziedzictwem”?

MP: Kiedy czytam recenzje, widzę, że choć powtarzają się zarzuty o niezbyt udany początek, właściwie wszyscy są zgodni, że potem powieść wciąga – bardzo wciąga, i to już do samego końca. Myślę, że jest to wielka zaleta w przypadku każdej książki, a już zwłaszcza takiej, po którą sięga się dla rozrywki. Jeśli natomiast komuś wydaje się ograny sam temat wilkołaków, może spróbuje odpowiedzieć sobie na pytanie: ile zdarzyło mu się przeczytać książek z wilkołakiem w roli głównej? A w ilu z nich wilkołaka – w obu jego postaciach – dało się lubić? Bo jeśli się dobrze zastanowić, to podczas gdy pokrewne wilkołakom wampiry doczekały się licznych wzbudzających sympatię (co jeszcze wcale nie znaczy, że miłych i szlachetnych) reprezentantów, wilkołak nadal powszechnie kojarzy się z bestią mordującą bezmyślnie w blasku pełni księżyca. Chyba pora już dać wilkołakom szansę.

PD: Dziękuję pięknie za wywiad.

MP: Również bardzo dziękuję.