Jak rozpoznać grozę?

Na urodzinowy felieton dla Carpe Noctem postanowiłem wybrać temat kontrowersyjny, który co jakiś czas powraca zarówno wśród czytelników, jak i wśród redaktorów naszego serwisu. Ślady po dyskusjach na temat tego co powinno, a co nie powinno pojawiać się na CN, rozsiane są po rozmaitych tematach na naszym forum. Dlatego właśnie uważam, że chcąc pisać o kulturze grozy powinniśmy chyba już na samym początku zacząć od tego w jaki sposób tą kulturę definiujemy. Pozwolę więc sobie na opisanie mojego stanowiska, mojego własnego oglądu sprawy, jaką jest definicja „literatury grozy”. Trudno bowiem o jakimś temacie pisać, nie mając pewności że odbiorca posługuje się tym samym kodem. Każdy kto choć raz widział na oczy schemat Jacobsona, wie o czym mowa. Jednocześnie podkreślam raz jeszcze, że nie uzurpuję sobie prawa do bycia alfą, omegą ani nawet Wikipedią – dlatego też definicja będzie w swej naturze bardzo subiektywna. I o tej subiektywnej definicji chętnie podyskutuję. Jeśli więc nie zdefiniujemy naszego pojęcia grozy, to – jak mawiał pewien satyryk – sztuka nie trafi do mas. A tego byśmy nie chcieli. Mam więc nadzieję, że za moim przykładem pójdą kolejni redaktorzy i współpracownicy serwisu, opiszą nam swoją wizję literatury grozy.

W potocznym rozumowaniu, często terminy „groza” i „horror” uważa się za synonimy. Na początek więc postaram się zdementować ten utarty stereotyp.

Problem wziął się stąd, że bardzo łatwo uznać, że horror to literatura (bądź film, komiks czy cokolwiek innego) grozy. I rzeczywiście tak jest – na tej płaszczyźnie nie muszę się chyba z nikim sprzeczać, zagadnienie jest dość oczywiste. Nie działa to niestety w drugą stronę.     Gdyby spróbować definiować horror poprzez rozróżnienie go np. od thrillera, należałoby przyjąć pewne założenia. Dla mnie podstawowym z nich jest nadnaturalny charakter horroru. Bez względu na to czy mamy do czynienia z wampirami, duchami, czy potworami z zaświatów, to nie należą one do powszechnie uznanych bytów, materialnie egzystujących w naszym świecie. Badania na temat energii uwalnianej przez człowieka podczas śmierci, czy chorób mogących powodować wampiryzm, są na razie tylko ciekawostkami z pogranicza nauki i fantastyki. Dlatego też opowieść o Kubie Rozpruwaczu uznałbym za thriller, a kolejne warianty dziejów hrabiego Draculi za horror. Często dopiero zakończenie daje nam ostateczną odpowiedź na pytanie o przynależność gatunkową utworu.

Są też powieści, które siedzą okrakiem na płocie rozgraniczającym podgatunki i szydzą sobie z takich jak ja, którzy próbują ciągnąć za literacką nogę to w jedną, to w drugą stronę. Nie znaczy to jednak, że pewnych ram nie da się nakreślić.

Z tego, co dotąd napisałem wynika więc, że o przynależności utworu do horroru decyduje zawartość elementów niesamowitych, a więc nie mniej nie więcej, tylko fantastyki. Jako, że w kolejnych dwu akapitach chcę skupić się na thrillerze, z góry przepraszam, że fantastyce poświęcę chwilowo nieco mniej miejsca.

Współczesny thriller to coraz częściej coś więcej, niż zwykła, sensacyjna opowieść. Trudno jest znaleźć punkt, od którego ta przemiana się zaczęła, ja jednak zwykle stawiam na „Milczenie owiec” Tomasa Harrisa, jako utwór, który na nowo zdefiniował literacki thriller. Można zapewne wskazać też inne momenty przełomowe, jednak ze względu na spektakularny sukces „Milczenia…”, ja proponuję właśnie tą powieść.

Kolejny z podgatunków, nazywany powszechnie „thrillerem historycznym” zbliża się niekiedy do horroru. Ojcem chrzestnym tego nurtu jest sam Umberto Eco, który przed laty stworzył podwaliny historycznego thrillera, pisząc słynne „Imię Róży”. Doskonałym przykładem współczesnej powieści może tu być książka, która dała początek całemu boomowi na kolejne publikacje o tematyce historyczno-ezoterycznej – mowa tu o „Kodzie Leonarda da Vinci” Dana Browna. Elementy mistyczne, mimo, że przedstawione w powieści jako fakty, można uznać za coś, co zbliża się do fantastycznego poletka. No chyba, że ktoś święcie wierzy w prawdy objawione przez amerykańskiego pisarza. Wówczas pewnie trzyma „Kod…” na półeczce z literaturą religijną. Robert Langdon, bohater powieście Browna nie jest to co prawda Indianą Jonesem odnajdującym Świętego Graala pod opieką wiekowego templariusza, ale pewne akcenty owego mitu już się tam pojawiają. O krok dalej w kierunku ezoterycznej fantastyki grozy poszedł hiszpański pisarz Javier Sierra, w swojej powieści „Bramy templariuszy”, która opiera się na twierdzeniu, że niektóre budowane przez średniowiecznych inżynierów (masonów) katedry są czymś na kształt bram, pieczętujących przejście do piekieł. Motywy z pogranicza fantastyki pojawiają się też w kolejnych jego powieściach, zatytułowanych „Tajemna wieczerza” i „Błękitna Dama”. Podobnie ma się rzecz ze „Spiskiem Graala” (i kontynuacji w postaci „Córki anioła”) duetu Joe Moore i Lynn Scholes, gdzie mieszają się sprawy religijne z politycznymi spiskami i szybką akcją. Jeśli przyjrzeć się bliżej thrillerom historycznym, to zwykle okazuje się, że towarzyszy im cała masa pozycji popularno-naukowych (czasem wręcz para-naukowych), próbujących za wszelką cenę udowodnić prawdziwość przedziwnych teorii historycznych i religijnych. Należy dodać, że koniunktura na oba rodzaje książek napędza się obustronnie, a rynek musi być spory, skoro wychodzą wciąż nowe pozycje. Jeżeli chcielibyście sięgnąć nieco dalej, niż tylko do literackiej fikcji, to polecam rozpocząć zabawę z tropieniem tajemnic historii i religii od książki „Święty Graal, Święta krew”, której autorami są Michael Baigent, Richard Leigh i Henry Lincoln.

Sporo produkuje się współcześnie również kryminałów, które korzystają z poetyki grozy. Jeśliby porównać pisarstwo Joanny Chmielewskiej z Markiem Krajewskim, zaraz będziemy mieli czarno na białym widoczne różnice pomiędzy zwykłym kryminałem, a jego mrocznym kuzynem. Dzieje przedwojennego Wrocławia stały się u drugiego z autorów kanwą opowieści o pełnych grozy latach, ociekającej gęstym klimatem, tak charakterystycznym dla wysmakowanej powieści gotyckiej.

Podobnie jest z debiutancką powieścią Marcina Świetlickiego, który po sukcesach poetyckich i muzycznych, próbuje swych sił w mrocznej powieści kryminalnej. „Dwanaście” (a później również „Trzynaście”) to czy jest to próba udana, tego nie podejmuję się tutaj rozstrzygać, ważne jednak, że dobrze wpisuje się w estetykę czarnego kryminału.

Groza, traktowana jako termin dość szeroki, zmieścić może w sobie bardzo wiele. Nie tylko prawdziwe horrory, makabreski, czy powieść gotycką. Również wspomniany już powyżej mroczny kryminał i thriller, nawet niektóre podgatunki romansów z powodzeniem mieszczą się w tym worku. Nie chcę tu nikogo namawiać do czytania Harlequinów, chodzi jedynie o to, by wyjaśnić co mam na myśli, gdy posługuję się terminem „groza”. Wątpię, by czytelnik CN czuł ciarki na plecach czytając powieści Nory Roberts, a przecież w niektórych jej książkach nie brakuje duchów, tajemniczych snów czy magii. Nawiązują one jednak do romantycznej powieści gotyckiej i nie zdziwiłbym się zbytnio czytając czasem jakąś recenzję powieści Roberts w którymś z poświęconych grozie portali.

O horrorze możemy mówić dopiero, gdy pojawia się wspomniany wcześniej wątek nadnaturalny. Opętany dom, to już archetyp – bez względu na to, czy będzie on stał w Amityville, czy na warszawskim Bródnie. Najczęściej eksploatowanym motywem pojawiającym się w horrorach są wszelkiego rodzaju duchy. Czy to w postaci złośliwego poltergeista, czy też w postaci widma Białej Damy – tak czy owak są groźnie i niebezpieczne, rzadko wybijają się poza coś więcej niż szkodzenie ludziom. Horrory to również opowieści o potworach.

Uważny czytelnik zauważy zapewne, że celowo nie skupiam się w żadnym miejscu ani na stylu pisarza, ani na ogólnym klimacie, który powstaje czasem wokół powieści. Uważam, że nawet jeśli powieść ocieka krwią, a flaki walają się po stronach i nieomal wylatują nam na podłogę, to nie musi to zaraz oznaczać, że mamy do czynienia z horrorem. Wspomnienia ofiar holocaustu, czy pamiętniki zesłańców pełne są makabrycznych scen. A jednak nie uznajemy ich za literaturę grozy.

Dlaczego? Ano właśnie przez wzgląd na brak elementu fantastyki.

Jak już wspomniałem: zapraszam do polemiki, do potwierdzenia lub obalenia moich tez. Kto wie, może wykluje się z tego kolejny felieton. Zapraszam też do pisania o grozie takiej, jaką Wy ją widzicie. Brakuje nam dobrej publicystyki, mam więc nadzieję, że podzielicie się z nami waszymi opiniami.