Grozą w mur #1: Dzieciństwo

Rozpoczynamy dziś na Carpe Noctem nowy cykl artykułów, zatytułowany „Grozą w mur”. Tematem serii będzie szeroko pojęta groza. Problematyka będzie więc dość zróżnicowana, ponieważ próba zamknięcia tego typu literatury jedynie w obrębie horroru jest niczym… walenie głową w mur. Dlatego Marcin Bukalski w pierwszym tekście cyklu opisuje wrażenia, jakie wywołał na nim film z gatunku science fiction.

Dzieciństwo –  okres całkowicie nieskrępowanej wyobraźni i problemów ograniczających się do braku kredek na lekcji. To czas, gdzie za każdym rogiem czyha tajemnica, a suszarka do włosów mamy staje się gwiezdnym krążownikiem. Sam tak właśnie wspominam dziecięce lata – dni były długie jak obecne miesiące, a do szczęścia wystarczało naprawdę niewiele. Patrząc na to z innej perspektywy, dzieciństwo to także okres największych traum – czasami determinujących dalsze życie lub zostawiających trwałe piętno, przejawiające się różnorako: od socjopatii po artystyczne ekspresje. Właściwie, sam żyję z taką skazą młodzieńczej traumy.

Odkąd pamiętam, uwielbiałem książki; skąd to się wzięło, nie mam pojęcia. Uwielbienie to sięga rzekomo czasów, gdy o czytaniu pojęcia żadnego nie miałem, a mimo to uparcie wyciągałem kolejne tomy z biblioteczki, wertując ciągi niezrozumiałych znaczków. Paradoksalnie zostało w mej miłości do słowa pisanego właśnie coś z podejścia brzdąca – książka nigdy nie była dla mnie bezpośrednio źródłem wiedzy (którą i tak mimochodem przyswajałem), była raczej tajemnicą – zbiorem odpowiednio ułożonych zdań, które tworzyły w mej głowie obrazy bardziej wyraziste, niż cokolwiek innego. Niestety, z książkami wiąże się również największy koszmar mojego dzieciństwa – szok, który prawdopodobnie spowodował, że złapałem za klawiaturę, starając się wyrazić coś poprzez pisanie.

Pamiętam to dokładnie: sobotnie przedpołudnie w ciepły, wakacyjny dzień. Lata dziewięćdziesiąte – chyba ‘94. Rodzice zakupili wtedy nasz pierwszy kolorowy telewizor – oczywiście w szczeniackim podnieceniu zasiadłem, by podziwiać wręcz bajeczne kolory, będące czymś niesamowitym dla oczu przyzwyczajonych do czerni i bieli. Telewizja polska nadawała wtedy „451° Fahrenheita” – skusiła mnie obietnica filmu fantastycznonaukowego.  Nie spodziewałem się, że dzieje się coś przełomowego. François Truffaut, posiłkując się powieścią Raya Bradbury’ego, zaserwował mi prawdziwe ogniste piekło.

Zastanawiające jest, że Bradbury opowiedzianą przez siebie historią straszyć prawdopodobnie wcale nie chciał – to moje osobiste „predyspozycje” wywołały efekt grozy. I tu jest pies pogrzebany: wygląda na to, że groza to coś subiektywnego, a nawet mówiąc bardziej radykalnie: to coś intymnego oraz odmiennego dla każdego. Dla mnie rozpoczęła się filmem Truffauta, który w znacznym stopniu zdeterminował moje późniejsze literackie poszukiwania.

Należy zadać sobie pytanie: czy etykietka przylepiona do utworu, twórcy czy serii wydawniczej determinuje przynależność do gatunku grozy? Pytanie z pozoru banalne, ale sam często takim  impulsem kieruje się przy wyborze książek. Staram się jednak unikać tej łatwej klasyfikacji, co zazwyczaj wychodzi mi na dobre. To samo dotyczy czystości gatunkowej – ślepe trzymanie się ulubionego gatunku to jak strach wyjścia poza obręb światła w ciemną noc – pozostajemy w bezpiecznej i znanej przestrzeni, jednocześnie zamykając sobie drogę do odnalezienia innych, odmiennych źródeł jasności.

Trauma z dzieciństwa sprawiła, że z uporem maniaka staram się szukać literackiej czy filmowej grozy w miejscach niespodziewanych: od współczesnej prozy głównego nurtu, science fiction, literatury szeroko rozumianego pogranicza, aż po mitologie różnych kultur. Bo groza to nie tylko upiorne zamczyska, duchy i wampiry – to w równej mierze podchodzące pod umysłowy ekshibicjonizm ujawnianie i drążenie własnych skrywanych lęków. Oto właśnie moja własna ścieżka poszukiwania dreszczyku, dość ekscytująca, szczerze mówiąc: można się poczuć jak odkrywca ludzkich strachów. Fascynujące jest dodatkowo, że tak odnaleziony strach bywa dużo trudniejszy do okiełznania, niż ten znany z „klasycznych” horrorów, ponieważ atakuje on na zupełnie innym poziomie wrażliwości. Oczywiście taka metoda poszukiwania grozy jest z góry skazana na ogrom niecelnych strzałów, gdy szukamy „na siłę”. Wystarczy jednak pozwolić płynąć literaturze przez umysł dosyć swobodnym torem, a groza ostatecznie przychodzi sama, jak ta od Bradburyego w dzieciństwie. Nic nie jest bardziej koszmarne, niż szpila wbita niespodziewanie we własne, prywatne sacrum.