Grozą w mur #3

Ostatnio gdziekolwiek zajrzę, widzę jakąś wzmiankę o bizarro fiction. Zapanowała chyba swoista nowa „moda” na ten gatunek literacki, który jeszcze do niedawna skrywał się gdzieś w głębokim cieniu. Kontaktu z bizarro unikałem przez długi czas, z całkiem niezłym rezultatem. Nie żebym nie był ciekaw – nie lubię, gdy czuje się przymuszany do lektury, a takie wrażenie mam za każdym razem, jak za dużo się nasłucham na temat danej książki czy gatunku. Życie okazało się jednak dość przewrotne, wpychając mi w ręce (całkowitym przypadkiem) anglojęzyczny tomik opowiadań „Bizarro: Starter Kit”. Ciężko było powstrzymać się przed skorzystaniem z takiej okazji. Przeczytałem. Zrozumiałem około trzech czwartych z tego, co tam wypisywano. I prawdę mówiąc, nie wiem nawet, co powiedzieć.

W kilku kolejnych dniach zaczęło mi się w głowie na tyle układać, żebym mógł stwierdzić z całą pewnością, że ja gdzieś już to wszystko widziałem. Ta dziwaczna literatura wcale nie jest jakimś zupełnym novum, ale do tego przyznają się nawet sami twórcy, wymieniając jednym tchem dziesiątki inspiracji. Znajdzie się więc miejsce dla Lyncha, „Alicji w Krainie Czarów”, Monthy Pythona, japońskich kreskówek, i co tam komu do głowy jeszcze przyjdzie. Tyle że mi bizarro kojarzy się z pewnym zjawiskiem z innej dziedziny sztuki, znanym jako exploitation movies, a o tym nigdzie wzmianki nie dostrzegłem…

Dla wielu odwołanie takie będzie zapewne świętokradczym umniejszeniem dla ich ulubionego gatunku – wszak exploitation to tanie kino klasy B. Nie mam jednak najmniejszego zamiaru krytykować wartości ani jednego, ani drugiego – jak wiadomo, wszystko jest kwestią gustu. Ciekawy jest sam fakt powracającej popularności tego typu filmów, który zdaje się nieprzypadkowo zbiegać w czasie z pojawieniem się bizarro na szerszych literackich wodach. W obu przypadkach  mamy, przede wszystkim, do czynienia ze zjawiskiem niszowym z natury, przeznaczonym dla odbiorcy należącego do ścisłej i wąskiej grupy. Nie ryzykowałbym jednak stwierdzeniem, że to działalność na zasadzie „od fanów dla fanów”. To raczej twórczość związana ze specyficznym poczuciem estetyki, pewnym rodzajem wrażliwości, istniejąca niejako obok oficjalnego obiegu.

Do powyższych porównań dałoby się z łatwością podczepić jeszcze kilka kulturowych zjawisk. Istnieje jednak coś, co łączy oba gatunki w sposób znacznie bliższy. Popatrzmy, czym charakteryzuje się fabularnie kino exploitation: przemoc, seks, nagość, łamanie wszelkich moralnych czy kulturowych ograniczeń, groteska podszyta czarnym humorem… Można by długo wymieniać, zważywszy na mnogość podgatunków. Praktycznie wszystko, co można by „zużyć”, jest wykorzystywane w tego typu filmach. Teraz kolej na bizarro – analizując definicje, ze zdumieniem stwierdziłem, że właściwie mógłbym napisać to samo! W obu przypadkach odnajdziemy perwersyjnych nazistów, kanibalizm, bezczeszczenie świętości oraz rzeczy całkowicie psychodeliczne. Twórcy tych dziedzin z upodobaniem przesuwają granice dobrego smaku, ale ukazują też popyt na dziwność i brzydotę. Czyżby świat zmęczył się pięknem bijącym zewsząd? Coś w tym jest, że praktycznie od zawsze gdzieś obok literatury „poważnej” powstaje literatura będąca do niej w kontrze. Taka sama sytuacja dotyczy zarówno filmu, jak i innych dziedzin sztuki. Bizarro to coś jakby „koncentrat” całej tej indywidualistycznej, niszowej, czasami brutalnej sztuki, jaka istniała do tej pory, z mocnym wskazaniem na zupełny brak skrępowania wyobraźni twórców.

Oczywiście, nie twierdzę, że exploitation jest bezpośrednim źródłem bizarro. Byłoby to nieuczciwe – literatura ta za bardzo idzie w stronę awangardy, surrealizmu czy nawet dadaizmu. Ciężko oprzeć się jednak wrażeniu, że część dzisiejszych twórców tej nowej literatury wychowywało się na filmach expoloitation, przegrywanych namiętnie z jednej kasety VHS na druga, aż do zdarcia.