Grace i oscarowa książka

Słyszeliście pewnie o nieoficjalnym przepisie na oscarowy film: wziąć historyczną postać i pokazać jej zmagania na tle opowieści o całej epoce, najlepiej dodając do tego jeden z trzech ulubionych Ważnych Tematów, czyli feminizm, homoseksualizm i rasizm/ksenofobia. Piszę o tym z przekąsem, bo chociaż wątki feministyczne są dla mnie zwyczajnie bardzo interesujące i stali czytelnicy Carpe Noctem doskonale wiedzą, że nie należę do osób krzyczących o destrukcyjnym wpływie poprawności politycznej na różnorodność tematów w literaturze czy filmie (delikatnie rzecz ujmując), „Grace i Grace” na tle dwóch poprzednich powieści Atwood, jakie miałam okazję czytać, wydała mi się wyjątkowo mainstreamowa. Z trzech znanych mi tytułów kanadyjskiej pisarki ten szczególnie wydaje się być w smak krytyków przyznających najwyższe literackie wyróżnienia, a Atwood nie musiałaby się przy „Grace i Grace” tłumaczyć z powinowactwa z literaturą gatunkową, ani wymyślać nowego, należycie prestiżowego nurtu (niewtajemniczonych odsyłam do swojego artykułu o „Opowieści podręcznej”).

Nie znaczy to wszystko, że lekturę wspominam źle, a Atwood zarzucam jakąś literacką interesowność. W żadnym wypadku, „Grace i Grace” to wspaniała, drobiazgowo zaplanowana opowieść, której poszczególne elementy splatają się, nomen omen, z gracją, zaś Atwood – jeśli nawet w doborze tematu wykazała się przebiegłością i wyrachowaniem – udowadnia, że czego jak czego, ale literackiego kunsztu to jej nie brakuje. Można wręcz odnieść wrażenie, że swoją książką chce coś udowodnić: patrzcie, potrafię tworzyć literaturę niegatunkową, modną w swojej współczesnej tematyce ujętej w historycznym anturażu. Taka motywacja pasowałaby mi bardzo do tej Atwood, jaką miałam okazję poznać przy lekturze „Oryksa i Derkacza” – rzeczy aż kipiącej od ironii – ale może to tylko moje projekcje wynikające z tego, z jakiej strony przyszło mi ugryźć jej twórczość.

Przy okazji omawiania „Opowieści podręcznej” nie szczędziłam dobrych słów twórcom ekranizacji, lecz w przypadku „Grace i Grace” tych zachwytów nie powtórzę. Oczywiście już książkowy oryginał jest diametralnie różny od dystopijnej historii fikcyjnego Gileadu, więc trudno znaleźć tutaj płaszczyznę do porównań, jednak bez wahania mogę stwierdzić, że nie bez powodu serial Netflixa nie powtórzył sukcesu serialu stacji Hulu. Tam, gdzie w „Opowieści podręcznej” były wyraźne walory artystyczne, w „Grace i Grace” jest zaledwie dobrze wykonana praca: aktorzy grają poprawnie, historia zostaje mniej więcej oddana, kostiumy i scenografia są na przyzwoitym poziomie (na tyle, na ile pozwolił budżet), a całość tworzy niezbyt wyróżniający się serial historyczny z jednym niekonwencjonalnym twistem. Może miałabym do niego więcej serca, gdybym nie poznała wcześniej tej historii w postaci doskonale napisanej i wciągającej powieści (ale może po prostu nie znalazłabym w sobie chęci do kontynuowania niezbyt porywającego seansu). W serialu historia została spłaszczona, nieco wykastrowana, co w „Opowieści podręcznej” nie miało miejsca, bo też była to zupełnie inaczej prowadzona narracja. W „Grace i Grace” jest masa szczegółów, które wynikają z drobiazgowego researchu, ale też kunsztownego wypełnienia luk detalami tak, by całość nabrała literackiej jędrności, czy po prostu życia. Swoje robi też warsztat Atwood, któremu naprawdę trudno cokolwiek zarzucić.

Także finał wydaje się zgodny z powyższymi uwagami: w serialu jest sprawnie zrealizowany, jednak twórcom nie udało się uzyskać równie wyraźnie wielowymiarowego efektu z książki. Tam, gdzie u Atwood jest kilka równie prawdopodobnych rozwiązań i pysznie gotycki klimat, w serialu czuć zapach banału przerabianego już nawet w horrorach klasy B, nawet jeśli próbuje się pozostawić pewną swobodę interpretacji. A o spłaszczeniu zakończenia niech świadczy choćby uwaga znaleziona przeze mnie w bardzo dobrej, skądinąd, analizie tego serialu: podobno główne rozwiązanie zagadki było już oczywiste dwa odcinki przed końcem. W powieści nic nie było oczywiste nawet po ostatnim rozdziale, co w zasadzie przypieczętowało dla mnie kwestię, czy „Grace i Grace” to tylko sprawnie napisany mainstreamowy samograj. Otóż nie, to znacznie więcej.