Głód

Czuł głód tak paraliżujący, że nie mógł się poruszyć. Obraz rozmywał mu się przed oczyma, a dźwięki dochodziły jakby zza ściany. Tylko ból przypominał mu, że jeszcze żyje. Wcześniej sądził, że po paru dniach bez jedzenia popadnie w apatię i w końcu umrze, zawczasu tracąc świadomość tego, co się dzieje. Nic z tego. Ból był tak potworny, że mężczyzna mógłby przysiąc, że soki trawienne przeżerają mu się przez ścianki pustego żołądka, a może nawet już przez ciało, od środka pochłaniając jego samego, karmiąc się nim samym.

Wtedy właśnie pojawiło się światło, sylwetka w otwartych drzwiach i zapach, przede wszystkim zapach smażonego mięsa. Nie widział, co się dzieje, bo oczy miał całe we łzach. Czuł tylko, że nos wypełnia mu woń jedzenia, a po brodzie kapie ślina. Chciał jeść. Jeść.

Gdy, jak przez mgłę, dostrzegł zbliżającą się sylwetkę, rozdziawił usta niczym pies proszący o karmę. Zacisnął zęby na podanym kawałku mięsa i nie zważał na to, że jedzenie parzy go w usta, język i podniebienie; nie zważał na ból zdrętwiałej szczęki.

Jadł. Nareszcie jadł.

Salomon Gunn uderzył czołem o szybę i niemalże poderwał się z miejsca. Przebiegł go dreszcz – jedyny efekt niknącego już w pamięci snu. Usiadł wygodnie i odetchnął z ulgą. Za oknem przesuwał się monotonny krajobraz pełen brudnych bieli i ponurych szarości. Mokry śnieg przyklejał się do szyb pociągu, jak kolonia maleńkich rozgwiazd do ścianki akwarium.

Byli w przedziale tylko we dwoje. Jessica siedziała naprzeciw niego, przeglądając rozmaite gazety. Miała na sobie sztruksową spódnicę do połowy łydek, skórzane kozaki pod kolana i gruby wełniany sweter. Kasztanowe loki okalały jej drobną twarz, a spod umiejętnie umalowanych rzęs zerkały orzechowe oczy.

– Nie śpisz już? – zapytała, nie podnosząc wzroku znad gazety. Dziennik miał dzisiejszą datę, osiemnastego marca tysiąc dziewięćset trzynastego roku. – Nie uwierzysz w to. Sprawdziłam pięć różnych gazet z regionu. Wzmianka o śmierci Benjamina Gickhama pojawia się w trzech! Dzieciak milionera ginie w niewyjaśnionych okolicznościach i wiesz gdzie się pojawia? Na stronie siódmej! – prychnęła z niedowierzaniem, może z irytacją. – U nas coś takiego z miejsca wylądowałoby na pierwszej stronie Timesa.

Salomon wzruszył ramionami. Popatrzył przez okno, ale krajobraz przez ostatnie parę minut wcale się nie zmienił.

– Co tam piszą? – zapytał, stłumiwszy ziewnięcie.

– Nic specjalnego. Sądzą, że dzieciak padł ofiarą niedźwiedzia albo kilku wilków. Wyobrażasz sobie? W mieście?

Mężczyzna nie odpowiedział. Podejrzewał, że Jessica może przeżyć mały szok, kiedy już dotrą do New Gido i dziewczyna zobaczy, co w Kanadzie określa się czasami mianem miasta.

– Sal? – Jessica odezwała się po krótkim milczeniu. – Jeśli to sprawa zwierzęcia, to czemu Gickham zwrócił się do ciebie? O ile dobrze pamiętam, jesteś detektywem, a nie myśliwym.

– Nie wiem – przyznał mężczyzna. Sam się nad tym zastanawiał. Telegram od Gickhama był co najmniej intrygujący, podobnie jak przesłane kurierem trzysta dolarów zaliczki. – Może Gickham ma do mnie jakąś sprawę, która nie ma związku z jego synem.

Spojrzeli sobie z Jessicą w oczy. Żadne z nich w to nie wierzyło.

– Znalazłaś coś jeszcze?

– Młody Benny Gickham nie był jedyny. Podobny los spotkał w ostatnich dniach jeszcze dwie osoby. Jakiś zoolog z Toronto tłumaczy, że to może być kwestia przedłużającej się zimy i tego, że zwierzęta coraz śmielej poszukują pożywienia. Istnieje też – Jessica podniosła z siedzenia jedną gazetę, uśmiechając się przy tym nieco złośliwie – hipoteza związana z Wendigo. Wiesz co to?

Salomon pokiwał głową, ale nie uśmiechnął się.

– Wielka Stopa – rzekł. – Żarłoczny człekokształtny potwór pokryty futrem. Wiecznie głodny i lubujący się w ludzkim mięsie.

– Starczy, piątka. Z plusem za ładne oczy.

Jessica wróciła do przeglądania gazet, Salomon natomiast otworzył małą broszurkę, którą znalazł na dworcu w Bostonie. Reklamowała muzeum miejskie w New Gido i zawierała podstawowe informacje o samym miasteczku.

Historia New Gido zaczyna się w roku 1829, kiedy to dwóch awanturników: Tom Collins i Derek Gickham z pomocą Indianina Nszo-czuny odnajduje złoto w strumieniu będącym jednym z dopływów rzeki Miramichi. Poszukiwania mają miejsce w zimie i Nszo-czuna ginie w ich trakcie. Jego ciało – doskonale zakonserwowane – pojawia się wraz z topnieniem śniegów na wiosnę. Collins i Gickham szybko stają się bogaci i zakładają osadę New Gido, a Nszo-czunę chowają w grocie, gdzie przez cały rok utrzymują się ujemne temperatury. Dopiero w dwadzieścia cztery lata później, w 1854 roku, ciało Nszo-czuny jest przeniesione do specjalnie skonstruowanego pomieszczenia w New Gido i staje się jedną z największych atrakcji turystycznych regionu. Stopniowo, poczynając od roku 1879, wokół mauzoleum tworzone jest muzeum poświęcone historii miasteczka, okolicy i ludziom, dzięki którym wschodnia Kanada przekształciła się z dziczy w cywilizowany i postępowy kraj.