Frapuje mnie przestępstwo jako droga bez odwrotu – wywiad z Jackiem Skowrońskim

Jola Falkowska: Jacku, niedawno wyszła Twoja najnowsza powieść „Mucha”, okrzyknięta przez polską blogosferę i krytyków „najzabawniejszym kryminałem roku 2010”. Dlaczego jako autor kryminałów obrałeś komediową konwencję? Co Cię w niej pociąga?

Jacek Skowroński: Ha, konwencja wyłania się zwykle w trakcie pracy, gdyż siadając do klawiatury, nie mogę być do końca pewien, w jakim kierunku powiedzie mnie opowiadana historia, a zwłaszcza jej bohaterowie. Jednak nie dzieje się to przypadkowo, piszemy to, co lubimy czytać, przedstawiając świat w sposób, w jaki sami go odbieramy. A dystans, ironia i kpina z losu to mój prywatny sposób radzenia sobie z rzeczywistością. Czyli wygląda na to, że po prostu inaczej nie umiem, a dociążanie tekstu frazami rodzącymi się w otchłaniach cierpień egzystencjalnych, by nadać mu „głębi”, traktuję jak podanie fasolki po bretońsku w wazie z epoki Ming, żeby stała się bardziej wykwintna.

JF: Tworząc zabawny świat „Muchy”, korzystałeś z wielu znakomitych motywów literackich i filmowych, obecnych na przykład w komedii gangsterskiej. Opowiedz nam o najciekawszych według Ciebie realizacjach tego typu, ulubionych filmach, komikach, scenach…

JS: Wprawdzie nie inspirowałem się niczym bezpośrednio, lecz oczywiście wyobraźnia nie wisi w próżni, wiele rzeczy ją stymuluje. Natychmiast przychodzi mi do głowy film „Żądło” Roya Hilla z urzekającymi kreacjami Roberta Redforda i Paula Newmana. Fascynujące jest budowanie cegiełka po cegiełce gmachu z całym wystrojem – przypominającym w najdrobniejszych szczegółach istniejące budynki – który w finale ma runąć na głowę ofiary. Po drodze tyle rzeczy może się nie udać, całość konstrukcji to istny domek z kart, a ofiara też nie jest ostatnią niemotą i o przekrętach wie więcej niż… włodarze naszego futbolu. Ale u nich demencja połączona z szeregiem dolegliwości wzroku i słuchu wydają się stanem wręcz pożądanym… ghym, wróćmy do tematu. Przelatują mi przez głowę dziesiątki scen z Monty Pythona, humor oparty na wykoślawianiu obrazu świata do granic absurdu bawi mnie szczególnie, zwłaszcza gdy rzeczywistość usilnie stara się mu dorównać. A szukać nie trzeba daleko, wystarczy włączyć transmisję obrad Sejmu…

JF: A niedoścignionym wzorem dla Ciebie jest?

JS: Raymond Chandler. Dowcip lakoniczny i celny, bez didaskaliów mających efekciarstwem pokryć brak treści. Dystans oraz ironia wobec najbardziej ponurych aspektów życia wydają się u Chandlera sposobem nadania właściwych proporcji sprawom i czynom, które ludzie popełniają z upodobaniem dla zysku i przyjemności czynienia krzywdy. Niedościgniona maestria w puentowaniu jednym zdaniem sytuacji, jakie inni opisywaliby litrami atramentu. Chandlera po prostu się czyta!

JF: A teraz porozmawiajmy o ciemnej stronie życia… Wśród Twoich bohaterów pojawiają się i tacy, których życie nie należy do najweselszych, na przykład osiedlowi menele z jednej strony, a z drugiej na przykład Wanda, która żyjąc, znikała, właściwie jakby jej nie było. W gruncie rzeczy ich życie odmienia się – może tylko na moment – gdy Twój główny bohater rozkręca muszą zadymę. Co Cię zainteresowało w takich postaciach? Dlaczego zdecydowałeś się je stworzyć?

JS: Bo to są postaci prawdziwe, może nawet bardziej niż gangsterzy, aktorzy pierwszego planu czy ludzie z pierwszych stron gazet. Każdy trzymający pod sklepem wartę menel ma do opowiedzenia historię, przy której najlepsze sitcomowe fabuły wydają się ledwie mydlanymi opowiastkami do poduszki. W nich jest cała prawda o życiu, pod budką z piwem wiele pojęć nabiera nowych treści. Stłamszone twarze i pokręcone życiorysy budzą zwykle pogardę. Póki nie uświadomimy sobie jak cienka jest granica, zza której nie ma powrotu, jak niewiele trzeba, by zostać wyrzuconym poza nawias. Zamiast długich wywodów przychodzi mi na myśl wiersz pewnego bezdomnego:

 Dlaczego opluwasz mnie swoim spojrzeniem?

 Dlaczego uparcie szukasz ze mną zwady?

 Pamiętaj fortuna kapryśną jest

 A w moim świecie, nie dasz sobie rady.

(autor Leszek Herliczka)

JF: A skąd czerpałeś widzę/inspirację do wykreowania przestępczego świata i działań policji?

JS: O to nietrudno, wbrew pozorom, jeśli uświadomić sobie, że ów światek i półświatek przenika wszelkie sfery życia, najczęściej wolimy go nie dostrzegać, tkwiąc w złudnym przekonaniu, że wtedy nas samych zignoruje. Lecz pisarz musi mieć zawsze otwarte oczy. Kiedyś siedziałem w parku letnią porą, sącząc napój o cierpkim smaku, gdy przysiadł się facet spragniony towarzystwa. Akurat miałem czas i nastrój. Butelka radzieckiego koniaku zbliżyła nas tak mocno, że na pytanie, czym się zajmuje, odparł zwyczajnie i bez emocji: kradnę. Człowiek, który wybrał taką ścieżkę, bo dawała mu poczucie wolności. Był oczywiście socjopatą, z wykoślawionym pojęciem zła i dobra, jednak przynajmniej niczego nie udawał. Wielu ludzi popełnia mniejsze i większe draństwa, a ich sumienie nawet nie zaćwierka, bo przecież „wszyscy tak robią”. Zawsze zresztą można pójść do spowiedzi… Gdziekolwiek jestem, lubię słuchać i obserwować. A najcenniejsze są drobiazgi – pozornie mało ważne szczegóły, bez których opowieść jest tylko kiepsko przyprawionym, odgrzewanym daniem. Niedawno uczestniczyłem w spotkaniu z nadkomisarzem policji i prywatnym detektywem. I najwartościowszą informacją nie były opowieści o potyczkach z bandytami, lecz szczegół, który zapamiętam na całe życie i na pewno wykorzystam literacko – otóż gliniarze, detektywi oraz zawodowcy z drugiej strony barykady nigdy nie noszą krawatów ani szalików. Łatwo zgadnąć, dlaczego.

JF: Ponoć pracujesz nad poradnikiem włamywacza;-) jakie jeszcze przestępcze arkana Cię interesują?

JS: Najmocniej frapuje mnie przestępstwo pojmowane jako droga bez odwrotu. Nie jakieś okazjonalne draństwo lub nieumyślne spowodowanie zagrożenia czyjegoś życia, ale świadomy wybór, oznaczający też zgodę na konsekwencje popełnianych czynów. Okazja czyni przestępcę pospolitego, lecz ci nietuzinkowi, grający o najwyższe stawki, sami wypracowują okazję. Charakteryzuje ich inteligencja szczura, cierpliwość pająka i wygląd kameleona. Staram się dociec, co uczyniło ich takimi, zbadać motywy, wchodząc w ich buty tak mocno, jak to tylko możliwe. I odpowiedzieć, choćby częściowo, na pytanie: czy z racji otoczenia, w jakim dorastali, bagażu genetycznego, splotu mniej lub bardziej przypadkowych okoliczności, mieli jakiś wybór?

JF: A czy myślisz o porzuceniu komediowej konwencji i napisaniu czegoś w bardziej mrocznym stylu?

JS: W ogóle nie myślę o konwencji, ona się sama odnajduje, w naturalny sposób wyłaniając się spomiędzy zdań. Niczego sobie świadomie nie narzucam, siadając do klawiatury, to fabuła i bohaterowie determinują wszystko. A dystans do siebie i otoczenia to mój prywatny sposób radzenia sobie z szarą codziennością, z kopniakami losu i szyderczymi z lekka uśmieszkami fortuny. Dlatego najlepiej czuję się w komediowej konwencji i wszystko wskazuje na to, że pozostanę w niej na długo.

JF: Dziękuję za rozmowę.

JS: A ja dziękuję za okazję zwolnienia na chwilę i zastanowienia się nad sprawami, o których nie myśli się w trakcie codziennej gonitwy. Pozdrawiam serdecznie czytelników Carpe Noctem.