El Wywiados z Jakubem Ćwiekiem

Rafał: Zacznę standardowo. Pewnie masz już dość takich pytań, ale mam nadzieję, że mi wybaczysz. Czy jest coś o „Kłamcy 4. Kill’em All” czego jeszcze nie powiedziałeś, a chciałbyś zdradzić czytelnikom CarpeNoctem?

Kuba: Jest masa rzeczy, które chciałbym powiedzieć o Kłamcy 4, ale nie mogę, bo z pewnością zepsułoby to wszystkim zabawę. Ale na pewno będzie się działo dużo, na wszystkich frontach, Loki powróci z Doliny z prawdziwym impetem, a po-prostu Teddy skroi, myślę, całkiem niezły numer. Wydaje mi się, że będzie to godne zakończenie serii i cyklu. No i książka, która pozwoli mi się z Lokim pożegnać, przynajmniej w długiej formie (przewiduję jeszcze kilka pojedynczych opowiadań ulokowanych chronologicznie  gdzieś „pomiędzy tomami”). W końcu tak to już jest, że wszystko, co dobre, kończy się na „Kill’em all”.

Rafał: Te opowiadania z Lokim planujesz wydać w jakimś zbiorze? W prasie? Jakiejś antologii? Czy może będzie to coś w stylu „Święty dzień w świętym mieście” i będziesz to publikować w sieci?

Kuba: Nie sięgam z planami aż tak daleko. Na razie wciąż na tapecie jest Kłamca 4, a historyjki z których mają się zrodzić opowiadania to na razie kłęby mgły. Nie wiem na ile nośne okażą się moje pomysły, jak długie będą te teksty, a co za tym idzie, gdzie nadadzą się najlepiej. Na razie więc nie myślę gdzie się ukażą, poza tym, że jeden  na pewno umieszczę w sieci. Uważam, że wiernym czytelnikom należy się od czasu do czasu jakiś miły bonus. Bo dlaczego nie? W końcu są ze mną już od ładnych paru lat.

Rafał: Kilka lat temu miałem okazję obejrzeć już gotowy komiks z uniwersum Kłamcy. To już martwy projekt czy może trzymasz go w rezerwie?

Kuba: To był dość śmiały projekt, bo po pierwsze rynek komiksowy w Polsce nie należy do specjalnie mocnych, my trochę wybiegliśmy przed szereg, a po drugie to nie był tylko gadżet wspomagający sprzedaż książek, ale niezależne dzieło. Osobna historia – o samym Kłamcy trzeba było wiedzieć tylko kim jest i jaką „funkcję” sprawuje – specyficzna kreska Dawida przywodząca na myśl przeładowane groteską komiksy Simona Bisleya i to wszystko w czerni i bieli. Słowem, wybiegliśmy trochę przed szereg i nikt nie odważył się tego wtedy wypuścić. A co teraz? Przyznam Ci się, że przez jakiś czas byłem przekonany, że projekt upadł i już nie wróci, ale teraz cichutko otwierają się dla niego drzwi do wydania … Na razie to tylko cienka szczelina, za wcześnie, by mówić, ale liczę, że nasze zombie jeszcze wstanie i zje parę mózgów.

Rafał: A co z resztą twoich pomysłów na komiksy? Pamiętam jak opowiadałeś o „Nazarejczyku” i o historii w klimatach noir z Frankiem McErlanem. Myślisz nadal poważnie o tym medium?

Kuba: Mam do tego medium straszliwego pecha. „Galieo” zniknął mi gdzieś wraz z grafikiem, choć prace były zaawansowane, a bez Artura jakoś sobie tej historii nie wyobrażam, przynajmniej na razie. „Highlander: Plemię wybrane”, które zrobiliśmy z Markiem Rudowskim jako bonus do gry „Highlander” zgasł, gdy się okazało, że kryzys wykosił grę, a opowiastkę w klimacie noir wchłonął rozrastający się w mej głowie pomysł na powieściowy diesel punk. Były jeszcze dwa pomysły na komiksy stripowe, ale jeden z nich najpewniej stanie się aktorskim serialem internetowym. Nadzieję pokładam w tym drugim, uroczej opowiastce o pewnej dziewczynce i jej aniele stróżu (zatytułowana „Ala i AS”). Co do drugiej części pytania, trudno poważnie myśleć o wydawaniu komiksów w Polsce. Owszem, czasem się to udaje, historia, najczęściej humorystyczna, jak „Wilq” czy „Jeż Jerzy” odnosi sukces, ale to wciąż za mało, by traktować to inaczej niż hobby. Wielką szkodę robią komiksom sami czytelnicy wychodząc z założenia, że nie będą płacić za coś, co mogą w dwie godziny przeczytać w Empiku.
Estetyka komiksu jest mi jednak na tyle bliska, że wciąż będę próbował i liczę, że kiedyś kilka komiksów jednak wydam. Nie dla sławy, pieniędzy, prochów bądź grouppies. Raczej dla dzikiej satysfakcji, że jednak spłaciłem swój dziecięcy dług zaciągnięty wobec Marvela, DC, Dark Horse i innych.

Rafał: Komiks bękartem kultury. „Ala i AS” to też nienowy projekt. Boli, że fajne pomysły nie mogą znaleźć tego ujścia.

Kuba: Ano nie nowy, ale akurat „Ali” to opóźnienie wyjdzie na plus, bo w międzyczasie znalazłem graficzkę, która odda uroczo-dziewczęcy charakter tego komiksu. Pierwsze paski już są (na razie w beta-wersji), kolejne powstają, a ja świetnie się bawię odkrywając, że pośród tysiąca moich jaźni jest też mała, złośliwa dziewczynka. A co do bękartów, well – proza Martina i ostatnio Tarantino uczą, że czasem tacy zmieniają losy świata. Trzymaj więc kciuki.

Rafał: Na razie dam Ci spokój z komiksami. Opowiedz lepiej kiedy napiszesz kolejny horror.

Kuba: Co do horroru, to sprawa jest trudna. Mam pomysł, mam materiały i cały czas się do niego przymierzam, ale mam wrażenie, że jeszcze nie jestem gotowy. Chcę przekuć na powieść historie zebrane podczas podróży autostopem, książka ma być rasowym horrorem utrzymanym w konwencji powieści drogi, mam nawet wyjściowy pomysł jak to wszystko ze sobą spleść, ale… to jeszcze nie czas. Poza tym jest sporo rzeczy do podomykania, wszak mam wciąż jeszcze rozgrzebane trzy powieściowe cykle…

Natomiast większe bądź mniejsze elementy grozy pojawiać się będą w moich już powstających/ powstałych tekstach. Powieść „Świnie boże” to dość specyficzny twór, traktujący o pisaniu, trudnościach w znalezieniu swojego miejsca w życiu, demonach przeszłości, ale i tych całkiem dosłownych, wreszcie powieść o opętaniu… Ta książka stale się zmienia, ale groza w jakimś tam stopniu jest i będzie w nią wpisana. Nie wiem tylko w jakich proporcjach.

Znamiona opowiastki grozy nosi też opowiadanie „Dłużnicy” napisane do antologii wydawnictwa Powergraph. Inspiracją do jego napisania była śmierć Hetha Ledgera i legenda jaka narosła wokół tego, jak przygotowywał się do roli Jokera.

Chcę przez to wszystko powiedzieć, że nic się nie zmieniło, fanem horroru jestem nadal i ciągle gdzieś mi się tam w głowie tli, co mógłbym w tym temacie jeszcze powiedzieć.

Rafał: Brzmi świetnie. O zrywanie z horrorem akurat Cię nie podejrzewam. W każdej twojej historii odnaleźć można elementy grozy. Chociaż osobiście najbardziej chciałbym przeczytać jakiś czystej wody horror pokroju „Ciemność płonie”. Mnie brakuje takich książek. Pokusiłbyś się w ogóle o ocenę polskiej sceny horroru? Znajdujesz tam coś dla siebie?

Kuba: Ta powieść „autostopowa” będzie bardzo bliska „Ciemności”, przede wszystkim pod względem przygotowania (znowu prawdziwe historie w horrorowej oprawie). I przyznam ci się, mnie też brakuje takich książek, choć nie wiem czy akurat ja jestem najlepszym autorem do ich pisania. Chodzi mi o horrory wg – wybacz uproszczenie, używam tej nazwy na własny użytek – szkoły Kinga. W skrócie to powieści obyczajowe, historie o ludziach, gdzie stawia się na bohatera postawionego w nietypowej, nadnaturalnej sytuacji. Dobrym przykładem jest tutaj opowiadanie „Jazda na kuli”. Polski horror nie radzi sobie z tym najlepiej, ale być może dlatego, że nie chce, ma inne ścieżki, inne wzory. Z jednej strony mamy więc metafizykę pisanych własnymi flakami historii Orbitowskiego, z drugiej skupione na koncepcie opowiadania Kyrcza, Cichowlasa, Rostockiego i kilku innych autorów wychowanych na Mastertonie. Doceniam, czasem przeczytam ale to nie horror dla mnie. Mnie z polskich autorów bliższy byłby Kaszyński, widzę to po pomysłach, choć przedstawienie ich jednak do mnie nie trafia. Spekulując jednak na temat przyszłości polskiej grozy najbardziej liczę na Pawła Palińskiego, jedynego autora, któremu byłbym skłonny powierzyć swoje pomysły na grozę, wierząc, że nie tylko by ich nie zepsuł, ale napisałby je lepiej ode mnie.

Rafał: Może ten brak to kwestia tego, że nadal jest niewielu pisarzy, którzy parają się tylko horrorem? Widzisz możliwość zmiany tej sytuacji? Prowadzisz warsztaty literackie. Czy wśród ludzi z którymi pracujesz udało ci się wyłowić talenty? Zdarzają się tacy którzy będą potrafili pociągnąć w przyszłości taką „kingową” narracje, połączyć obyczajową opowieść z nadnaturalnym?

Kuba: Moje warsztaty to, póki co, nauka podstaw. Zwykle wyglądają tak, że zjawiam się w danym miejscu na kilka dni, zmuszam ludzi do sporego wysiłku, zostawiam z nowym zestawem narzędzi, z głowami pełnymi prawideł i zasad i wyjeżdżam, licząc, że będą to w stanie przekuć na porządny tekst.  Od września ruszam z warsztatami stacjonarnymi, planowanymi na pół roku i wtedy będę mógł się przyjrzeć uważnie jak rozwija się metaforyczne następne pokolenie.

W kwestii poprawy sytuacji grozy na polskim rynku jestem niestety pesymistą. To nisza w niszy, a do tego skażona powszechnym wyobrażeniem na jej temat jeszcze bardziej niż ma to miejsce w przypadku Fantasy. Bo o ile książki o wróżkach i smokach traktuje się powszechnie jako literaturę eskapistyczną, a jej czytelników za nieszkodliwych świrów, o tyle nie ma ładnej szufladki do której można włożyć miłośników grozy. Kręcą cię zwłoki, demony, potwory i duchy? To znak wyraźny, że masz coś z psychiką, jesteś niebezpieczny i nikt nie pozwoli ci się umawiać ze swoją córką. Tłumaczenie, że to próba oswojenia własnych lęków odbija się od ściany, bo przecież ludzie wiedzą lepiej…
Inna rzecz, że napisanie uniwersalnej grozy to zadanie niewykonalne, bo każdy boi się czegoś innego. Ja w „Ciemności” opisywałem rzeczy, których autentycznie się bałem, które wbiły mi się do snów i pod powieki, a mimo to często spotykałem się z zarzutem, że ta książka wcale nie straszy. Dlatego pisarz tworzący grozę to ktoś, kto z jednej strony ma grupę uznającą go za świra, a z drugiej niezadowolonych ortodoksów. To zniechęca.

Rafał: Chyba nie ma pisarza, który nie miałby przeciwników. Nawet na Steinbecku niejednokrotnie nie zostawiono suchej nitki. A ty boisz się krytyki? Rozumiem, że to nieprzyjemne, zniechęcające…, ale jak to jest w twoim przypadku? Napędza cię do dalszej pracy?

Kuba: Oczywiście, że jest to nieprzyjemne, zniechęcające, a w pierwszym odruchu zawsze życzymy krytykowi bolesnej śmierci. Z czasem jednak uczysz się odróżniać tych, którzy rzeczywiście znają się na temacie, którzy mają coś do powiedzenia i mogą ci pomóc w przyszłości od tych, którzy próbują dowartościować się przez kilka wrednych i pozbawionych sensu słów na temat twój i twojej pisaniny. Z tych pierwszych należy korzystać, tych drugich zbywać milczeniem, zwłaszcza, że bronienie własnych książek uchodzi powszechnie za przejaw przerośniętego pisarskiego ego. Odkryłem jednak, że jest wiele skuteczniejszych sposobów na zranienie mnie niż anonimowe napisanie gdzieś w sieci, że moja książka to marnowanie papieru.

A przy okazji zupełnie, zauważyłeś, że ludzie strasznie osobiście traktują to, że dana książka im się nie spodobała? Zupełnie jakby autor specjalnie im to zrobił i teraz chcieli się zemścić…

Rafał: Ludzie mają rzeczywiście mało dystansu do siebie i to widać szczególnie jak się czyta fora internetowe. Dominują skrajne opinie i frustracja, brakuje konstruktywnej krytyki i pokory… ale może chodzi o też o brak oczytania.

Kuba: Brak oczytania, nieuważna lektura, która prowadzi do wytykania autorowi błędów, których ewidentnie nie popełnił – to powszechne zjawiska. Ale to działa w obie strony. Z jednakowym poczuciem zażenowania czytam recenzje wychwalające autorów pod niebiosa za oryginalność konceptów, które były ograne po wielokroć już za Szekspira. Ostatnio na Dniach Fantastyki prowadziłem pogadankę – szumnie nazwaną przeze mnie warsztatami – o pisaniu recenzji i o tym, że dobry recenzent powinien znać się po trosze na wszystkim, by napotkawszy dowolne dzieło, wiedzieć z czym ma do czynienia. Nie przypisywać mu ani nieprawdziwych wad ani też zasług.

Rafał: Tak, i to buduje sfałszowany obraz nie tylko czytelnikom, ale też i temu wychwalanemu twórcy.

Kuba: Obraz autora się niewiele zmienia – on już i tak ma kompleks Boga.

Rafał: Wrócę na chwilę do polskiej sceny horroru, bo jest jeszcze jedna rzecz o którą chcę zapytać. Jesteś pisarzem i aktywnie działasz w fandomie, pewnie to zauważyłeś. Czy to nie jest tak, że wszyscy wszystkich znają? Może dlatego mimo coraz większej ilości wydawnictw i książek, da się zaobserwować jakąś stagnację? Bo krytyka nader często odbierana jest personalnie, a i zrecenzować książki kumpla, z którym pije się piwo na konwentach nie wypada? Ja przyznam się szczerze, że unikam pisania o polskich książkach, właśnie by nie byś posądzonym o kolesiostwo albo jakąś zemstę. A może ja  niepotrzebnie szukam dziury w całym?

Kuba: Ależ potrzebnie, bo rzeczywiście takie zjawisko istnieje. Nie jesteśmy jakimś specjalnie wielkim środowiskiem i rzeczywiście autorzy znają się nawzajem, kumplują z recenzentami, wydawcami etc. Stąd łatwo o wzajemne animozje, podejrzenia o kumplostwo, czy wręcz przeciwnie osobisty zatarg, który przełożył się na recenzję.

Ja wychodzę z założenia, że nie da się przyjaźnić ze wszystkimi, komuś podpadniesz zawsze i ktoś zawsze będzie miał do Ciebie pretensje o to, czy o tamto. Nie należy się więc tym przejmować specjalnie, tylko szukać narzędzi do uczciwego ocenienia dzieła tudzież całokształtu twórczości. O, że wezmę pierwszy z brzegu przykład – wiem, że moje książki są lepsze od książek Łukasza Orbitowskiego. Skąd to wiem? Bo położyliśmy tę kwestię na szalę podczas gry w darta w Zielonej Górze bodaj dwa lata temu, na Bachanaliach. I wygrałem. Ergo, jestem lepszym pisarzem od Łukasza. Proste, nie?

Rafał: Nie każdy ma taki dystans do siebie i swojej twórczości.

Chciałem Cię zapytać o Zajdle, ale obawiam się, że to może być dolewaniem oliwy do ognia… nieważne. Po pierwsze gratuluję jeszcze raz nominacji, po drugie… słyszy się o dewaloryzacji, może nie tyle nagrody, co samej nominacji. Zauważasz ten problem? Czy Internet nie wypaczył nam tego trochę?

Kuba: Za gratulacje oczywiście dziękuję. Co do nagrody Zajdla, zauważam zupełnie inny problem z nią związany. Mianowicie ludzie przestają dostrzegać, że to plebiscyt, wybór czytelników i próbują leczyć nią kompleksy związane z postrzeganiem fantastyki jako literatury dla plebsu. Zauważ, że są nominacje pewniaki i takie, które zawsze budzą albo kontrowersje albo chociaż ironiczne uśmieszki. Gdy do wyboru mamy „Lód” i „Nocarza”, zaraz pada pozornie retoryczne pytanie – czy Kozak może się równać z Dukajem? Darda z Orbitowskim? Ćwiek z Szostakiem?
Rzecz w tym, że to wcale nie są retoryczne pytania, bo głosują właśnie czytelnicy. Biorą pod uwagę swoje gusta, oczekiwania, sympatie i wrażenia po lekturze. I na podstawie tego oceniają. Jasne, czasami jest tak, że doceniają autora za całokształt, mimo iż ostatnie dzieło było średnio udane, czasami odwrotnie – nie potrafią przełamać wcześniejszej niechęci choć tym razem pisarzowi wyjątkowo się udało. Bywa. Głos ludu i tak daje nam pełniejszy obraz środowiska niż chociażby nagroda Żuławskiego, której szkodzi  pierwszy etap eliminacji zwany głosowaniem elektorów. Bo co domorośli, internetowi recenzenci mają wspólnego z ekspertami do których „należy” ta właśnie nagroda? Tak, wiem, że są oni jedynie organem doradczym, ale nie oszukujmy się, wybitne – piszę to bez ironii – jury Żuławskiego nie ma czasu na zapoznanie się ze wszystkim co wychodzi i sugeruje się opinią elektorów mocno. Nie piszę tego z zawiścią, bo choć nie dostałem nominacji, zdarzało mi się znajdować w rankingu całkiem wysoko. Po prostu stwierdzam, że nie ma systemu bez wad, plebiscyt też nie jest ich pozbawiony, ale rozumiejąc naturę nagrody wielu oszczędziłoby sobie strzępienia języka.

Rafał: Ale chyba można być poważnym, internetowym recenzentem?

Kuba: Oczywiście, że można! Trzeba nawet. Uważam, że nie ma taryfy ulgowej dla kogoś, kto publikuje w Internecie i obowiązują go dokładnie te same zasady, a jeśli wypełnia swoje obowiązki należycie, należą mu się takie same laury. Problem z Internetowymi recenzjami polega przede wszystkim na tym, że na portalach panuje mniejsza selekcja, bo przecież załatwiliśmy tyle książek, wejściówek do kina czy gier, że ktoś to musi „obrobić”. Widzisz, mam wrażenie, że to jest tak – gdy jesteś w czymś naprawdę dobry, niepotrzebne ci przymiotniki czy dookreślenia. Nie jesteś pisarzem fantastyki. Jesteś pisarzem po prostu, bo masz warsztat, by operować słowem. Podobnie rzecz się ma z innymi dziedzinami, w tym omawianą. Nie jesteś  internetowym recenzentem. Samo „recenzent” wystarcza w zupełności, bo niezależnie od medium, będziesz tak samo dobry.

Rafał: Obiecałeś, że jeżeli do Polconu nie zrzucisz kilku zbędnych kilogramów napiszesz książkę w gatunku paranormal romance, taki polski „Zmierzch”. Wybrnąłeś z tego czy może to po prostu fortel i szukałeś pretekstu, żeby to napisać?

Kuba: Och, obiecałem paranormal romance z wampirami, polską odpowiedź na „Zmierzch”. Żadną miarą polski „Zmierzch”. To zasadnicza różnica, a jeżeli przyjdzie mi ten tekst napisać, przekonasz się z łatwością na czym polega. A prawda jest taka, że potrzebowałem motywacji do odchudzania i ta wydała mi się całkiem dobra. Oczywiście liczyłem się z przegraną i jeżeli ta nastąpi, płakać nie będę, bo książkę na którą mam pomysł mogę napisać bez wstydu, a możliwe, że spotka się ona ze sporym odzewem. Dodając do tego, że od Pyrkonu trochę już schudłem i ten proces nadal trwa, niezależnie od sytuacji, będę wygranym w tym zakładzie. Nawet jeśli oficjalnie w nim przegram.

Rafał: Zostańmy jeszcze przy książkach. „Kłamca 4 Kill’em All”, kontynuacja „Krzyża Południa”, „Ofensywa Szulerów 2”, „Świnie boże”. Co nas jeszcze czeka?

Kuba: Przede wszystkim DRESZCZ. Podkreślam, bo ma to być następca Kłamcy, inny od Lokiego, choć nie pozbawiony podobieństw, osadzony w równie absurdalnym i popkulturowym świecie. Tyle, że w przeciwieństwie do boga kłamstwa, Dreszcz – fan dobrego rocka i mimowolny super-bohater – swoje przygody będzie przeżywał przede wszystkim w Polsce i odsłoni parę absurdów ze znanej nam rzeczywistości. Gdy ktoś pyta o czym będzie ta książka, mówię: wyobraź sobie co by było, gdyby Ozzy Osbourne albo lepiej, Keith Richards (gitarzysta Stonesów jakby ktoś z małoletnich czytelników CN nie wiedział) żył na Śląsku i pewnego dnia zyskał supermoce. Pierwsze opowiadanie z tego cyklu na pewno pojawi się jeszcze w tym roku (jest już napisane). Zbiorek w przyszłym.

Rafał: Jest jakaś szansa, że przeczytamy „Grimm City”? I co to za dieselpunkowa powieść o której wspomniałeś? Jak bardzo zaawansowany jest ten projekt?

Kuba: Trochę sam sobie odpowiedziałeś. Ów dieselpunkowy projekt to właśnie Grimm city, powieść na którą od dawna szukałem nowego sposobu od kiedy okazało się, że to, co wymyśliłem pierwotnie za bardzo kojarzy mi się z komiksowym cyklem „Baśnie”. Teraz, gdy wreszcie znalazłem klucz, jestem z niego bardzo zadowolony i z miejsca zabrałem się za preprodukcję. Roboty jest dużo, bo to ma być właśnie dieselpunkowa, baśniowa opowieść noir, gdzie jedną z głównych miast gra zdeprawowane, wyniszczone mafijnymi porachunkami i spowite wiecznym dymem miasto. Jeżeli rodzice czytali Ci w dzieciństwie Grimmów, spotkasz tu mnóstwo znajomych, większość jednak będzie trudna do poznania.
To jednak projekt na „po Krzyżu” czyli najwcześniej za dwa lata.

Rafał: Świetna wiadomość! Powiem szczerze, że traciłem nadzieję. Jest w takim razie jeszcze jedna rzecz, o którą muszę zapytać. Kilka lat temu, przy okazji spotkania w Krakowie, opowiadałeś dużo o bajkach grozy dla dzieci – „Zuzia i piwniczne chłopaki”. Czy jest szansa, że może chociaż ja przeczytam to swoim dzieciom?

Kuba: Wiesz,  z tymi „zapomnianymi” projektami to jest troszkę tak, że wystarczy jakaś nowa, świeża iskra, by na nowo obudzić je do życia. W przypadku „Grimm City” znalazłem taką iskrę i teraz siedzi to w mej głowie jako zupełnie nowy, ekscytujący projekt. To korzyść z pracy w obrębie popkultury – nikt nie powiedział, że tworząc kolaż nie możesz korzystać także ze swoich starych koncepcjach, pokazując je w innym świetle.

Opowiastki dla dzieci natomiast to nadal moje wielkie marzenie – moja córka, Zuzia właśnie, zaczyna sama czytać i wiem, że ta książka powstanie i tak, dla niej. Podobnie jak druga opowiastka, przesiąknięta voodoo, dla mojego w tej chwili pięcioletniego syna Samuela. Napisanie i wydanie tych powiastek to również moje wielkie marzenie. Ale kiedy? Sam nie wiem – ostatnio na wszystko brakuje mi czasu. Żeby natomiast konkretnie odpowiedzieć na Twoje pytanie, muszę wiedzieć czy w najbliższym czasie planujesz zostać ojcem? Jak mi powiesz w porę, to postaram się zdążyć do trzecich czy czwartych urodzin potomka.

Rafał: Na razie nie planujemy, ale jak będzie, to na pewno cię odpowiednio wcześnie powiadomię.
Ojcostwo wpływa w jakiś sposób na to jak i co piszesz? Masz jakieś bariery? Unikasz celowo jakichś tematów?

Kuba: Czekam zatem na wieści. A tematów nie unikam, choć historie, w których krzywdzone są dzieci, sprawiają mi trudność. Potwornie ciężko mi je czytać, nieco łatwiej pisać, choć też męczę się z tym bardzo. Tak było chociażby w przypadku opowiadania „Małpki z liści” gdzie postanowiłem przyłożyć dziecięcą miarę do czegoś tak ohydnego jak gwałt. Dziecko z zaskakującą łatwością zamienia niezrozumiałe obrazy w zrozumiałe, może w jakiś sposób podobne, ale jednak nie do końca adekwatne. Tak próbuje, nieco na skróty, zrozumieć świat i zinterpretować świat. Pamiętasz może  programy, w których dorośli pytali dzieci o poważne sprawy, a te odpowiadały po swojemu? „Duże dzieci” Manna na przykład. Troszkę o takie właśnie zjawisko chodzi. Stąd już krok do magii sympatycznej, opartej na podobieństwach.

Reasumując, próbuję zrozumieć dziecko, pomyśleć tak, jak mogłoby ono myśleć. Tworzyć postaci dziecięce nie na poziomie infantylizacji języka, ale raczej zmiany w sposobie postrzegania świata. Innych zmian u siebie nie zaobserwowałem, ale to być może dlatego, że większość książek napisałem już po tym jak urodziła się Zuzia – moje pisanie i ojcostwo jest więc nierozłącznie ze sobą splecione.

Rafał: „Pisanie książki przypomina straszliwą i wyczerpującą walkę, jest jak długie zmaganie się z bolesną chorobą” napisał Orwell. Jak to wygląda u Ciebie? Pisanie „Świni bożych” sprawia Ci taką samą przyjemność jak tych pierwszych opowiadań o Lokim?

Kuba: Inną przyjemność, bo przez te lata trochę się nauczyłem, sporo błędów popełniłem i udało mi się dojść do ciekawych wniosków. Dlatego też nie mam już w sobie tej szczeniackiej „mogę wszystko i możecie mi skoczyć” bezczelności – choć mam nieodparte wrażenie, że zastąpiłem ją inną, momentami niebezpiecznie podobną… To chyba najlepiej da się dostrzec, gdy ktoś porówna pierwszy tom Kłamcy z opowiadaniami o Dreszczu (gdy te, już się pojawią). Odnosząc się do słów Orwella, powiedziałbym, że to raczej morderczy trening szermierki, dzięki któremu potem możemy stanąć do niezliczonej liczby pojedynków. Ryzykownych, wyczerpujących, ale c’mon – satysfakcja jest dzika. I na pewno nie jest to zmaganie z chorobą, bo z tego nigdy nie wychodzi się naprawdę zwycięsko…

Co do „Świń” to pisanie poniekąd o sobie, choćby nie wiem jak głęboko skryte pod kołderką fabuły i postaciowych kostiumów, zawsze jest trudne. I rzeczywiście męczy mnie pisanie tej książki okrutnie, ale też cieszy, bo mam świadomość, że jeszcze dwa lata temu w ogóle nie odważyłbym się jej pisać.

Rafał: Chociaż piszesz fantastykę, to są to książki gatunkowo cholernie różnorodne. Po prostu nie mogę nie zapytać. Czy jest coś czego Kuba Ćwiek nie napisze?

Kuba: Hard SF – nie nadaję się do tego zupełnie i wątpię, bym kiedykolwiek się podjął napisania czegoś w tym duchu. Choć kto wie, może mnie jednak weźmie… Nie potrafię sobie wyobrazić odrzucenia dobrego pomysłu tylko dlatego, że z jakiegoś powodu boję się go napisać. A że pomysły przychodzą zewsząd i wszelakie… sam rozumiesz, wyzwania czają się na każdym kroku. Uważam, że wzorem dla wszystkich fantastów powinien być G.R.R. Martin, który jako uznany autor SF płynnie przeszedł do klasycznego Fantasy i w minutę osiem zmiótł na tym polu całą konkurencję. Jak dorosnę, mam zamiar być jak on. Tylko chudszy.

Rafał: Naprawdę? Wydawało mi się, że raczej jak Człowiek w Czerni. Zresztą podobnie jak on jesteś multiinstrumentalistą. Piszesz powieści, opowiadania, scenariusze. Współtworzysz grupę teatralną, kręcisz filmy dla Bruce’a Willisa, masz świetny kontakt z fanami. Zdarza się, że nazywają cię jeszcze Polskim Gaimanem?

Kuba: Owszem, równie często jak drugą Kossakowską. Chociaż nie, to drugie już ucichło, ale od Gaimana nie uda mi się uciec, bo gdzie bym nie poszedł, on już tam był, zwłaszcza, że dzielimy zainteresowania i eksplorujemy często podobne obszary. Ale zupełnie mi to nie przeszkadza, choć czasem bawi, że czego nie napiszę, staję się natychmiast „drugim kimśtam”. Chociaż kto wie, może jestem takim trochę uniwersalnym dublerem?

W temacie multiinstrumentalności natomiast… cóż, nie lubię się nudzić, a mam szerokie zainteresowania. Do tego co wymieniłeś dodałbym jeszcze doświadczenia konferansjerskie – one tłumaczą dlaczego nie przerażają mnie spotkania z fanami i czerpię z nich wyłącznie fun – grę na harmonijce i gitarze, a także voodoo. Gdybym tylko miał obywatelstwo amerykańskie, już byłbym licencjonowanym kapłanem. Zdałem wszystkie testy…

Rafał: Voodoo dla przeciętnego Polaka brzmi co najmniej egzotycznie. Kojarzy się chyba przede wszystkim z „Wężem i tęczą” – zarzynaniem kogutów, białym proszkiem i zombie. Jak to się stało, że skierowałeś swoje zainteresowania na tą religię i kto cię w nią wtajemniczał?

Kuba: Wiele złego tej religii zrobił oczywiście hollwyoodzki czarny PR – egoztyczny, rozpustny i przede wszystkim upiorny Baron Samedi idealnie wszak nadawał się na czarny charakter. O ile dobrze pamiętam, walczył on nawet z Bondem. Ja dostrzegłem w voodoo przede wszystkim kult otwarty na obce wpływy, w swych założeniach niezwykle tolerancyjny i otwarty. Na tyle pierwotny, by zachować mroczny, surowy urok, a z drugiej strony na tyle nowoczesny, by wciąż utrzymywać się „na powierzchni”, nie przepaść jak kulty i mitologie śródziemnomorskie. To niezwykle złożona religia, która ewoluowała i dziś pod względem złożoności nie odbiega bardzo od największych systemów na świecie.

I uprzedzając pytanie, nie jestem wyznawcą voodoo, ale jako kulturoznawca jestem zafascynowany wszystkim, co ów kult oferuje. I podziwiam jego wyznawców za wierność doktrynie.
A jak na nie trafiłem? Przez pokulturę, jak każdy nastolatek, który chciałby mieć wangi (np. laleczki) swoich wrogów, potem przez książki, aż wreszcie, gdy zawierałem już znajomości z Indianami ze szczepu Szoszonów (przy okazji pisania Newegawsu’u) zacząłem się rozglądać za kimś związanym z voodoo. I tak, krok po kroku dotarłem wirtualną drogą do Nowego Orleanu. Dziś może sam nie zostałem Hungunem (kapłan voodoo), zaznajomiłem się z dwoma spośród nich. Więc lepiej ze mną nie zadzierać.

Rafał: Czytałem, że laleczki to zabawki dla turystów, a niewiele kapłanów umie rzucić klątwę.
Już Cię miałem pytać, czy w swoim mieszkaniu masz posążek, któregoś z bóstw i czy praktykujesz. Ciągnie Cię, żeby zobaczyć jak to wygląda w praktyce? Planujesz wyprawę na Haiti lub do Beninu? Zebrałbyś kapitalny materiał na książkę

Kuba: Te laleczki, które znamy, owszem – to zabawki dla turystów, co nie wyklucza całego szeregu amuletów (Wang) w których działanie lokalni wierzą. Co do klątw, to hunguni nawet jeśli potrafią, rzucają je bardzo niechętnie, a już na pewno niechętni są ich uczenia. Co innego Bokorzy, praktykujący czarną magię – ale takich nie znam i trochę boję się poznać. Co do podróży, nie planuję jeszcze, aczkolwiek bardzo chciałbym. Myślę o tym jak o cofaniu się w czasie – zacząłbym od Nowego Orleanu, a potem cofałbym się krok po kroku, zdejmując kolejne warstwy chrześcijańskich (i nie tylko odniesień) aż dotarłbym do samego jądra w afrykańskiej dżungli. Do jaskini, gdzie pewnie jeszcze siedzą dawni bogowie… Tak mi się marzy.

Rafał: No dobra, a kiedy ruszasz w bój z przemysłem filmowym? Scenariusze Lynchowi już pisałeś, fanowskie filmy na podstawie twojej twórczości powstają, ale będzie coś dalej? Masz zachomikowane jakieś scenariusze? Szukał ktoś z Tobą kontaktu? A może szykują się jakieś krótkometrażowe animacje?

Kuba: To będzie chyba najkrótsza z moich odpowiedzi. Się kroi. Dostałem jedną, ciekawą propozycję, w sprawie innej produkcji czekam na rozstrzygnięcia, szykuję się do zrealizowania dwóch seriali internetowych według mojego pomysłu i scenariusza. Wbić się w świat filmowy to trudna sprawa, ale jestem tego bliżej niż kiedykolwiek. Niestety póki co, nic więcej na ten temat powiedzieć nie mogę, związany zapisami o poufności.

Rafał: Co powiesz, żeby tym optymistycznym akcentem skończyć naszą rozmowę? Przygotuj się na kolejną porcję pytań, tym razem przy okazji premiery Twojej książki. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki za Zajdle i wszystkie Twoje projekty.
Dzięki!

Kuba: Dzięki ogromne i pozdrawiam wszystkich czytelników CarpeNoctem. Do zgadania przy kolejnej okazji.