Dialog o Stefanie Grabińskim

Michał Budak: Dzisiaj przypada 75. rocznica śmierci naszego klasyka grozy, Stefana Grabińskiego. Jubileusz jest tym ważniejszy, że zbiegł się z prawdziwym renesansem twórczości polskiego Poe – w tym roku fani uraczeni zostali wznowieniami wydawnictw: Agharta, Kabort oraz Zysk i S-ka. Myślisz, że to poruszenie na rynku będzie miało przełożenie na zainteresowanie Grabińskim wśród czytelników czy jest to po prostu ciesząca wprawdzie jaskółka, która jednak nie uczyni wiosny w tej kwestii?

Paweł Mateja: Nie oczekiwałbym w tej kwestii cudów. Dobra passa to pewnie w dużej mierze efekt tego, że z jednej strony horror staje się w Polsce coraz popularniejszym gatunkiem, dorobiliśmy się już dobrych kilku pisarzy, dla których stał się on podstawą twórczości i na fali tego odgrzebano także mistrza sprzed lat. Druga rzecz, że kilka lat temu wygasły majątkowe prawa autorskie do jego tekstów, co otworzyło w końcu drogę mniejszym wydawcom. Warto też pamiętać, że choć w ostatnich latach to rzeczywiście pierwsze tego typu publikacje, to na przestrzeni lat utwory Grabińskiego sukcesywnie wznawiano – od klasycznego trzytomowego wydania Hutnikiewicza, poprzez tomik z serii “Stanisław Lem poleca”, dalej przez dwa zeszyty “Niesamowitych Opowieści”, aż do poprzedniego wznowienia “Demona ruchu” Lampy i Iskry Bożej z 1999 roku. Choć od dawna nie stanowił centrum zainteresowania czytelników, to był obecny. Jeśli jest coś szczególnego w tegorocznych publikacjach, to przede wszystkim to, że z jednej strony stawia się na utwory mało znane i częstokroć niedostępne nawet bardziej wiernym czytelnikom, z drugiej “Demon ruchu i inne opowiadania” celuje głównie w osoby jego twórczości nieznające.

MB: Według mnie ta ostatnia książka jest najciekawsza z komercyjnego punktu widzenia: jest to pierwsza pozycja skierowana do tak szerokiego grona odbiorców. O ile poprzednie wznowienia umacniały jedynie “twardy elektorat” Grabińskiego, o tyle właśnie w tomie z Zysku upatruję szansy dla naszego klasyka. Oczywiście, nie ma co się łudzić – jego popularność nigdy nie osiągnie poziomu “grabińskomanii”, jednak są powody, by sądzić, że polski Poe dotrze w końcu do powszechnej świadomości czytelniczej. A to już jest ogromny sukces na tle ostatnich trzech ćwierćwieczy jego zapomnienia. Już teraz widać dość krzepiącą tendencję: żadne z dzieł Grabińskiego nie posiada tylu recenzji, co “Demon ruchu i inne opowiadania”, więc nawet, jeżeli znajdzie się masa ludzi, którzy nie czytali tego zbiorku, to będą oni wiedzieli, że “coś takiego” jest. I że ten Grabiński to kiedyś tam istniał. Kilka lat temu taka perspektywa wydawała się mało prawdopodobna.

PM: A to chyba jest najważniejsze – żeby jego nazwisko nie wychodziło z użycia. Pozostaje tylko w przyszłości oczekiwać kolejnych publikacji. Na razie wydawnictwo Agharta zapowiedziało “Wichrowate linie”, kierowane raczej dla tych, którzy chcą poznać mniej znane, a przez to ogromnie apetyczne utwory. Trudno będzie tu o większy sukces komercyjny, ale pozycja ta ma szansę zapisać się w bibliografii Grabińskiego jako pozycja kanoniczna. Tymczasem warto zerknąć w spis treści wspomnianego już “Demona ruchu” – co utwór, to klasyk!

MB: To prawda, jest to zbiór pełen naprawdę ciekawych perełek. “Smoluch”, “Maszynista Grot” czy “Głucha przestrzeń” są nowelami bardzo pociągającymi swoim poziomem. Tak się jednak zastanawiam, czy “Demon ruchu” jest kanonem, bo jest najlepszym zbiorem, czy też dlatego, że za życia Grabińskiego był już ciepło przyjęty. Skłaniam się ku drugiej opcji, bo mimo niezaprzeczalnie wysokiego poziomu, “Szalony pątnik”, “Namiętność” czy “Niesamowita opowieść” w niczym nie ustępują prozie kolejowej. Ba, a takie nowele, jak “Problemat Czelawy”, “Kochanka Szamoty” czy “Projekcje” są niedoścignionymi dziełami, z którymi nie może się równać żadna nowela z “Demona ruchu”.

PM: Od samego już początku wielkim atutem opowiadań kolejowych Grabińskiego była właśnie ich oryginalna tematyka. Absolutnie wyróżniająca się na tle nie tylko jego dorobku, ale wręcz ogółu literatury niesamowitej. Oczywiście cała jego twórczość posiada specyficzny i nietypowy charakter, ale to już literatura znakomita per se, podczas gdy “Demon ruchu” zaskakuje przede wszystkim konceptem. Mniej tam klasycznego sztafażu gatunkowego, mniej wręcz grozy, która transformowała w coś niepokojącego i niesamowitego, ale jednocześnie trudnego do uchwycenia. Groza galicyjskiego pisarza nigdy, nawet we wczesnych utworach, nie była błaha i oczywista, ale też rzadko wędrowała w takie rejony jak w finale “Ślepego toru”.

MB: Poruszyłeś bardzo ważny temat: mimo że Grabiński jest klasykiem, jego groza była prawdziwą rewolucją. Odcinała się ona od romantycznego ujęcia świata nadprzyrodzonego, a zmierzała w kierunku nauki i techniki. Słusznie zauważyli ówcześni krytycy, że w twórczości Grabińskiego nie ma duchów w popularnym znaczeniu tego słowa. Szkoda tylko, że formułowali oni swoje spostrzeżenia w formie zarzutów, nie dostrzegając innowacyjności pisarza. Zgadzam się, że tematyka jego utworów od samego początku była nietuzinkowa, jednak nie polecałbym debiutanckiego “Z wyjątków. W pomrokach wiary” na początek znajomości z Grabińskim. Jest tam oczywiście perła w postaci “Szalonej zagrody”, ale nie da się ukryć, że język całego tomiku przesycony jest młodopolską manierą, która nie czyni lektury łatwą i przyjemną. Dopiero późniejszy Grabiński stał się bardziej stonowany stylowo; oczywiście stonowany w skali jemu odpowiedniej – na tle innej literatury jego proza nadal się wyróżniała, była na wskroś poetycka i na swój sposób natchniona.

PM: Doskonałą kontrą dla debiutu Grabińskiego jest jeden z jego ostatnich tekstów, “Wizyta”, którą znaleźć można w drugim tomie “Maski śmierci” wydawnictwa Kabort. Tekst ten pozbawiony jest elementów nadnaturalnych niemal całkowicie – pisany jest jednocześnie niezwykle poetycko i klarownie. O tyle też jest to utwór ciekawy, że quasi-autobiograficzny, nawiązujący do całokształtu prozy, okiem pisarza już mocno schorowanego i o odmienionym na swą twórczość spojrzeniu. Dla mnie to jeden z najlepszych kawałków prozy tego twórcy. Niestety pozostawiający też żal – po pisarzu, który gdyby pożył jeszcze, mógłby jeszcze mocniej zapisać się w historii literatury. Przychodzi mi tu na myśl analogia z H.P. Lovecraftem, który również umarł zdecydowanie zbyt szybko. Aż groza bierze, jeśli pomyśleć, co mogło jeszcze wykluć się w ich umysłach. Szczególnie, że Grabiński – co już wspomniałeś – nie był pisarzem osiadłym na laurach. Nieustannie ewoluował i eksperymentował – czego przykładem może być znakomita, choć mocno niedoceniona powieść “Klasztor i morze”, byt – chciałoby się powiedzieć – zupełnie indywidualny w jego karierze. Zupełnie odbiegająca tematyką i stylem od poprzednich utworów. Bliższa legendzie, ludyczności. Grabiński, choć ten sam, to zupełnie inny. Powieść ta, wznowiona ostatnio przez Aghartę, może być zaskoczeniem zarówno dla czytelników nowych, jak i tych z Grabińskim już bardziej obytych.

MB: Chyba dlatego “Klasztor i morze” nie znalazł się w trzytomówce Hutnikiewicza – ciężko byłoby lansować Grabińskiego jako klasyka grozy powieścią, która w bardzo wyraźny sposób flirtowała z naturalizmem. Nie był to jednak jedyny romans z “twardą rzeczywistością” – nieukończone niestety “Motywy docenta Ponowy” w założeniu swoim miały być powieścią w stu procentach realistyczną. Możliwe więc, że gdyby Grabiński nie umarł przedwcześnie, zaskoczyłby czytelników nie przerażającymi owocami swojej wyobraźni, ale całkowitą zmianą konwencji. Jest to teza prawdopodobna tym bardziej, że pod koniec swojego życia Grabiński coraz częściej zaczął zapuszczać się w rejony realizmu, czego dowodem choćby wspomniana już przez Ciebie “Wizyta”. Nie jest to nic zaskakującego w przypadku tego pisarza, ponieważ uważał on rzeczywistość za wykładnik metafizyki, w związku z czym zmieniłby zapewne jedynie formę, przekaz zostawiając niezmiennie ten sam. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że taki zwrot byłby nie lada gratką dla fanów – ja osobiście oszalałbym, gdybym mógł poznawać pisarza tej klasy na dwóch różnych, tak odległych od siebie płaszczyznach. Bardzo bym chciał, żeby “Wichrowate linie” zawierały w sobie fragmenty “Motywów…”, ale są to chyba tylko płonne nadzieje.

PM: Tak samo chętnie widziałbym publikację jego trzech dramatów i prac teoretycznych. Co przyniosą “Wichrowate linie”, czas pokaże (oby jak najprędzej!), ale przyznam, że mam co do nich spore oczekiwania, zwłaszcza, że “Klasztorem i morzem” Agharta pokazała, że nie mają zamiaru pozostawać w miejscu. Znacząco poprawili jakość wydania w stosunku do “Tragedii na wieży”, zaopatrzyli powieść w drobne ilustracje, wstęp i mnóstwo przypisów. Bardzo lubię takie podejście do czytelnika – choć spotkałem się też z osobami, które wszelkie przedmowy i posłowia uważają za zbędne czy wręcz szkodliwe dla przyjemności płynącej z czytania. Ubolewam więc nad tym, że Zysk nie skusił się na wyposażenie “Demona ruchu” w podobne dodatki. Wiele kwestii w twórczości Grabińskiego aż prosi się o odpowiedni komentarz, a umieszczenie na końcu tomiku kilku obszernych tekstów krytycznych. Choć i bez nich Grabiński, mimo wiekowości jego utworów, powinien nadal znakomicie działać na czytelnika. Trzeba przyznać, że jako horrory, jego utwory w dużej mierze zachowały ogromną świeżość i nadal przerażąją.

MB: I właśnie w tych teoretycznych opracowaniach widzę siłę małych wydawnictw: o ile “Demon ruchu i inne opowiadania” wiedzie prym pod względem komercyjnym, o tyle pozycje Kabortu i Agharty aspirują do prawdziwych perełek pod względem merytorycznym. Marzę o tym, by te dwie tendencje w końcu się połączyły i powstało wydanie jednocześnie profesjonalne i atrakcyjne dla przeciętnego zjadacza książek. Są na to szanse, bo – jak zauważyłeś – utwory Grabińskiego nie straciły nic ze swojej świeżości, więc kolejne wznowienia wydają się być tylko kwestią czasu. Swoją drogą, ciekawe, jak wyglądałaby literatura autora “Demona ruchu”, gdyby pisał on współcześnie. Jacek Dukaj pokusił o takie gdybanie w swoim tekście dotyczącym naszego ojca science-fiction i stwierdził, że “Lem dzisiaj młody” oscylowałby bardziej w kierunku Wattsa czy Egana niż “fantastyki retro”. Myślisz, że z Grabińskim mogłoby być podobnie? Że zaczynając swoją karierę dziś, trzymałby się z dala od spirytyzmu i demonologii, a raczej byłby wymieniany jednym tchem z… no właśnie, kim?

PM: Co już zostało wspomniane, większość twórczości Grabińskiego ma wspólne źródło, filozofię i model świata, który zdaje się być niezależnym od czynników zewnętrznych i epoki. W naszych czasach nie napisałby z pewnością “Ślepego toru”, ale “Szary pokój” wcale nie wymagałby obecnie większego uwspółcześnienia. Podobnie choćby “Kochanka Szamoty” czy “Dziedzina” zdają się być opowiadaniami o niemal uniwersalnym wydźwięku. Kwieciste opisy pewnie uległyby skróceniu, ale to przecież tylko sztafaż, który zmieniał się nawet za życia autora. Choćby porównanie wspomnianej “Szalonej zagrody” i “Wizyty” ukazuje pisarza o odmiennych zainteresowaniach i smaku literackim, ale jednak podświadomie czuję się jakiś wspólny mianownik tych tekstów. I ten z pewnością mógłby się ostać w naszych czasach. Diagnoza, że lokomotywy zastąpione mogłyby zostać przez samoloty i autostrady może wydaje się być trywialna, ale przypomina mi się od razu znakomite opowiadanie “Czym może być złotookie dziecko” Pawła Palińskiego, w którym autor w pewnym stopniu do tego “wiecznie żywego” demona ruchu nawiązuje, tworząc z tonącej w deszczu amerykańskiej drogi pełnej samochodów niemal żywy organizm. Spirytyzm w wydaniu przedwojennym to już raczej tylko relikt epoki, ale wszelkiego rodzaju ”wiedza tajemna”, systemy hermetyczne inspirują i inspirować będę pewnie jeszcze przez wieki. Andrzej Wie­rusz, uczony i mag z “Salamandry” to postać z jednej strony dosyć anachroniczna, z drugiej jednak posiadająca wszelkie atrybuty, które można by przetworzyć ku współczesności. Dyscyplina duchowa, kontakty z bytami efemerycznymi, z zaświatami, stosy uczonych i rzadkich ksiąg – to jest coś, co współcześnie uległo pewnemu przekształceniu, ale nadal jest obecne w horrorze. W rzeczywistości również, ale okultyzm i gnoza zwykle były domeną wybranych, raczej niekoniecznie hucznie ogłaszaną. Nie wydaje mi się, by Grabiński we współczesnej wersji miał skręcić w stronę literatury bardziej społecznej czy psychologicznej. Zarówno w swoich czasach, jak i teraz pozostałby pewnie specyficznym i niekoniecznie docenionym przez ogół indywiduum. Choć literatura grozy ostatnimi laty przeżywa w Polsce lata rozkwitu, nadal pisarzy, których można by z nim równać jest dosłownie kilku.

MB: Zgadzam się z tym, że nie zmieniłaby się jego filozofia, ale sposób ujęcia byłby bardziej współczesny, a co za tym idzie – odmienny. Grabiński z pewnością nadal obracałby się w swoich kręgach tematycznych, czyli zagadnieniach psychiki ludzkiej, wiedzy tajemnej czy żywiołu płci. Pytanie, czy nie zmieniłby wtedy środków, dzięki którym dążyłby do celu: klasyczną psychoanalizę zastąpiłby Lacanem, natomiast zjawiska paranormalne badałby za pomocą tego, co nośne dziś: “Wyspa Itongo” nie traktowałaby o spirytyzmie, a Trójkącie Bermudzkim, zaś “Księga ognia” zajęłaby się takimi zagadnieniami, jak samozapłon. A przy współczesnych wersjach “Kochanki Szamoty” czy “Czadu” oszaleliby wszyscy zainteresowani genderem. Tymi dwoma tytułami już dziś zaczęli się zajmować badacze płci kulturowej i muszę przyznać, że ich wnioski są bardzo ciekawe. Grabiński napisał te teksty nie mając pojęcia o czymś takim jak “gender”, ale widać zagadnienie to nurtowało go intuicyjnie. Jestem więc skłonny twierdzić, że literatura naszego klasyka dość znacznie by się zmieniła. Odkrywałby cały czas to samo, ale za pomocą najnowszych narzędzi – w końcu rewelacje Freuda czy Bergsona były za czasów Grabińskiego nowinkami, dlatego uległ ich urokowi. Podobnie rzecz mogłaby by się mieć współcześnie. Jednak jedno jest pewne – również dziś pozostałby on pisarzem specyficznym, którego nie można by porównywać do nikogo. Wierzę jednak, że mimo to byłby popularny bardziej, niż za życia – boom na horrory na pewno zrobiłby swoje. Porzućmy jednak rzeczywistość alternatywną i skupmy się na twardej rzeczywistości – czego byś pośmiertnie życzył Grabińskiemu z okazji tego jubileuszu?

PM: Nie wiem, czego życzyć zmarłemu, poza tym, by pamięć po nim trwała. Sobie zaś, jak i reszcie życzyłbym właściwie tego samego. By Grabiński nie tylko inspirował kolejne pokolenia czytelników, ale stanowił punkt odniesienia i wzór dla kolejnych pokoleń pisarzy, podobnie jak stale żywy w literaturze jest Edgar Allan Poe. Mniej patetycznym tonem życzyć chciałbym sobie jak najrychlejszego wydania “Wichrowanych linii” i każdego kolejnego tomiku jego utworów, czy to mniej czy bardziej znanych. Stefan Grabiński to pisarz, z którego spuścizny możemy odczuwać dumę i której zazdrościć winny nam inne narody. Równie wzniosły ton wydaje mi się być adekwatny zważywszy na dzisiejszą okoliczność. I tym tonem pragniemy zakończyć. Kto żyw, niech dziś wzniesie toast za zmarłego mistrza gatunku, za jego pamięć i znakomitą twórczość, o której pisać będziemy jeszcze pewnie nieraz.