Czarno i biało

Po ostatnim zjeździe redakcji i forumowiczów Carpe Noctem w Toruniu, na którym przy okazji II – go Letniego Festiwalu Grozy wprowadzaliśmy co bardziej wytrwałych słuchaczy między innymi w tajniki historii literatury grozy, dotarło do mnie, że myślę na wskroś literacko. Nie mam nic przeciwko prześledzeniu ewolucji motywu, jakim jest np. nawiedzony dom, postępującego w miarę kształtowania się gatunku horroru, albo przeciw dłuższemu romansowi z powieścią gotycką, będącą tego motywu zarzewiem. Żaden jednak autor, początkujący czy zawodowiec, nie chciałby chyba zaszufladkowania swojej osoby. Dlatego postanowiłem dokonać małej odskoczni, bardziej z myślą o sobie, niż o was, co mi, mam nadzieję, wybaczycie. A zatem – będzie o filmie. 

Zrobiłem niedawno eksperyment – zaszedłem do małej niepozornej wypożyczalni kaset video w mojej ojczystej małej niepozornej mieścinie. Na pytanie, czy są dostępne jakieś czarno – białe kryminały (o horrorach nawet nie śniłem), pan rozłożył ręce, wybałuszył oczy i rzekł: „Żadnych”. Nie zaskoczyło mnie to zbytnio, bo dlaczegóż na półce miałby leżeć film, którego nikt nie wypożyczy, w dodatku w małym miasteczku, gdzie kino służy za salę do szkolnych akademii? Nie znaczy to wszak, że możemy zapomnieć o czarno – białych marzeniach, uwiecznionych na celuloidzie: zwłaszcza my, którzy zawdzięczamy im upowszechnienie pierwotnego, literackiego horroru. Obeznany w temacie czytelnik z pewnością oczekuje, że za chwilę padną stare tytuły pokroju „Gabinetu doktora Caligari” (1919), „Golema” (1914), „Nosferatu” (1922) czy „Dr. Jekyll i Pan Hyde” (1920). Otóż zdecydowałem się na podróż jeszcze bardziej wstecz, do samych źródeł, co, jak liczę, mile was zaskoczy. 

Jedną z największych francuskich osobliwości XIX wieku był z pewnością teatr czarów słynnego magika, Roberta Houdina, pierwszego iluzjonisty stosującego w swych przedstawieniach najnowsze osiągnięcia ówczesnej techniki. Lata po śmierci Houdina, teatr czarów przejął zafascynowany działalnością mistrza George Melies, jak uważano, czarownik i okultysta, który uzupełnił repertuar poprzedniego właściciela o strachy w rodzaju szkieletów i mumii. Los chciał, że kiedy bracia Lumiere w 1895 roku w jednym z paryskich salonów wyświetlili swój pierwszy film, Melies znajdował się na sali. Od tamtej pory Francuz nie mógł uwolnić się od myśli o nowym wynalazku. Niezwłocznie zakupił kinematograf i zaczął eksperymentować. Rezultaty nadeszły szybko: wynalazł technikę stopklatki, umożliwiającą pokazywanie „czarów” na ekranie, pierwszy zastosował pracę w studio; wypracował również wiele innych sztuczek filmowych, dzięki którym przeszedł do historii jako praojciec efektów specjalnych. Z ponad tysiąca nakręconych przez niego filmów zachowało się około stu.

Melies pozostałby dla fanów grozy tylko jednym z pionierów kina, gdyby nie charakter tworzonych przez niego obrazów. Szybko porzucił naśladowanie braci Lumiere, skupiających się na utrwalaniu rzeczywistości nie zmienionej (moglibyśmy rzec, kręceniu filmów dokumentalnych), by przenieść na ekran potworności z teatru czarów Houdina. Tak, słusznie podejrzewacie – Melies nakręcił pierwszy horror w historii. 

„Le manoir du diable”, znany również pod tytułem „The Devil’s Castle”, co na nasz użytek możemy przetłumaczyć jako „Diabelski zamek”, powstał w 1896 roku i był niemy. Film trwa dwie minuty, fabułę da się streścić w trzech zdaniach: Do zamku wlatuje nietoperz, który po chwili przeistacza się w postać diabelską – Mefistofelesa (w tej roli sam George Melies). Czort wyczarowuje z kotła młodą kobietę, szkielety i inne straszydła. Jedno z nich chwyta za krucyfiks i usiłuje przegnać potwora.

Dziś, w dobie „Ringu”, obejrzawszy podobną scenę wybuchamy śmiechem, zaś przy innych, dużo późniejszych czarno – białych filmach najczęściej ziewamy z nudy (nie ma więc co dziwić się, że żadna zamierzająca przetrwać wypożyczalnia nie wystawi na półki podobnych staroci). Jednak „Diabelski zamek” zapoczątkował nową erę: nie tylko wprowadził na ekrany mające pozostać już tam na zawsze elementy nadnaturalne, ale także dał pierwszy szkic wizerunku późniejszego kinowego wampira (przemiana w nietoperza). Choć Melies zasłynął jako reżyser „Podróży na księżyc” (1902), kolejne horrory spod jego ręki wychodziły bardzo szybko: „The Laboratory of Mephistopheles” (1897), „The Cave of the Demons” (1898), „The Gigantic Devil” (1902), „The Monster” (1903). Warto wspomnieć także o „Une nuit terrible” („Straszna noc”), jeszcze jednym obrazie Meliesa z 1896 roku (prawdę powiedziawszy, można by się spierać, który film był pierwszy – „Straszna noc” czy „Diabelski zamek” – choć znawcy przyznają tę rangę „Le manoir du diable”), który ważny jest o tyle, że stanowi sięgającą daleko w przeszłość zapowiedź horrorów z wielkimi insektami w rolach głównych. Film opowiada o człowieku, który odpoczywając po męczącym dniu we własnym łóżku, zauważa pełzające po ścianach, nienaturalnie duże chrząszczopodobne robale. Zdenerwowany (czy też, powinniśmy rzec, wystraszony) bohater rozprawia się z niebezpieczeństwem za pomocą… płonącej świecy. 

Analizując powieść gotycką i początki literatury grozy w ogóle, prędzej czy później będziemy musieli przyznać, że horror nie jest wynaturzeniem, tworem wyalienowanym, lecz gatunkiem wywodzącym się z pnia tzw. literatury głównego nurtu. Jak widzimy, analogicznie rzeczy mają się w przypadku filmu – horror towarzyszy powstawaniu kinematografii, właściwie w pierwszych latach historia kina to historia horroru (w istocie „Diabelski zamek” uchodzi za pierwszy film fabularny). W czasach, gdy bracia Lumiere kręcą scenki obyczajowe, George Melies daje podwaliny pod grozę filmową. I choć ów reżyser – spadkobierca Houdina – ostatecznie zbankrutował, kończąc w domu starców, zaś przytłaczająca większość jego dzieł nie przetrwała, nie bójmy się od czasu do czasu zapytać w miejscowej wypożyczalni o stary, czarno – biały film.