Nowi Kingowie: były ambicje, jest porażka

Pomimo siedemdziesiątki na karku Stephen King nie zwalnia tempa – jak co roku na jesieni możemy zasiąść do lektury jego najnowszej powieści. Tyle jest pewne, za to wielką niewiadomą pozostaje jakość finalnego dzieła, bo z tym od paru lat bywa różnie. Przyznam się Wam otwarcie, że „Śpiące królewny” prawie od samego początku wywoływały we mnie sporą nieufność. Nie zachęcał opis fabuły, który sugerował nam pewną wariację na temat „apokalipsy” i budził tym samym skojarzenia ze słabym „Strażakiem” Joe Hilla. Zastanawiała kooperacja Stephena Kinga z synem Owenem, którego twórczości osobiście nie znam i po niespecjalnie entuzjastycznych recenzjach jego dzieł nigdy poznać nie planowałem. A znajomość historii powstania tej opowieści, która początkowo rozpisywana była przez obu panów pod serial, tylko to poczucie niepewności wzmacniała. Ale nieufność nieufnością, a na premierę i tak czekałem z podekscytowaniem. W końcu po paru latach zabawy z kryminałem mieliśmy dostać trochę małomiasteczkowego Kinga, którego tak lubię!

Akcja powieści rozgrywa się w Dooling w Appalachach, dawnym miasteczku górniczym, które obecnie kojarzone jest głównie z kobiecym więzieniem. Pewnego dnia świat obiega informacja, że kobiety, które zasną, zaczynają obrastać tajemniczą przędzą, budującą wokół nich coś na kształt kokonu. Przerażenie i niepewność narastają, a tajemnicza przypadłość, nazwana Aurorą, zbiega się w czasie z pojawieniem się w Dooling tajemniczej kobiety. Przedstawiła się jako Evie i wygląda na to, że może być jedyną kobietą na świecie, która może normalnie zasnąć i się obudzić. Czy jest przyczyną, czy potencjalnym lekiem na Aurorę? I jak zachowają się mężczyźni wobec tej tajemnicy i specyficznej apokalipsy?

Od samego początku poczułem się lekko zbity z tropu, bo na otwarcie dostajemy coś, czego chyba w powieści nigdy w życiu nie widziałem. Trzy i pół strony imion i nazwisk bohaterów. Wyliczenie siedemdziesięciu postaci ma mnie zachęcić do dalszej lektury? Serio? Ale nic to, zacząłem lekturę z zapałem i przyznam się, że początek jest niezły. Czuć tego typowego, małomiasteczkowego Kinga, który z jednej strony prezentuje nam szczegółowo społeczność, a z drugiej zaczyna od razu rzucać pewne tropy dotyczące nadchodzącej apokalipsy. Niech to Was jednak nie zwiedzie, bo bardzo szybko zaczynają się prawdziwe problemy. I to niestety nie takie, jakie panowie by sobie życzyli.

Pierwszym z nich jest nuda i przeokrutna rozwlekłość. Jestem fanem tych wielkich objętościowo książek Kinga, w których ma czas, aby spokojnie przedstawić bohaterów, czytelnikowi daje możliwość zaprzyjaźnienia się z nimi, a kiedy wydarzenia zaczynają eskalować jesteśmy już z nimi na tyle zżyci, że czytamy z niesłabnącym zainteresowaniem. Świetnie wyszło to choćby w „Pod kopułą”, między innymi dlatego, że przez cały czas miałem tam poczucie, że każda z tych postaci jest istotna dla całości opowieści. W przypadku „Śpiących królewien” jest inaczej, tutaj już po paru pierwszych rozdziałach miałem poczucie, że połowa wątków i postaci jest zbędna. W miarę czytania to wrażenie tylko się potęgowało, a po finale nie miałem już co do tego żadnych wątpliwości. To jest materiał na długie opowiadanie, a nie na blisko 750 stron powieści. Ta rozwlekłość powoduje, że jako czytelnik szybko zacząłem się irytować w trakcie lektury. Tym bardziej, że kompletnie nie zagrało coś, co jest Kingowym samograjem – bohaterowie.

Wspomniałem wyżej, że w książce pojawia się z siedemdziesiąt postaci. Co z tego skoro nawet pierwszoplanowi bohaterowie są na tyle nieciekawi, że praktycznie aż do końca po prostu śledziłem akcję, zamiast przejmować się losami mieszkańców Dooling. Wpływ na to w mojej ocenie miała jedna rzecz, która mocno rzutuje na odbiorze całej tej historii – dość szybko daje się zauważyć, że autorzy chcieli powiedzieć coś ważnego, a gdzieś od połowy to „coś ważnego” zamienia się w opowieść pisaną pod tezę.

Panowie postanowili stworzyć powieść ważną, poruszającą ważką tematykę i w założeniach feministyczną. Co w tym złego? Ano, jakby to zrobić dobrze to nic. Niestety „Śpiące królewny” pokazują, że faceci to generalnie agresywne, źle traktujące kobiety i Matkę Ziemię podłe świnie, które doprowadzą świat do upadku. A jeżeli są jacyś inni, to pewnie tylko dlatego, aby ich „służące” (żony/matki/córki) ich kochały i były im posłuszne. I pod ten przekaz są ustawione poszczególne postaci. Ogromna większość to reprezentanci pewnych idei, postaw, zachowań, a nie bohaterowie z krwi i kości. Co z tego, że pozornie część z nich nie jest jednoznacznie dobra lub zła (co w pierwszej chwili może dawać poczucie złożoności charakterów), skoro ich motywacje i działania są rozpisane pod konkretne wnioski?

To jednak nie wszystko. Aby było jeszcze gorzej, zarówno na poziomie fabuły, jak i dialogów, całość jest poprowadzona z subtelnością godną słonia w składzie porcelany. Nie wierzycie? To rzućmy okiem na parę cytatów:

„Co w tym złego, że raz na jakiś czas złapie którąś za to czy owo? Na litość boską! Kiedyś jak nie klepnąłeś kelnerki w tyłek, to była rozczarowana. Jeśli nie gwizdnąłeś na przechodzącą kobietę, zastanawiała się, po cholerę w ogóle się wystroiła”.

„…i tymi słowami przekonałaś mnie, że jesteś naiwna. Chłopcy wyrastają na mężczyzn. A mężczyźni są źródłem wszystkich kłopotów. To oni przelewają krew i zatruwają ziemię.”

„Bez mężczyzn podejmujemy decyzje uczciwe, nie robimy wokół nich tyle zamieszania. Zgodnie dzielimy się wszystkim, co mamy. W naszej społeczności praktycznie nie dochodzi do przemocy.”

I tak mógłbym wypisywać w nieskończoność. To jest pretensjonalne, grające na najprostszych stereotypach i maksymalnie seksistowskie! W którymś momencie doszedłem do wniosku, że jak na powieść z tezą i pozornie o feministycznym, a więc równościowym, przesłaniu, to aż niesamowite z jak seksistowską prozą mamy do czynienia. Zaprezentowałem parę dialogów, niemniej fabularnie działa to podobnie. W ramach ilustracji powiem tylko, że mamy cały, długi rozdział, którego jedyną pointą jest znalezienie gumowej sex-lalki, służącej za niemalże ostateczny argument potwierdzający, że faceci to zło. Ręce mi wtedy opadły.

Fabuła jest nudna i rozwlekła, bohaterowie nieciekawi, dialogi pretensjonalne. To może całość działa chociaż jako horror? W końcu, jak zapowiada wydawca, „One śpią, ale Wy nie będziecie mogli zmrużyć oka… Nowy horror Stephena i Owena Kinga”. No cóż, nie działa. Bo to w ogóle nie jest horror. Ani trochę. Może z jedną scenę podciągnąłbym pod grozę, jednak reszta to obyczajówka z silnym wątkiem fantastycznym, niemniej utrzymanym raczej w baśniowym klimacie. I ten element fantastyczny niestety także wypada słabo. Dane nam będzie zobaczyć „nowy wspaniały świat”, ale – nie wierzę, że to piszę – ten drugi świat jest jeszcze nudniejszy i jeszcze gorzej rozpisany niż akcja w Dooling!

Mógłbym psioczyć na jeszcze wiele kwestii. Na finał, który – choć dość dynamiczny – po prostu wpisuje się w tezę autorów, a nic nam nie wyjaśnia. Na zakończenie, które niszczy mi całkowicie jedynych w miarę przyzwoicie napisanych bohaterów. Na 100% Stephena Kinga w tym duecie – ponoć Owen ma swój styl, ale tu w ogóle tego nie czuć. Zanim jednak przejdę do podsumowania, chciałbym pochwalić jedną rzecz: okładkę Ryszarda Wojtyńskiego. Prószyński zdecydował się na dość nietypowe rozwiązanie w serii wydawniczej Kinga i mamy do czynienia z okładką, która jest rozrysowana jako całość przez tył, grzbiet i front. Grafika jest ciekawa, wyciąga sporo elementów z powieści i intryguje. Mała rzecz, a cieszy.

Summa summarum, muszę powiedzieć, że moja nieufność okazała się w przypadku „Śpiących królewien” w pełni uzasadniona. Potencjał tej książki został całkowicie zmarnowany. Gdyby ją skrócić (tak o dwie trzecie), zniuansować rys postaci, subtelniej poprowadzić poszczególne wątki, to mógłby być ciekawy głos w cały czas trwającej dyskusji na temat relacji kobiet i mężczyzn. W takiej formie jest to lektura, której nie mógłbym polecić nikomu. Ujęcie tematu irytuje zamiast skłaniać do refleksji, rozwlekłość nuży, a mnogość postaci nie przekłada się na jakiekolwiek zainteresowanie ze strony czytelnika. Były ambicje, jest porażka.

  • Sylwester Kozdroj

    Podsumowując: zamiast horroru jest dramat.
    Miałem nadzieję, że tym razem dostaniemy choć trochę dawnego Kinga z uwagi na to o czym pisałeś: powieść była reklamowana jako horror. Cóż, kupiłem i pozostaje mi liczyć wyłącznie na dobrą powieść gawędziarską z obrazem amerykańskiego społeczeństwa w tle, choć i z tym – jak wspominasz – są problemy. Wielka szkoda, bo owa obyczajowość podawana przez Kinga w jego specyficzny sposób była magnesem, który stale przyciąga mnie do jego powieści. Jeżeli w „Śpiących Królewnach” zawodzi nawet na tej linii to w takim razie… King się skończył?

  • Czyli tak, jak się spodziewałem. Już z samego opisu wydawcy wydawało mi się to najbardziej prymitywną mizandrią – a zważywszy na fakt, że autorzy to mężczyźni, jasne było dla mnie to, że to raczej mizandria popkulturowa najgorszych lotów, stereotypowa. Pisana właśnie pod tezę czy też koniunkturę, bo bzdety typu „wszyscy mężczyźni to dranie” i ogólnie bezsensowne opozycje „my-oni”, mające budzić poczucie wyższości we frakcji „nas”, zawsze się sprzedadzą. Ale nie tylko z tego powodu (i przekonania o kiepskiej wartości literackiej „dzieł” Kinga w ostatnich latach) trzymam się z daleka. Dla mnie to po prostu próba sprzedaży czegokolwiek na fałszywej nucie deklaracji o mówieniu o ważnych tematach. Wykorzystywanie kolejnej fali ruchów feministycznych w podobny sposób jest po prostu chamskie, bezczelne i naprawdę trudno się na to nabrać. Virginia Woolf przewraca się w grobie.

    • Agnieszka Brodzik

      Tak, właśnie tak. Książki nie czytałam, ale nie lubię takiego wykrzywiania idei feminizmu, który nigdy nie powinien być utożsamiany z nienawiścią do mężczyzn.