Bezmyślni bogowie

Lovecraft powinien pozostać dla współczesnej kultury figurą niewygodną – w jego życiu próżno znaleźć coś ciekawego, do tego mizogin, rasista, nie był nawet dość biedny by wzbudzić zainteresowanie. Wrzucony w nasze czasy zawyłby z przerażenia, lub – jak słusznie zauważa Stephen King – nie schodził z internetowego czatu (bloga, forum, do wyboru). Jego rasizm wynikał raczej z osobistego niepowodzenia i znikłby gdyby zdołał osiągnąć stabilność materialną, z kolei nikłe zainteresowanie kwestią erotyki wydaje się dziwne tylko w epoce MTV i kamerek internetowych. Czyli nie dziwadło, ani potwór, gorzej – cichutki, nudny facet.

Komiks Lovecraft wedle scenariusza Rodionoffa i Cromwell Stone Andreasa to nie tylko pomniki zbudowane z obrazków, ale i próba analizy fenomenu człowieka postawionego wobec grozy kosmicznej. Rodionoff konsekwentnie racjonalizuje, wykorzystując w pełni założenia pomysłu wyjściowego. Bohaterem jest komiksu jest sam Lovecraft, doświadczający świata, który opisywał w swych książkach. Kontakt z kosmiczną grozą okazuje się genetyczny – takie same kłopoty mieli jego protoplasci – Lovecraft pozostaje skazany na niesamowitość, a jego wyciszenie wynika z konieczności.

Fabuła rozpina się pomiędzy naciskami przedwiecznej grozy na światek Lovecrafta a próbami ułożenia sobie życia w oparciu o miłość, słowem, nieszczęsny pisarz nieustannie próbuje sprawdzić się w normalności. Świat i życie są przeciw niemu, on ku nim jednak ciąży. Nic z tego, taką kartę wyciągnął i cześć, a Rodionoff pozwala sobie na nachalny freudyzm sugerując noszenie dziewczęcych fatałaszków w dzieciństwie jako przyczynę seksualnego zagubienia pisarza. Podobnie rysunki stanowią mieszaninę doskonałego wyczucia i zapędzenia w zbytnia dosłowność, sprowadzającą niepojęte do trzech wymiarów macek, kłów i pazurów.

Inaczej Cromwell Stone, olśniewający rysunkiem do tego stopnia, że zapominamy o kłopotach ze scenariuszem. Wydaje się, że tak jak Rodionoff tłumaczy Lovecrafta przez słowo, tak Andreas wyjaśnia obrazem. Zawiązanie akcji – coroczne zniknięcie jednego z grupy ocalałych po katastrofie okrętu – stanowi właściwie pretekst do szalonej jazdy przez inne wymiary powtłaczane w najdziwniejsze kadry pod słońcem. Andreas nieustannie zmienia perspektywy, tnie karty na paski lub rzuca całostronicową planszę, i to taką, że odbiera oddech. Pomijam już niezwykły talent – Cromwell Stone to efekt pracy tak morderczej, że dech zapiera. Autor, jeśli wierzyć wywiadom, pracuje piórkiem codziennie od rana do wieczora, a jeden kadr potrafi rysować trzy miesiące.

Andreas, zaczyna tam gdzie Rodionoff skończył, pomijając naskórkową estetykę macek, koncentrując się na tworzeniu wrażenia grozy kosmicznej i tu zbliża się do autora Zewu Cthulthu bardziej niż ktokolwiek wcześniej. Opowieść o stwórcach świata, wszechpotężnych, ale też ślepych, nie zainteresowanych własnym dziełem i najpewniej głupich jak ślimaki, do których są podobni, wykręca żołądki. Andreas, ustawiając swoje dziwaczne kadry, wykręcając ciała i horyzonty, usiłuje zbliżyć się do niewyrażalnego przecież, nieeuklidesowego universum Lovecrafta. Czytelnych nawiązań jest więcej – Bóg roztrzaskujący się na ziemi, to, jak mówią, gruba sprawa.

Cromwella Stone’a może, oczywiście, odczytać, pojąć i przejeść się nim ktoś, kto z Lovecraftem się nie zetknął, (co w wypadku dzieła według Rodionoffa jest raczej nieprawdopodobne), ale nawet traktowany w kategoriach trybutu jest chyba najoryginalniejszym, najbardziej twórczym nawiązaniem do lovecraftowskiego świata. Zastanawiające – kreacja, która wyszła z ludzkiej małości, pozostaje jej zupełnie pozbawiona.