Akademia Literatury Popularnej #8

Wydawać by się mogło, że realizm i fantastyka pasują do siebie jak pięść do nosa. Pomijając takie hybrydyczne konwencje gatunkowe jak realizm magiczny, nurty te zwykle są umieszczane przez czytelników na dwóch zupełnie przeciwstawnych biegunach literatury. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Realizm i fantastyka współistnieją ze sobą ściśle nie tylko w „hybrydycznych konwencjach”, ale też w utworach, które są kwintesencją fantastyki grozy. I nie chodzi tutaj o jakieś wyjątki od reguły, ponieważ dzieła fantastyczne przejawiające tę tendencję stanowią znaczną większość. Dostrzegane i akcentowane jest to również przez teoretyków literatury:

Fantastyka to cudowność, to wydarzenie niezgodne z panującym wyobrażeniem o świecie, zachodzące w środowisku jak najbardziej normalnym, empirycznym, czy, jak kto woli, rzeczywistym. Dlatego, jak twierdzi Roger Caillios, najlepszymi twórcami opowiadań fantastycznych byli wielcy realiści. W trudzie i znoju rekonstruuje się w utworze otaczającą autora i odbiorcę warstwę cywilizacyjną, umacnia się i tak wrośnięte w psychikę przekonanie o jej jedyności i wszechwładzy, by potem dla efektu zaskoczenia, dla wzbudzenia uczuć grozy i zadziwienia zburzyć ten „iluzoryczny” ład jedną małą demonstracją działania sił, które do tego świata nie pasują.

W fantastycznym dziele literackim mielibyśmy więc dwie warstwy: realistyczną, za pomocą której czytelnik wprowadzany jest w wykreowany świat, który zgadza się z jego światopoglądem i doświadczeniem oraz fantastyczną, która przełamuje przez swą kontrastowość ten naturalny porządek, budząc tym samym w odbiorcy poczucie niepokoju, niesamowitości czy też grozy. Dan Simmons w swoim genialnym Terrorze idzie jeszcze dalej: naszpikował powieść fachową terminologią oraz opisami tak szczegółowymi, że gdyby nie warstwa fantastyczna, to można by pomyśleć, że mamy do czynienia z dziełem na wskroś naturalistycznym. Tak wielkie starania byłyby zbędne, gdyby chodziło tylko i wyłącznie o zrekonstruowanie warstwy realistycznej, która wprowadzi czytelnika w świat przedstawiony. Za takim podejściem musi się kryć coś więcej, co postaram się za chwilę wykazać.

Akcja powieści rozpoczyna się w 1847 roku, kiedy to dwa statki, Erebus i Terror, utknęły na zamarzniętym morzu w pobliżu bieguna północnego. Minęły już ponad dwa lata od czasu, kiedy ekspedycja kierowana przez sir Johna Franklina wyruszyła w poszukiwaniu osławionego Przejścia Północno-Zachodniego. Srogie zimy oraz bardzo chłodne lato sprawiły, że lód wiążący oba okręty nie stopniał, wskutek czego podróż nie może być kontynuowana. Jakby tego było mało, na członków załogi poluje tajemniczy potwór, który przypomina niedźwiedzia polarnego, jednak jest dużo większy, potężniejszy, a co ważniejsze – niezniszczalny. Załoga podejrzewa, że powodem ich nieszczęść jest tajemnicza lady Cisza, którą przygarnęli na statek. Jest to Eskimoska, której mąż został przez przypadek zastrzelony przez marynarzy. Od tamtej pory nawiedza ich ów tajemniczy stwór. Nie mogą się porozumieć z Lady Ciszą, ponieważ ma ona ucięty język, ale jej zachowanie budzi coraz większy niepokój wśród uwięzionych na lodzie.

Najpierw, by nie być gołosłownym, postaram się w skrócie zarysować, z jak ogromnym pietyzmem Dan Simmons wplótł w fabułę swojej powieści elementy zgodne z realiami i fakty historyczne. W skrócie, ponieważ gdybym chciał opisać wszystko po kolei, zajęłoby to dużo więcej czasu niż sama lektura pokaźnej cegiełki, jaką jest Terror. Przedstawię tylko garść wybranych fragmentów, by pokazać, o co się rozchodzi.

Powieść niemal od samego początku uderza czytelnika fachowym słownictwem: „Z powodu mgły, która nadciągnęła wcześniej, podczas krótkiej godziny szarówki, będącej dla nich teraz jedyną namiastką dnia, musieli usunąć i złożyć w luku trzy stengi, bramstengi, górny takielunek i najwyższe drzewca”. Jest to jeden z wielu fragmentów, w czasie których ktoś nieobeznany z terminologią marynistyczną może odnieść wrażenie, jakby czytał powieść z gatunku science fiction, gdzie jest masa nieznanych urządzeń: „drablinka”, „grotmaszt”, „reling”, ‘”trzpień” to tylko niektóre określenia, które umacniają realizm omawianego utworu. Szczegółowość w opisach obecna jest nie tylko przy okazji spraw związanych z okrętami, ale też przy opisie objawów szkorbutu:

Wrzody i krwotoki na całym ciele. Krew wylewająca się pod skórą. Krew wypływająca ze skóry. Wypływająca ze wszystkich otworów na ciele, nim jeszcze choroba zacznie się na dobre – z ust, uszu, oczu, tyłka. Sztywnienie kończyn, co oznacza, że najpierw ręce i nogi was bolą, a potem robią się okropnie sztywne. Nie chcą się ruszać. Będziecie niezdarni jak ślepy wół. Potem zaczną wypadać wam zęby. (…) A kiedy zaczną wypadać zęby – mówił dalej lekarz – sczernieją wam też wargi. Sczernieją i odsuną się na górę i na dół, jak wargi trupa. Spuchną wam też dziąsła. I będą śmierdzieć. To jest właśnie źródło straszliwego smrodu, który wszyscy kojarzą ze szkorbutem. Dziąsła, które gniją i ropieją od wewnątrz.

Przyznać trzeba, że jest to opis, którego nie powstydziliby się najwięksi nawet naturaliści. Szczegółowość, która wręcz poraża. Przytoczone przykłady stanowią jedynie tło utworu. Była to jedynie przystawka przed głównym daniem, jakim jest niesamowita zgodność opisywanych wydarzeń z faktami historycznymi.

Wyprawa sir Franklina w 1845 roku istotnie miała miejsce, a jej celem było odnalezienie Przejścia Północno-Zachodniego. Oficerami tych okrętów, poza Franklinem, byli m.in. Crozier, Fitzjames, Gore, Le Vesconte, Des Voeux, Sargent, Couch, Little, Hogson, Irving. Wszyscy oni są również bohaterami omawianej powieści. Biografia przywódcy ekspedycji również jest zgodna z tym, co przedstawione jest w książce. Jego pierwsza żona, Eleanore, zmarła na gruźlicę. Był uczestnikiem bitwy pod Trafalgarem, przed opisywaną wyprawą brał udział w innych ekspedycjach polarnych. W czasie jednej z nich, z głodu, zmuszony był zjeść obuwie i od tamtej pory nazywany był przez ludzi „człowiekiem, który zjadł własne buty”. Lata 1845-1846, w wyniku uwięzienia okrętów przez lód, spędził on w pobliżu Wyspy Beechey, co również zostało odnotowane w powieści. Zmarł 11 czerwca 1847 roku.

Wszystko się doskonale zgadza. Badacze odkryli, że zdziesiątkowane załogi, pozbawione znacznych zapasów pożywienia i opału, 22 kwietnia 1848 roku opuściły zamrożone okręty i postanowiły wydostać się z lodowej krainy drogą lądową. W Terrorze Simmonsa znów mamy zgodność z tymi ustaleniami – marynarze, dowodzeni przez Croziera, który jest jednocześnie głównym bohaterem powieści, zeszli na ląd dokładnie tego samego dnia[1]. Po pewnym czasie Crozier i Fitzjames postanowili odnaleźć kopiec, w którym posłannik Franklina umieścił wiadomość dla ekspedycji ratunkowych. Oficerowie nie znali jej treści wcześniej, przeczytali ją dopiero wtedy:

28 maja 1847. HMS Erebus i Terror zimują na lodzie na 70◦05’szerokości geograficznej północnej i 9823’ długości geograficznej zachodniej. Zimę 1846-47[2] spędziły przy wyspie Beechey na 7443’28’’ szerokości geograficznej północnej i 9039’15’’ długości geograficznej zachodniej po dopłynięciu do 77 szerokości geograficznej północnej w Cieśninę Wellingtona i powrocie wzdłuż zachodnich wybrzeży Wyspy Cornwallisa (…)

Aby się przekonać, jak bardzo jest to zgodne z prawdą, wystarczy porównać ten fragment powieści z oryginalny dokumentem, który został znaleziony przez jedną z ekspedycji ratunkowych. Znajduje się on tutaj.

Zgodność z faktami historycznymi jest momentami tak piorunująca, że można odnieść wrażenie, iż Simmons nie tyle tworzy powieść na ich podstawie, ale wręcz podporządkowuje im wydarzenia fabularne! Mam tutaj na myśli przykrą śmierć porucznika Irvinga, który chciał pozyskać przychylność Eskimosów, wręczając im swoją lunetę. Zaraz po tej próbie nawiązania przyjaznych kontaktów został zabity przez członka załogi Terroru, mata uszczelniacza Hickey’a, który potem tak zrelacjonował wydarzenia, że wszyscy myśleli, iż Irving został zabity przez autochtonów na tle rabunkowym, a celem była m.in. jego luneta. Tak opisywał to jeden z żołnierzy: „Tak jest, komandorze. Pan Hickey mówił nam, że widział, jak Eskimosi zabrali Johnowi… porucznikowi Irvingowi… jego lunetę i torbę, zanim zabili go na wzgórzu”. W czasie pogrzebu ciało porucznika nie zostało spuszczane do grobu samo: żałobnicy „zostawili obok jego ciała kilka oznak swojej sympatii i oddania – odzyskaną lunetę, którą Irving tak sobie cenił”.

Cały ten długi wątek poboczny został skonstruowany po to, by powieść była zgodna ze świadectwami, wedle których na miejscu obozu polarników znaleziono różne ciała, a „w jeszcze innym miejscu leżał oficer z przytroczoną do ramienia lunetą”. Tak wydawałoby się mało istotne szczegóły stały się pretekstem do napisania całkiem rozbudowanych motywów. Wypada więc wrócić do pytania, które zadałem na początku: skoro warstwa realistyczna zbudowana jest z tak wielkim pietyzmem, wypada się zastanowić, czy autor faktycznie włożył tyle trudu i wysiłku w jej budowę tylko po to, by przełamać ją jakimś wątkiem fantastycznym. Wydawać by się mogło, że skoro autor tak bardzo się starał, to swego rodzaju marnotrawstwem byłoby psucie tego wszystkiego przez wątek całkowicie wyjęty z kapelusza. I ta myśl była dla mnie olśnieniem – w takim razie warstwa fantastyczna również musi mieć gdzieś swoje korzenie. Musi opierać się na czymś, co będzie można w jakiś sposób zweryfikować.

Pomysł ten szybko przyniósł rezultaty. Jednym z ważnych wątków fantastycznych jest umiejętność przewidywania przyszłości przez głównego bohatera, Croziera. Kiedy skończyły się mu zapasy ukochanej whiskey, bardzo ciężko przeżywał detoks – wymiotował, nie potrafił się ruszyć z łóżka i – mówiąc nieelegancko – robił pod siebie. Miał też różne wizje. Jak łatwo się domyślić, są one zgodne z faktami historycznymi:

Crozier widzi, że lady Jane opowiada o tym całemu światu. Będzie mu (sir Franklinowi – M.B.) wysyłać całe sterty i pliki listów, oddając na pokład statków ratunkowych… statków marynarki wojennej, oczywiście, ale zapewne też statków prywatnych, wynajętych za pieniądze samej lady Jane lub jej zatroskanych przyjaciół.

lub:

Czy pierwszy lord Admiralicji ogłosi w Izbie Gmin, że wyznacza nagrodę za uratowanie sir Johna i jego ludzi? Crozier sądzi, że tak właśnie będzie. Ale ile? Tysiąc funtów? Pięć tysięcy funtów? Dziesięć tysięcy? Crozier zaciska mocno powieki i widzi wyraźnie, jakby na dokumencie, który ktoś podsuwa mu pod oczy, sumę dwudziestu tysięcy funtów (…)

I wszystko to jest prawdą: „Nawet gdy nie było nadziei na odzyskanie jej męża, Jane Franklin nie chciała się poddać. Nieugięta, otrzymała pomoc admiralicji, następnie prezydenta Stanów Zjednoczonych, a w końcu samego cara Rosji.” Z kolei brytyjska admiralicja, jak zauważył słusznie Crozier, „oferowała każdemu, komu uda się wyjaśnić losy wyprawy Franklina, 20 000 ₤ nagrody”. Widać więc, że ten wątek fantastyczny również jest nacechowany ogromnym pietyzmem, z jakim autor tworzył swoją powieść. Droga interpretacji wydaje się być więc słuszna. Ale gdzie szukać informacji o tajemniczym lodowym stworze, który terroryzuje Terror? Odpowiedź nasuwa się sama: w mitologii eskimoskiej:

Ważnymi dla Eskimosów zwierzętami rządzą istoty nadprzyrodzone, ich przywódcy. Wyglądają prawie tak samo jak inne zwierzęta, ale są większe, potężniejsze. Mają niezwykłe spojrzenie i wewnętrzną moc. Mogą przemieniać się w pół ludzi, pół zwierzęta. Nie można ich zabić, rzadko pokazują się ludziom. (…) Największym szacunkiem Eskimosi darzą Matkę Karibu, nazywaną Tungtut Igfinanut, Pakitsumảnga, Tekkeitsertok. Matka Fok ma postać foki brodatej, a władcą niedźwiedzi polarnych jest Nanuq (Nanook).

Tajemniczy potwór spełnia wszystkie te cechy. Zabija niemal nieustannie, ale pojawia się w powieści bardzo rzadko. Kiedy jednak można go już dojrzeć, widać podobieństwa z Nanookiem. W powieści często zwraca się uwagę na to, że chodzi raz na dwóch, raz na czterech łapach: „Tymczasem potwór zbliżał się do niego, czasami idąc na czterech łapach, czasami maszerując na dwóch jak człowiek”. Zwraca się też uwagę na jego niezwykłe spojrzenie: „Czarne oczy zawieszone trzy stopy nad nim i wpatrzone w niego, oczy drapieżnika szukające duszy…”. Wreszcie, by rozwiać już wszelkie wątpliwości co do pochodzenia potwora, w powieści podana jest wskazówka wprost od umierającego Eskimosa. Potwór wprawdzie ma imię Tuunbaq, jednak jeśli wczytamy się w słowa Eskimosa, dojrzymy, że to Tuunbaq to właśnie Nanuq:

Angaktut tuquruq! Quarubvitchuq… angatkut turquq… Paniga tuunbag! Tanik… naluambiu tuqutauyasiruq… umiqpak tuqutauyarisruq nanuq tugutkaa! Paniga… tunbaq nanuq…angatkut ququruq!

Wreszcie, pod koniec utworu jest napisane, że Eskimosi, których Crozier „poznał w ciągu dwóch lat, nazywali go (potwora – M.B.) nanuq”. Potwora z lodu mamy więc wyjaśnionego. Nie jest to jednak jedyny mit umieszczony w Terrorze, o czym za chwilę.

Crozier w końcu zostaje jedynym członkiem załogi, który przeżył. Ranny i wyczerpany został wzięty pod opiekę lady Ciszy, która zaczęła się z nim porozumiewać telepatycznie. Wyjaśniło się wtedy, dlaczego Cisza nie ma języka: należy ona do sixam ieua, tajemniczej kasty szamanów, którzy poświęcając mowę ludzką, potrafili się porozumiewać z Tuunbagiem. Szybko się okazało, że Crozier również jest jednym z wybranych i podczas rytuału, w czasie którego potwór odgryza mu język, zostaje przyjęty do sixam iuea, a sam żeni się z Ciszą, z którą potem ma dwójkę dzieci.

I teraz najważniejsze pytanie tej interpretacji: dlaczego biały człowiek, czyli kabloona, został przyjęty do tak ważnej kasty? Powyższe wywody są chyba wystarczająco przekonujące, by wiedzieć, że odpowiedzi na to pytanie też należy szukać w mitologii. W Terrorze opowiedziany jest kolejny mit, tym razem o powstaniu Bogini Morza, zwanej Sedną. Była ona zwykłą dziewczyną, która postanowiła wyjść za ptaka (było to w czasach, kiedy ludzie i zwierzęta mówiły jednym językiem). Mąż okazał się dla niej bardzo surowy, wobec czego zabiła go wraz ze swym ojcem i uciekła z krainy ptaków na morze. Jednak pobratymcy zamordowanego szybko znaleźli uciekinierów na wodzie i zaczęli ich atakować. Przerażony ojciec wyrzucił córkę za łódkę, wierząc, że wtedy sam ocaleje. Ona jednak trzymała się palcami burty, więc stary Eskimos je odciął. Odcięte palce stały się zwierzętami morskimi, a sama dziewczyna, która padła na dno, stała się Boginią Morza.

Historia przedstawiona w Terrorze jest w stu procentach zgodna z prawdziwą wersją mitu. Tak samo zgodne jest mówienie w powieści o tym, że każde żywe stworzenie ma w sobie pierwiastek duchowy, który jest nieśmiertelny. „Każda grupa Eskimosów miała własne określenie tego duchowego pierwiastka. Obecnie najczęściej stosuje się termin inua”. I tak też jest on określany w książce. Jest tam też napisane, że po śmierci człowieka, jego inua pojawia się w ciele dziecka z nim spokrewnionego. „W ciele każdego dziecka, prócz dziecięcego ducha życia, mieszka inua  dorosłego – ojca, wujka, dzidka, pradziadka, matki, ciotki, babki lub prababki wraz z przynależną im mądrością i zdolnościami”. W mitologii eskimoskiej również można znaleźć mit, wedle którego możliwe są „ponowne narodziny mężczyzny po jego powrocie ze świata umarłych”.

Wreszcie te mity zostały ze sobą połączone w powieści. Tutaj już kończą się informacje, które możemy zweryfikować. Problem z wierzeniami Eskimosów polega na tym, że są one tak oderwane od naszych doświadczeń, że nie potrafimy ich w pełni pojąć. Przykład? Choćby sam fakt, że takie byty jak Sedna, inua, czy Nanuq postrzegamy jako odrębne jednostki. Postrzegamy wierzenia Eskimosów przez pryzmat naszej kultury, porządkujemy je w swoistej hierarchii, której tak naprawdę nie ma. „Dla ludów Dalekiej Północy mówienie o bogach i panteonie byłoby niezrozumiałe”. Ich wierzenia nie istnieją na zasadzie „siatki”, „organizacji” czy też panteonu właśnie, tworzą one po prostu pewne „siły nadprzyrodzone”. Dlatego, mimo że nie mamy danych, by zweryfikować takie połączenie mitów, jakie zaserwował Simmons w Terrorze, nie powinno się traktować tego w żadnym wypadku jako błąd czy też wyłamanie się autora ze swojej „konwencji pietyzmu”. Widać tu raczej świadomość pisarza, który zdaje sobie sprawę z tego, że wierzenia Eskimosów stanowią – myślę, że to będzie najtrafniejsze określenie – system, który jednak nie dzieli się na jednostki.

Przejdźmy więc do dalszej interpretacji.

Sedna, chcąc pokonać innych bogów, stworzyła istotę o nazwie tupilek. Był to potężny duch, który za zadanie miał zniszczyć m.in. Silę, Boginię Wiatrów. Jednak kiedy tupilek nie potrafił wykonać swojego zadania, obracał się przeciw swemu twórcy. Tak było w przypadku Sedny. Kiedy Sila pokonała tupileka, ten zaatkował Boginię Morza. Ta jednak przewidziała taką możliwość i zawczasu wygnała go na powierzchnię ziemi, gdzie siał terror jako, jak łatwo się domyślić, Tuunbaq. Wielcy szamani stworzyli wtedy wspomnianą już kastę sixam iuea, która potrafiła zapanować na stworem. Szybko jednak okazało się, że potwór ten jest niezbędny ludziom:

Sixam iuea wiedzieli dzięki swym niezwykłym zdolnościom, że kiedy kraina Tuunbaqa zostanie w końcu najechana przez bladych ludzi – kabloona – to będzie początek Końca Czasów. Zatruty białymi duszami kabloona Tuunbaq zachoruje i umrze. Prawdziwi Ludzie zapomną swojego języka i zwyczajów. W ich domach zapanują pijaństwo i rozpacz. Mężczyźni zapomną o życzliwości, będą bić swoje żony.

Crozier, jako wybraniec, dostrzegł w swojej wizji to, co było przyczyną początku Końca Czasów. Widzi on mianowicie szalupę ratunkową, gdzie leżą dwa szkielety. Jeden jest roztrzaskany w drobny mak, zaś drugi

jest nietknięty, wciąż ma na sobie strzępy czegoś, co wygląda jak resztki oficerskiego płaszcza i wierzchniego okrycia. Ma czaszce tkwią pozostałości czapki. Ten szkielet siedzi na rufie, na ławce wioślarza, i wyciąga kościste ręce ku dwóm strzelbom opartym o burtę. U stóp szkieletu leżą sterty wełnianych koców i ubrań oraz przysypana częściowo śniegiem torba z grubego płótna, wypełniona nabojami do strzelby. Na dnie łodzi, między nogami szkieletu leży pięć złotych zegarków i coś, co wygląda jak trzydzieści do czterdziestu oddzielnie zawiniętych kawałków czekolady. (…) Na całej długości dna między dwoma szkieletami leżą (…): dwie rolki blachy, płócienne nakrycie na łódź, osiem par butów, dwie piły, cztery pilniki, sterta gwoździ, dwa noże (…) oraz sześć książek: pięć egzemplarzy Biblii i Pastora z Wakefield (…).

Szkielety te bez wątpienia należą do Hickey’a (miał na sobie płaszcz Croizera, który ten wyrzucił w czasie ucieczki) oraz Magnusa Mansona:

Hickey wstał wtedy ze swojego tronu na rufie, przeszedł obok strzelby i torby z nabojami, nad ławką dla wioślarzy i stertą czekolady (…), obok pił, gwoździ i zwiniętych w rulon arkuszach ołowiu (…), a potem jednym kopniakiem rozrzucił stertę Biblii

Widać bez wątpienia, że w swojej wizji Crozier widział trupy Hickey’a i Mansona, który potem został przez potwora z lodu roztrzaskany tak, „jak człowiek rozbiłby szklaną butelkę lub porcelanową lalkę”. Dlaczego jednak to jest tak istotne? Czemu dwójka dezerterów – a raczej ich trupy – pojawiła się przed oczyma głównego bohatera? Dlatego, że właśnie w chwili ich śmierci Tunbaaq się zatruł. Nic w tym dziwnego, bowiem Hickey był taką gnidą, że jego dusza zawierała w sobie bez wątpienia wszystkie brudy tego świata:

Było to ostatnie słowo, jakie Hickey wypowiedział w swym życiu, a właściwie nie słowo, lecz długi, pełen bezbrzeżnego przerażenia jęk. Hickey czuł, jak ostatni oddech opuszcza jego ciało, wypływa z jego piersi, przesuwa się przez gardło i wylatuje z ust, przeciskając się między zębami, natychmiast jednak uświadomił sobie, że to nie oddech, lecz jego duch, nieśmiertelna dusza.

Potwór wchłonął ją.

Nagle jednak monstrum parsknęło, sapnęło i cofnęło się o krok, trząsając łbem, jakby połknęło niechcący coś wyjątkowo niesmacznego.

I faktycznie, kultura Eskimoska zaczęła się załamywać od tego momentu. Hickey zginął w 1848 roku, a w

drugiej połowie XIX w. kontakty Eskimosów z cywilizacją Zachodu stały się jeszcze bardziej intensywne. (…) Eskimosi zmienili tryb życia i uzależnili się od pomocy z zewnątrz. W drugiej połowie ubiegłego wieku dawna kultura przestała istnieć. Pojawiły się za to nowe problemy: bezrobocie, przestępczość i takie choroby cywilizacyjne, jak alkoholizm i narkomania.

Simmons, znając z perspektywy czasu upadek kultury eskimoskiej, kolejny raz doskonale połączył fakty historyczne z mitologią. Nadal jeszcze nie odpowiedziałem na pytanie, dlaczego Cozier został wybrany? Już wyjaśniam. Bezpośrednio po wizji szalupy z trupami pojawił się kolejny obraz, gdzie widział on siebie odprawiającego rytuał przyjęcia go do sixam iuea, co sugeruje, że te dwa wydarzenia są bezpośrednio powiązane. A skoro są powiązane, to można uważać Croziera za kogoś, kto uratuje cywilizację Eskimosów.

Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że tak jest istotnie, a rozwiązanie kryje się w dzieciach jego i Ciszy, a konkretnie ich córeczce. Każdy sixam iuea ma swoje sekretne imię, którego nie zna nikt inny. Crozier nie zna sekretnego imienia Ciszy, ona nie zna sekretnego imienia Croziera. Są one przeznaczone tylko i wyłącznie dla nich. Ba, nawet czytelnik nie może ich poznać. Jedyną osobą, której sekretne imię można poznać, to „Maleńka Kanneyuk (której sekretne imię sixam ieua brzmiało Arnaaluk)”. Dziecko naprawdę musiało być przepotężne, skoro przełamało zakaz nałożony na innych szamanów. I w istocie było potężne: bogini Sedna, o której pisałem wcześniej, znana jest też pod innymi imionami: Nerrivak, Meghetagha, Arnakapfaluk czy… Arnảluk właśnie.

Warto też zaznaczyć, że siedziba bogini znajdowała się w świecie umarłych, wobec czego można już bez wahania uznać, że jej inua obecne jest w dziecku Croziera i Ciszy. Dlatego był on potrzebny: do odrodzenia Bogini Morza wybrany został obdarzony darem sixam iuea człowiek morza, który spędził na nim ponad czterdzieści lat. Kanneyuk vel Arnảluk vel Sedna będzie mogła zastąpić zatrutego Tuunbaqa innym tupilekiem, który pomoże utrzymać przy życiu kulturę Eskimosów. Zwłaszcza, że jako twór bogini, w której płynie krew Prawdziwego Człowieka i kabloona, bez wątpienia nie będzie już tak wrażliwy na „zatrucia pokarmowe”. Tak właśnie odczytywałbym zakończenie powieści.

Tym wnioskiem kończymy nasze kolejne spotkanie w Akademii Literatury Popularnej. W czasie następnego na warsztat weźmiemy Dom na granicy światów Hodgsona, który zaproponował mój redakcyjny kolega Paweł Mateja. Jeżeli zaś Wy byście chcieli przeczytać analizę danej powieści w karpiowych klimatach, wpiszcie po prostu jej tytuł w komentarzach pod tym artykułem.

 


[1] Nie przywołuję tutaj cytatów z powieści, ponieważ omawiane rozdziały są opatrzone na początku datą oraz współrzędnymi geograficznymi. Przywoływanie tych „wprowadzeń” nie ma większego sensu, tylko niepotrzebnie gmatwałyby tekst.

[2] Błąd w oryginale. Sir John Franklin pomylił się, pisząc tę datę. W powieści jest to odnotowane.

——

BIBLIOGRAFIA:

B. Imbert, Wielkie wyprawy polarne, Wrocław 1996.

R. Siata, Najdłuższa podróż, http://tnij.org/siataterror, 21.07.2012 r.

M. Wydmuch, Gra ze strachem: fantastyka grozy, Warszawa 1975.

T. Walendziak, Eskimosi, Warszawa 2008.