Akademia Literatury Popularnej #4

„Można sobie skonstruować świat całkowicie nierealny, świat, w którym osły fruwają, a księżniczki wskrzesza się pocałunkami, lecz ten świat, czysto możliwościowy i nierzeczywisty musi istnieć zgodnie ze strukturami określonymi w momencie wyjściowym (trzeba wiedzieć, czy w tym świecie księżniczkę może wskrzesić jedynie pocałunek księcia, czy również pocałunek czarownicy i czy pocałunek księżniczki przywraca dawną postać księcia tylko ropuchom, czy może także, powiedzmy, pancernikom).”

Tym żartobliwym komentarzem Umberto Eco poruszył niezwykle istotny problem, który obejmuje swoim zasięgiem całą literaturą fantastyczną. Zwykło się przyjmować, że fantastyka jest polem do popisu dla nieskrępowanej wyobraźni, terenem, na którym wszelkie, nawet najdziwniejsze i najbardziej kuriozalne wizje i pomysły mogą rozrastać się, nie bacząc na granice sztywno wyznaczone przez literaturę realistyczną. Tymczasem okazuje się, że pogląd taki jest niesłuszny. Oczywiście, że sięgamy do literatury fantastycznej po to, by uciec od codzienności, by wyjść na spotkanie nieznanemu, by nasycić się zjawiskami dziwnymi i niewytłumaczalnymi, jednak nawet w obrębie tych zjawisk doszukujemy się i oczekujemy zdroworozsądkowych relacji.

Struktura świata przedstawionego w utworach fantastycznych, mimo że jest zupełnie inna od otaczającej nas rzeczywistości, musi być wewnętrznie spójna i konsekwentna. Utwory te mogą bezkarnie igrać sobie z prawami naszego świata, jednak muszą również bezwzględnie podlegać zasadom, które wpisane są w świat literacki. Łatwo można to zobrazować: jeżeli będziemy czytali klasyczną książkę o zombie, to pojawienie się żywych trupów czytelnik przyjmie bez mrugnięcia okiem. Kiedy te będą polować na ludzi i poprzez ugryzienie będą przemieniać człowieka w jednego z nich, też wszystko będzie w porządku. W chwili jednak, kiedy martwiakom wyrosną, przykładowo, skrzydła i za ich pomocą truposze uniosą się do góry, by świergolić niczym skowronki, czytelnik popuka się w głowę. Właśnie dlatego, że pogwałcone zostaną tutaj prawa „świata literackiego”.

Literatura science fiction jest takim gatunkiem fantastyki, w którym prawa świata literackiego są najbardziej rygorystyczne. Wszystkie dziwne zjawiska musiały być niejako z definicji wyjaśnione i uprawdopodobnione w taki sposób, by sprawiały wrażenie możliwej przyszłości, takiej, która przy założeniu dalszego rozwoju cywilizacji będzie na wyciągnięcie ręki. Mowa jest tu oczywiście o fantastyce retro, która to powstała w czasach, kiedy niemal wszystkie utwory science fiction rozgrywały się w przyszłości. Obecnie, wskutek rozwoju gatunku, literatura ta wcale nie musi rozgrywać się w przyszłości, by wspomnieć tutaj choćby twórczość Jacka Dukaja. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet współczesne sci-fi jest najbardziej „racjonalnym” ze wszystkich gatunków fantastyki.

Na tle powyższych rozważań ciekawie rysuje się Ubik Philipa K. Dicka – powieść ta bowiem zawiera w sobie całą masę nieścisłości, jej świat przedstawiony rozłazi się w szwach, a logicznymi zgrzytami można „z marszu” zapisać całą kartkę papieru. I to drobnym maczkiem. Przyczyny takiego stanu rzeczy mogą być dwie: albo jest spowodowany nieudolnością autora, który nie poradził sobie z własnym pomysłem, albo jest w takim przedstawieniu historii głębszy zamysł. W pierwszym przypadku możemy już zakończyć dzisiejsze spotkanie w Akademii Literatury Popularnej. Obawiam się jednak, że za takie pójście na łatwiznę Naczelna zmyłaby mi głowę, zajmijmy się więc drugą możliwością. Odstawiając jednak żarty na bok: warto przyjrzeć się tej powieści bliżej. Nie z powodu strachu przed Szefową, ale dlatego, że Dick tymi zabiegami wyprzedził swoją epokę, nie tylko w dziedzinie fantastyki, ale też szeroko pojętej literatury jego czasów.

Cała historia rozpoczyna się w 1992 roku w Korporacji Runcitera. Jest to firma, która zarabia na neutralizowaniu telepatów, którzy powoli stają się coraz większym utrapieniem społeczeństwa. Telepaci są również zrzeszeni w konkurencyjnej firmie, która najczęściej zajmuje się – jak łatwo można się domyślić – szpiegostwem gospodarczym. Telepaci zatrudniają się w danej firmie i dzięki swoim zdolnościom skutecznie wykradają cenne dla przedsiębiorstwa informacje. Korporacja Runcitera stoi po drugiej stronie barykady: jej pracownikami są inercjałowie, którzy skutecznie potrafią zaburzyć aury telepatyczne, uniemożliwiając tym samym czytanie w myślach.

Zanim przejdę do rozwoju akcji, warto jeszcze wspomnieć o moratoriach, które również są niezwykle istotne dla fabuły powieści. Jest to „odwlekalnie” śmierci – umierających ludzi hibernuje się w specjalnych kapsułach, ich funkcje życiowe ulegają wstrzymaniu, a świadomość umierających istnieje w czymś na kształt wirtualnej rzeczywistości. Bliscy mogą porozumiewać się z osobami umieszczonymi w moratoriach dzięki specjalnej aparaturze. Żeby jednak nie było tak kolorowo, każde „obudzenie” przybliża lokatora kapsuły do prawdziwej śmierci. W trakcie lektury okazuje się, że w jednym z moratoriów „pochowany” został Jory – człowiek, który pełni rolę pasożyta: potrafi on wtargnąć do świata swoich półumarłych sąsiadów i „żywić” się ich witalnością, czym przedłuża swoje „półtrwanie”.

Wróćmy do akcji powieści: Korporacja Runcitera jest jedną z największych firm „antytelepatycznych” i tym samym solą w oku niejakiego Hollisa, który jest szefem telepatów. Pewnego dnia do Runcitera przychodzi kobieta, która oferuje jego firmie intratne zlecenie: ma on udać się ze swoimi pracownikami na Księżyc, gdzie do jej firmy wniknęli telepaci. Runciter zabiera ze sobą swoich najlepszych pracowników, wśród których znajduje się Joe Chip. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że dali się zwabić w pułapkę: to telepaci chcieli się pozbyć swoich przeciwników i ściągnęli ich w miejsce, gdzie nastąpiła – mająca zabić wszystkich inercjałów – eksplozja.

Większości udaje się przeżyć, Runciter został natomiast ciężko ranny. Cała załoga czym prędzej wraca na ziemię, by umieścić szefa w moratorium. Szybko okazuje się, że to nie koniec problemów. Na banknotach dziwnym trafem pojawił się wizerunek Runcitera, pracownicy po kolei w tajemniczy sposób umierają, a rzeczywistość… cofa się w przeszłość! Jakby tego było mało, do Chipa docierają tajemnicze filmy i karteczki, które zostawił Runciter i z których wynika, że tak naprawdę tylko on przeżył, a cała reszta, wraz z Chipem, przebywa w moratorium. Szybko okazuje się, że tak było istotnie: szef korporacji przeżył, a wszyscy jego pracownicy trwają w stanie półżycia. Wszystkie te dziwy w ich świecie rozgrywały się zaś z powodu Jory’ego – podłączył się do nowych sąsiadów i wytworzył w ich umysłach iluzję rzeczywistości, by nie wiedzieli, że umarli. Nie dopuszczał, by połączył się z nimi Runciter – dlatego ten mógł zostawiać w ich „świecie” jedynie znaki w postaci filmu czy karteczek.

Ta iluzja rzeczywistości kosztowała Jory’ego masę energii i nie był w stanie jej utrzymać, dlatego cofała się w przeszłość. By zregenerować swoje siły, wysysał „życie” z kolejnych pracowników, stąd ich tajemnicze śmierci. Okazuje się też, że pozostali półżywi, którzy przebywają w moratorium, odkryli sposób, by obronić się przed pasożytem: jest to właśnie Ubik, specyfik, który chroni ich przed działaniem Jory’ego. Chip na szczęście wchodzi w jego posiadanie i udaje mu się przeżyć. To jednak nie koniec: w ostatniej scenie Runciter, który miał być jedynym żywym ze swojej firmy, odkrył, że w jego portfelu znajdują się monety z wizerunkiem Chipa.

Mam nadzieję, że ten przydługi opis fabuły nie znużył naszych Czytelników. Był on konieczny, by wskazać nieścisłości fabularne. Przede wszystkim, co ma znaczyć zakończenie? Wszystko wskazuje na to, że szef Korporacji umarł wraz ze swoimi pracownikami. Jeśli tak, to po pierwsze: jakim cudem Jory stworzył dla niego zupełnie inny świat, skoro już ten jeden wykreowany dla reszty bohaterów był ponad jego siły? Poza tym, jeżeli wszyscy umarli, kto ich zaniósł do moratorium? Ich ciała powinny nadal leżeć na Księżycu. Z innej beczki: świat cofał się do roku 1939 i potem regres ustał zupełnie. Nie ma wyjaśnienia, dlaczego tak się stało. Czemu Runciter pojawił się na banknotach? Prawa świata, który wykreował Dick, nie trzymają się kupy.

Stanisław Lem, wielki zwolennik twórczości Dicka, proponuje takie oto wyjaśnienie: Dick w taki właśnie sposób przedstawia swoją filozofię, która widoczna jest również w takich jego utworach jak Trzy stygmaty Palmera Eldrichta czy Czekaj ostatniego roku. Według tej filozofii przyczyny naszej zagłady są nierozpoznawalne. Podczas gdy inni pisarze sci-fi doszukują się zagłady naszej cywilizacji w przybyszach z kosmosu czy katastrofie naturalnej, autor Ubika nie poddaje jej kryteriom racjonalnym – przyjdzie ona niewiadomo skąd i nie wiadomo jak przebiegnie. Nasz dotychczasowy Ład przejdzie w Chaos, a wszelkie próby racjonalizowania tego fenomenu MUSZĄ spełznąć na niczym. Jest to wizja „rozpętanej żywiołowo entropii, rozkładu, atakującego nie tylko, jak w naszej realności, ład materii, lecz pożerającej nawet porządek upływającego czasu”. Ludzkość sama do końca nie rozumie swoich współczesnych problemów (czego dowodem są różne, sprzeczne teorie tłumaczące źródła kryzysu cywilizacji), więc jak może zrozumieć swoją ewentualną katastrofę?

Wyjaśnienie Lema jest przekonujące, ale szukałbym jeszcze innej przyczyny takiej konstrukcji powieści. Otóż doszukiwałbym się jej nie tylko w filozofii Dicka, ale też w raczkującym już wtedy postmodernizmie. Aby wyjaśnić, o co mi chodzi, posłużę się Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej, która to powieść jest w mojej skromnej opinii przesadnie, a wręcz obrzydliwie postmodernistyczna. Wyznacznikiem tego są takie elementy jak m.in. niestabilność świata przedstawionego (nie wiemy, czy to narkotyczna wizja bohatera czy jakaś zbiorowa halucynacja), niejednorodność podmiotu mówiącego (narrator mówi językiem będącym „miksem” innych) czy niepewność ontologiczna (zakończenie utworu znosi granicę między fikcją literacką a rzeczywistością)

U Dicka mamy podobnie, oczywiście w wersji dużo mniej radykalnej, a przez to strawniejszej. Niestabilności świata przedstawionego nie muszę tłumaczyć, została ona chyba już wystarczająco wykazana. Jeżeli chodzi o niejednorodność podmiotu mówiącego, sprawa jest odrobinę bardziej skomplikowana. U Masłowskiej mamy narrację pierwszoosobową, u Dicka trzecioosobową. Na poziomie narracji nie znajdziemy żadnych miksów, ale wyraźnie widać to w podmiocie znajdującym się nad narratorem. Działalność tego „podmiotu nadnarracyjnego” (termin ten jest tymczasowym uproszczeniem) jest widoczne w mottach poprzedzających każdy rozdział. Mamy tam język reklamy, jak np.:

„Najlepszym sposobem zamawiania piwa jest powiedzenie: Ubik. Warzone przy użyciu doborowego chmielu i wysokiej jakości wody, dojrzewające powoli celem osiągnięcia idealnego smaku, piwo Ubik jest w tym kraju piwem numer jeden.”

lub:

„Błyskawiczny Ubik ma wszystkie walory świeżo parzonej kawy z ekspresu. Twój mąż powie: ‚Ależ kochanie, dotąd uważałem, że robisz kawę taką sobie, ale teraz – bomba!” Nieszkodliwy przy użyciu według instrukcji’.”

czy:

„Masz takie suche, trudne do uczesania włosy. I co tu zrobić? Po prostu wcierać specjalny eliksir do włosów marki Ubik. Już po pięciu dniach przekonasz się, że twoje włosy nabrały nowej sprężystości, nowego połysku.”

Oraz język biblijny, który pojawia się tylko raz, w zakończeniu powieści:

„Ja jestem Ubik. Zanim świat był, jam jest. Stworzyłem słońca. Stworzyłem światy. Stworzyłem istoty żywe i miejsca przez nie zamieszkiwane; umieszczam je to tu, to tam. Idą, gdzie im każę, robią, co im polecę. Jestem słowem i nigdy nie bywa wypowiedziane moje imię – imię, którego nikt nie zna. Nazywają mnie Ubik, ale to nie jest moje imię. Ja jestem. Ja będę zawsze.”

Wypada się zastanowić, dlaczego język reklamy zmieszany został z językiem biblijnym. Można by się w tym doszukiwać krytyki popularnej w Ameryce komercjalizacji wiary, czego przykładem byli i są kaznodzieje telewizyjni, ale zostańmy przy wątku postmodernistycznym. Wszystkie te wstawki reklamowe przekonują nas, że Ubik jest czymś niezbędnym. Reklamy te dotyczą niemal każdej dziedziny życia, więc powstaje w nas wrażenie, że świat wykreowany w powieści bez Ubika nie mógłby istnieć. Ostatnia wstawka, będąca stylizacją na język biblijny, dodaje kolejne ogniwo do tego wywodu: świat wykreowany w powieści nie mógłby istnieć, bo to właśnie Ubik go stworzył! A kto jest twórcą światów literackich? Autor oczywiście.

Naszym „podmiotem nadnarracyjnym” byłby więc sam Dick. Jest już zatem jasne, że ubique, który w języku łacińskim oznacza „wszędzie”, odnosi się do wszędobylskości autora w swoim dziele. Bo o dziwnej zbieżności fonetycznej nazwiska autora z tytułem powieści nie muszę już chyba nawet wspominać? Mamy tutaj więc niejednorodność podmiotu mówiącego oraz niepewność ontologiczną – skoro autor pojawia się w swoim dziele, to gdzie jest granica między fikcją a rzeczywistością? Dick wyprzedził swoją epokę nie tylko w dziedzinie literatury sci-fi (poprzez swoją koncepcję zagłady cywilizacji), ale doszukiwałbym się w nim również jednego z pierwszych światowych postmodernistów.

Tym wnioskiem kończymy nasze czwarte już spotkanie w Akademii Literatury Popularnej. Następne, ze względu na prace nad „Biuletynem Carpe Noctem”, odbędzie się za dwa tygodnie. Ale zaręczam, że warto czekać, bo tym razem weźmiemy na warsztat to, co Karpie lubią najbardziej, czyli horror. A konkretnie „Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego.

——

Bibliografia:

U. Eco, Dopiski na marginesie „Imienia róży”, [w:] Tegoż, Imię róży, przeł. A. Szymanowski, Wasrszawa 1991.

S. Lem, Posłowie, [w:] P.K. Dick, Ubik, przeł. M. Ronikier, Kraków 1975.

Z. Mitosek, Opracowanie rzeczywistości, [w:] Taż, Poznanie (w) powieści, Kraków 2004.