6 najlepszych zimowych horrorów

Anglosaska tradycja opowiadania sobie strasznych historii właśnie zimą – a dokładniej w Boże Narodzenie – sięga XVII wieku, kiedy to Szekspir napisał „Zimową opowieść”, ale najbardziej rozpowszechniła się w czasach wiktoriańskich. Właśnie wtedy powstała słynna „Opowieść wigilijna” Charlesa Dickensa. Nietrudno wyobrazić sobie, dlaczego długie i zimne wieczory skłaniały do spędzania czasu właśnie w ten sposób: strasząc się nawzajem historiami o duchach. I właśnie do tej tradycji chcielibyśmy nawiązać w naszej akcji „Grudzień z grozą” – bo też uważamy, że straszne historie są wręcz stworzone do zimowych klimatów. Poniżej polecamy Wam sześć tytułów, które nie tylko są bardzo dobrymi horrorami, ale też mróz i śnieg grają w nich znaczącą rolę.

“Terror” Dana Simmonsa

Arktyczny mróz staje się wręcz jednym z bohaterów tej opowieści. O „Terrorze” napisano wiele pozytywnych opinii, powieść pozostaje jednym z najczęściej polecanych horrorów dla bardziej wymagających miłośników tego gatunku i my sami wspominamy o niej przy każdej okazji. Zima w „Terrorze” jest równie mordercza, co potwór nawiedzający załogi dwóch statków wyprawy sir Johna Franklina, a Dan Simmons, słynący z drobiazgowego researchu, odmalował ją niezwykle dokładnie i sugestywnie. Gdybym miała wybrać absolutnego faworyta tego zestawienia, nie miałabym wątpliwości, że będzie to właśnie ta pozycja. „Terroru” zwyczajnie nie wypada nie znać.
A jeśli chcecie posłuchać naszego podcastu o tej książce, odsyłamy Was tutaj.

“NOS4A2” Joe Hilla

Na naszej liście nie mogło zabraknąć chociaż jednego typowo świątecznego horroru i w sukurs przychodzi nam pisarz, który zdążył już zapewnić sobie niemałą renomę wśród miłośników grozy w Polsce (nawet jeśli podkopał ją niekoniecznie udany „Strażak”). Jeśli Wasze karmione literaturą grozy umysły kojarzą Boże Narodzenie raczej z Krampusem niż Świętym Mikołajem, smakowicie upiorny Christmasland – kraina stworzona w umyśle głównego czarnego charakteru powieści, Charlesa Manxa – powinien przypaść Wam do gustu. Zwłaszcza w grudniu.
Zachęcamy do lektury naszej podcastowej recenzji tej książki.

 

“Lśnienie” Stephena Kinga

Powieść ta jest jednym z najsłynniejszych horrorów Stephena Kinga, ale jej bohaterowie muszą zmagać się nie tylko z nadnaturalnymi zjawiskami, lecz także z mrozem i śniegiem. Z jednej strony zima stanowi w tej książce czynnik ograniczający, który sprawia, że rodzina Torrance’ów jest zdana na samą siebie i nie może liczyć na pomoc z zewnątrz. Z drugiej, jest też czynnikiem wyzwalającym, poniekąd, ponieważ to przez nią ci sami bohaterowie trafiają do odciętego od świata Hotelu Panorama i tam przyjdzie im zmierzyć się również z własnymi demonami. Opowiadanie o fabule tej książki wydaje się zupełnie zbędne – jeśli ktoś z Was jeszcze jej nie czytał, z pewnością oglądał chociaż jedną z ekranizacji, czy to film Stanleya Kubricka z 1980 roku, z Jackiem Nicholsonem w roli Jacka Torrance’a, czy to trzyodcinkowy mini serial Micka Garrisa z 1997 ze stacji ABC. Jeśli jednak nie poznaliście jeszcze literackiego pierwowzoru, rozważcie zakup rewelacyjnego słuchowiska nagranego przez Audiotekę.

 

“Upiorna opowieść” Petera Strauba

Powieść uznawana za opus magnum tego autora i choćby z tego powodu warto ją poznać. Nie jest to historia, którą czyta się lekko, lecz wszelkie trudności związane z nie zawsze przejrzystą chronologią wynagradza w trójnasób przecudownie strasznym finałem. A w nim niemałą rolę odegrał temat naszej topki, czyli mróz i śnieg. „Upiorna opowieść” jest też hołdem dla klasycznej literatury grozy. Co ciekawe, jej bohaterowie, grupa wieloletnich przyjaciół, spotyka się, by opowiadać sobie straszne historie. Do ich nieformalnego klubu – Stowarzyszenia Chowder – nawiązał Stephen King w swoim opowiadaniu „Metoda oddychania”.

Zapraszamy do wysłuchania naszego podcastu na temat „Upiornej opowieści”. A jeśli zniechęcają Was trudności w zakupie tej książki, mamy dobrą wiadomość: chodzą słuchy, że w najbliższym czasie zostanie wznowiona przez jednego z zasłużonych dla horroru wydawców.

“Ludzka przystań” Johna Ajvide’a Lindqvista

Powieść Szweda zaczyna się zimą i nawet jeśli mroźna aura nie odgrywa w niej aż tak istotnej roli w kolejnych rozdziałach, jest to w gruncie rzeczy historia zmagań z przyrodą. Okrutne morze stanowi dla mieszkańców wyspy Domarö potwora gorszego od wszystkich duchów razem wziętych, choć i z tymi przyjdzie im się zmierzyć. „Ludzka przystań” to najdojrzalsza powieść autora znanego z wampirycznego horroru „Wpuść mnie” i również jedna z najczęściej polecanych (zwłaszcza przeze mnie!) powieści grozy. Nie mogło jej zabraknąć w tym zestawieniu.

Dociekliwych odsyłamy do recenzji.

 

“Cienie w mroku” Michelle Paver

Powieść Michelle Paver składa się z szeregu wpisów z dziennika młodego chłopaka, Jacka, który w 1937 roku dołączył do wyprawy badawczej na wymyśloną przez autorkę zatokę Gruhunken, niedaleko norweskiej wyspy Spittsbergen. Arktyczna zima i brak słońca to idealna pożywka dla strachu, ale Michelle Paver nie ograniczyła się do tego, co rzeczywiste, i stworzyła opowieść o złu, które zrodziło się z okrutnej zbrodni i postanowiło zawładnąć Gruhunken. Powieść może nie jest tak przejmująca i finezyjna jak „Terror” Dana Simmonsa, formuła wpisów z dziennika nie jest najbardziej fortunnym wyborem, a zakończenie pozostawia wiele do życzenia, jednak znajdziecie w „Cieniach w mroku” sceny budzące prawdziwą grozę i choćby dla nich warto po tę książkę sięgnąć.

  • Magikarp

    Ostatnio przeczytałem „Terror” i mam mieszane odczucia.

    Owszem – są i plusy. Research znakomity, to prawda, ale research nigdy nie powinien być ważniejszy od samej opowieści. Klimat opuszczenia, zimna, osaczenia, gasnącej nadziei – z początku robi wrażenie, ale potem przestaje, bo mamy cały czas powtórki w opisach otoczenia, pogody i chorób marynarzy. Jeżeli przyjrzeć się większej części książki na chłodno, mamy następujący ciąg:

    1. Życie marynarzy na statku z ogromną dawką opisów proceduralnych (jak działa statek, kto za co odpowiada, opisy zebrań dowództwa, zliczanie dostępnych zasobów: ile węgla i żywności zostało, wzmianki, że gdzieś wokół krąży potwór z lodu itd.);

    2. Atak potwora, po którym ktoś ginie.

    I tak w kółko. Da się wyczuć już w pierwszych fragmentach, kiedy dostajemy liczbę marynarzy na obu statkach, że do punktu kulminacyjnego autor uraczy nas kolejnymi atakami monstrum, które uszczuplą załogę, a więc motyw znany jako typowy survival. Czyli tak naprawdę czekamy aż wreszcie zostanie tylko kilku ocalałych i co z tego wyniknie. Co razi, to spora liczba niepotrzebnych wątków i retrospekcji – na przykład opis relacji młodego Croziera z arystokratką (ten, który zakończył się jego odrzuconymi oświadczynami) – było to totalnie zbędne. Generalnie w książce jest więcej sequeli niż scen (czyli więcej się opisuje niż pokazuje), co wpływa na to, że jej odbiór jest trudny. Mało jest też tam ciekawych dialogów.

    Są jednak fragmenty, które uważam za znakomite – na przykład ostatni fragment dziennika doktora (ten, w którym piszący „zjada literki”) plus następujący po nim rozdzialik, w którym Hickey (można powiedzieć, że główny czarny charakter powieści) popada w szaleństwo i uważa się za Boga. Fragment, w którym bohaterowie odnajdują otwartą wodę i płyną, aby sprawdzić, czy przesmyk prowadzi do morza – niezła huśtawka emocji. Nieźle ryje banię też wątek kanibalistyczny, który opisany jest o wiele straszniej niż w zwykłym horrorze typu „Droga bez powrotu”, bo wynika z głodu zwykłych ludzi.

    Podsumowując – jestem na tak, ale bez szczególnego zachwytu.

    • Agnieszka Brodzik

      Żeby w pełni docenić „Terror”, trzeba koniecznie polubić też te „opisy”, bo to nie jest zbyt skondensowany horror.
      A co do kwestii powtarzalności ataków potwora to z jednej strony masz rację, ale z drugiej świadczy to też o tym, jak bezradni byli bohaterowie: mogli tylko czekać na kolejny atak.

      Swoją drogą mało już pamiętam szczegółów, muszę chyba kiedyś zrobić powtórkę tej książki :) Na pewno ogromnie podobało mi się odejście od horroru na rzecz realizmu magicznego w drugiej połowie książki. Widzę to tak: najpierw mamy horror typowo fantastyczny, z krwiożerczym potworem, później mocna i trochę naturalistyczna opowieść o zmaganiu się z bezlitosną przyrodą, a na koniec właśnie motyw swoistego przejścia na „drugą stronę”, ale tu już bez szczegółów, bo nie chcę spojlerować. Naprawdę muszę to sobie powtórzyć.

    • maszynistaGrot

      Podzielam ten sceptycyzm odnośnie „Terroru”. Również po tych pochwałach miałem nadzieję, że większe na mnie wrażenie zrobi.

      A co do mnie, widzę że same powieści są w klasyfikacji. Ja jednak tak na szybko nie potrafię wskazać jakiejś szczególnej zimowej powieści grozy, która by mnie powaliła, natomiast mam pewne opowiadanie: „Urok śniegu” Algernona Blackwooda. Świetna rzecz (zawarta w „Wendigo i inne upiory” z C&T. Ten nastrój grozy; przyrody, zauroczenia, wręcz ekstazy jest chyba niedościgniony, przynajmniej na mnie zrobił spore wrażenie.

      A jak już jesteśmy konkretnie przy powieściach to myślę, że warto zwrócić uwagę na „Nie ma wędrowca” Wojtka Guni niedawno wydane w sumie.