***

Budzę się. Budzę, jakby się wydawało w środku nocy, ale rzeczywista pora pozostaje w sferze domysłów. Budzę się w niewielkim, wręcz klaustrofobicznym, ascetycznie wyposażonym i na dodatek ciemnym pokoju. Topornie pokryte podartą tapetą ściany bieleją odbitym światłem. Na tyle, na ile pozwalają zmęczone sztucznym światłem oczy, rozglądam się po pomieszczeniu. Nieco zaskakuje brak drzwi i okien. Na środku, nieomal idealnie pod zwisającą z sufitu gołą niskowatową żarówką znajduje się ława i siedzisko. Gdy decyduję się wreszcie podnieść, szybko daje o sobie znać przeszywający ból pleców, będący najprawdopodobniej efektem drzemki na nierówno położonym starym parkiecie. Wstaję powoli, delikatnie rozprostowując kości w stawach. Równie powolnym tempem zbliżam się do kwadratowego drewnianego stolika, odsuwam solidnej roboty krzesło, wreszcie siadam niekomfortowo i twardo. Na środku intarsjowanego blatu znajduje się niewielkich rozmiarów lusterko. Wszystko, co znajduje się w tym pokoiku, składa się na nieco zatęchły klimat, ale i pewien urok w nim przebywania. W sposób jednak szczególny moją uwagę przykuwa owo stojące na ławie lusterko.

Coś rozbłyska mi przed oczami, tak że przez moment całkowicie oślepiony odnajduję wokoło jedynie rozmyte różnobarwne plamy. Cała sytuacja sprawia, że czuję się odrobinę nieswojo i mam ochotę ustąpić z zajmowanego miejsca. Rozumiem, że to wszystko znacząco mnie przerasta. Czymkolwiek to jest, brutalnie zmusza mnie bym nie wstawał z siedziska. Po dłużącej się chwili, gdy mija pierwsze, być może mylne wrażenie, spostrzegam, że zwierciadło przedstawia coś więcej niż zwykłe odbicie.

Obraz przedstawia mnie w towarzystwie pięknej kobiety. Daje to złudne w sumie nadzieje na to, że wszystko będzie normalne. Nie takie jak dawniej, lecz normalne. Długo oczekiwany związek jest według zwierciadła w jakimś sensie spełnieniem ukrytych marzeń i fantazji. Siedząca obok mnie brunetka o czarnych oczach uśmiecha się, zalotnie trzepocze rzęsami, by lada chwila zwyczajnie zniknąć bezpowrotnie. Moje lustrzane ja zachowuje swoją jowialną wesołość, nie ukrywając jednak w ogóle zdumienia zaistniałym biegiem wydarzeń. Obraz ulega rozmyciu, by po krótkim antrakcie ponownie rozbłysnąć oślepiającym światłem.

Druga wizja przedstawia mnie w pracy – zajmuję jakieś bliżej nieokreślone stanowisko w sporym biurze. Jednak to, co jest warte zanotowania to istotne poczucie sukcesu wymalowane na twarzy. Mimo że podszyte rozbuchaną do granic możliwości dumą i frenetyczną wręcz pychą, jest to zwycięstwo w pełni zasłużone, osiągnięte dzięki sobie i nabytym umiejętnościom. Po chwili jednak gratulujący tłum się rozrzedza i ustępuje miejsca pogardzie i parszywym szyderstwom, które całkowicie dominują nad moimi odczuciami. Kolejny błysk i po raz kolejny moje lustrzane ja robi dobrą minę do złej gry. Wpatruję się intensywnie w zwierciadło, a w nim ciągle ten sam ja z głupkowatym uśmiechem na twarzy. A w jego oczach coś obłąkańczego.

– No i czego się tak gapisz?! – ku mojemu zaskoczeniu odzywa się bohater z drugiej strony lustra. – Co się gapisz, kurwa?!
– Ale jak ty…?
– Nie ja, tylko ty! Jesteś żałosny, rozumiesz?! Ty i twoje popieprzone mrzonki! Nigdy nie będziesz normalny! Jesteś popaprańcem! Im szybciej to sobie uświadomisz, tym lepiej! To wszystko sprawia, że moja irytacja i rozżalenie wzbiera mocno na sile.
– Mało masz na to dowodów? Jeśli masz honor, w co, szczerze mówiąc, wątpię, to dobrze wiesz co masz zrobić…
– Nie!
– Droga jest jedna! Odwrotu nie ma!
– To nie jest wyjście!
– No i sam widzisz jaki jesteś śmieszny! Szkoda gadać! Jak ja mam z tobą rozmawiać?
– rzuca i zaczyna się głośno śmiać w tej swojej przeklętej wesołości.

Nie wytrzymuję. Raźnym ruchem rozbijam lustro o róg ławy. Chwytam za spory kawałek szkła i zaczynam powolnie wbijać go w rękę, niewiele ponad linią nadgarstka. Odłamek lekko i delikatnie przecina skórę i żyły, co owocuje jasnoczerwoną strugą krwi ściekającą po palcu i z wolna rytmicznie kapiącą na kamienną podłogę. Zsuwam się z krzesła, a przytomność odpływa w niebyt.

***

Budzę się. Czas teraźniejszy. Teraźniejszy, bo trwa to rozbudzanie niemiłosiernie długo, mieszając w sobie rozmaite sny i najprawdziwszą jawę. Budzę się z fikcji… z marzeń. Nastał CZAS, że przychodzi mi się ocknąć, wydostać z więzienia swojej jaźni… Raz na zawsze rozdzielić to, co w swej okazałości składa się na świat urojony, a to, co należy do rzeczywistości. Budzę się o świcie w pokoju, leżąc nieruchomo na dywanie. Czuję, że coś się zmieniło… Coś znalazło swój koniec, a coś innego początek. Tylko bełkot telewizora pozostał ten sam…