Odgłos chłoszczącej okno ulewy naciska coraz mocniej i staje się coraz bardziej uciążliwy. Do tego stopnia, że przygniata mnie swoją jednostajnością do ziemi, a ja nie jestem w stanie się z niej podnieść. Tak to właśnie zsuwam się powoli z fotela, biurko pozostaje wysoko nade mną, a ja oddaję się zupełnie temu głuchemu, tępemu łoskotowi, który nieustannie odbija się w czaszce, rezonując od ciemienia do potylicy. Leżąc tak rozpostarty na ziemi znajduję sobie inny obiekt uwielbienia. Monotonny głos lektora telewizyjnego pozostawia mi byle jaką odskocznię od deszczowych kropel. Spoczywam tak nieśmiało, próbując wyciszyć rozgorączkowane zmysły i skupić się należycie na głosie z odbiornika. Słucham tak tych rozważań, wnikliwie analizując każde słowo, a nawet słowa sylabę, czyniąc z nich teraz spoiwo dla swoich rozbieganych na prawo i lewo myśli. Popadam w swego rodzaju marazm i stupor, za to one biegają po głowie, zderzając się ze sobą, polemizując, aż wreszcie udaje im się załapać na projekcję na suficie, kiedy to tworzą konstelacje jak na najprawdziwszym gwiazdozbiorze. Wtedy zależnie od układów inną każą podejmować decyzję.

Pokładam się na ziemi, niezależnie od swego rozżalenia i gniewu, pogrążam pośród własnych podejrzeń. Wyczerpany doszczętnie poniewieram się, nie będąc właściwie w stanie poruszyć żadną z podległych mi kończyn. Leżę tak, coraz bardziej topiąc się w swoich wspomnieniach. Przekleństwem jest moje życie wewnętrzne, które coraz to bardziej mnie pochłania, dając jednocześnie do zrozumienia, że właściwie jestem niczym, a moje przemyślenia nie reprezentują najmniejszej wartości.

Z drugiej strony wciąż staram się zmrużyć nieposłuszne do łez powieki i oddać się marzeniom o idealnych uczuciach, idealnym spraw stanowieniu, nie zważając całkowicie na fakt, iż wszystko co idealne, praktycznie zawsze pozostaje wyłącznie w sferze fikcji. A marzeń jest aż za wiele. Nadwyżka nadwyżki, co powoduje niemal zupełne odrealnienie życia codziennego. Bo to tęsknota za wielką miłością, żal za zmarnowanym, a niedocenionym wysiłkiem, poczucie wielkiej satysfakcji w nieznany i dziwaczny sposób połączone z niedorzeczną żądzą odwetu na kimkolwiek, bądź czymkolwiek, gdziekolwiek, jakkolwiek i kiedykolwiek.

Leżę i staram się przestać myśleć, by spokojnie zasnąć. Wszystko dlatego, że widniejąca na zegarze godzina jest wyjątkowo podła i bezduszna, gdyż nie zwiastuje swoją obecnością ani poranka, ani zmierzchu, a jedynie boleśnie przypomina swym biciem tempo upływającego czasu. Ja próbuję zasnąć, a otaczające cztery ściany zdają się próbować dyskretnie, niemal niezauważalnie, wywrzeć swój pyszałkowaty nacisk. Obracam w dłoni pilot od telewizora i nasłuchuję bełkotu stacji wybranych przypadkowym przyciśnięciem. Myśli znowu się mieszają, a ja znowu marzę o tym, żeby zasnąć, mimo tego, iż każdy kolejny poranek wyświadcza jednakowe cierpienie. Fakt, że nieraz paraliżowały mnie myśli o tym, jak się do tego wszystkiego zdystansować. Najlepiej raz a porządnie, lecz wielokrotnie okazywałem się zbyt słaby, by wykonać odważny pierwszy krok ku lepszej drodze. Jednak ciągle męczę się i czekam z utęsknieniem końca dnia, gdy wszystko zwiastuje kres mej cierpliwości. Dopada mnie niemoc szczególna, gdy tak telepię się na dywanie, myśli zaczynają się oczyszczać w nadziei na lepsze jutro, która to nadzieja suma summarum jest matką głupich, a czy głupim być jest warto, tego nie wie nikt. Oczy szykują się do snu, sylwetka się rozluźnia, kończyny odpływają, bo nikt nie próbuje ich zatrzymać na miejscu. Gaśnie światło. Głowa opada bezwiednie, świadomość zanika, a pośród świata, pokoju i myśli – ja chyba zasypiam…