Zielona twarz

Gustav Meyrink

Duchowa przemiana Hauberissera

Wszelkie publikacje klasyków literatury grozy (może wyjątkami w postaci Poego i Lovecrafta) budzą w środowisku miłośników horroru ekscytację tak niewielką, że niemal niezauważalną. Mam wrażenie, że sam sporo tu zawiniłem, stosując wyżej wymieniony termin. „Klasyka” stała się słowem-kluczem, które właściwie znaczy tyle, co „literatura sprzed około czterdziestu-pięćdziesięciu lat”, niezależnie od jej rzeczywistego statusu i pozycji w rankingach kultowości. Klasykiem jest rachityczna Ann Radcliffe, do znudzenia wałkowany autor Domu Usherów albo wreszcie Grabiński, który w ostatnich latach został już niemal do szczętu wyeksploatowany (z czego można się tylko cieszyć). Ale jest nim też Huskowski, o którym właściwie prawie nikt nie słyszał; Reymont jest klasykiem grozy, choć na to nazwisko pewnie połowa potencjalnych czytelników ma dreszcze powodowane Chłopami. Klasykami są niedoceniani w Polsce Machen i Chambers, na którego Króla w Żółci czeka się dopiero po premierze serialu Detektyw. Słowo „klasyka” znaczy już właściwie niewiele – z grubsza jest zrozumiałe, ale puste. To łatka, która jednych przyciągnie jako wyznacznik jakości, innych odstraszy. Tych drugich jest zapewne wielokrotnie więcej. Będą kurczowo trzymać się Kinga i Edwarda Lee, spodziewając się, że klasyka ich zanudzi, że to lektury przeznaczone dla węższego grona odbiorców – niewspółczesne, więc niestraszne, odległe, niewarte uwagi.

Oczywiście takie podejście do sprawy może być słuszne, ale tylko w niektórych przypadkach. Poza tym literaturze współczesnej można przypisać podobne epitety. Ostatecznie na takim uproszczeniu nikt nie wygrywa, jest może lakoniczniej, a przez to owa „klasyka” spotyka się z większym oporem wydawniczym i zdecydowana większość czytelników odrzuci ją a priori.

Początkowo byłem rozgoryczony przyjęciem przez środowisko horroru nowego wydania Zielonej twarzy Meyrinka, na które sam cieszyłem się ogromnie, mimo iż na półce mam przeczytane wydanie przedwojenne. Sam jednak fakt odświeżenia „zakurzonego” tłumaczenia, przeredagowanie, wreszcie – udostępnienie szerszemu gronu czytelników – samo w sobie sprawiało mi ogromną satysfakcję. Okazało się jednak, że reakcją na publikację był niemal całkowity brak reakcji. Poza bodaj serwisem HPLovecraft.pl nikt nie uznał wydarzenia za wystarczająco godnego uwagi, by je odnotować. Szkoda, pominięto wznowienie niebanalne, prawdopodobnie jedną z najciekawszych pozycji ostatnich lat w literaturze niesamowitej.

Gdybym jednak miał sprecyzować, czy w przypadku choć jednej z ważniejszych powieści Szatana z Pragi mamy do czynienia z horrorem, musiałbym chyba zaprzeczyć. I sprawa nieco się tu komplikuje, bo nadal jest to literatura niesamowita, literatura grozy, ale innego typu. Mianowicie to powieść inicjacyjna, można jeszcze dodać: mistyczna, religijna. Jedna z tych, które będąc literacko niemal doskonałą, robi pojęciu „klasyki” gębę czegoś nieprzyswajalnego.

Podobnie jak w swoim największym dziele, Golemie, tak i tutaj Meyrink wykorzystuje jako leitmotiv odwołanie do żydowskich legend. Tam mieliśmy do czynienia z figurą tytułowego golema, tutaj znów z Żydem Wiecznym Tułaczem, Ahaswerem. W jednym i drugim przypadku jest to jednak postać obdarta zupełnie ze swojego fizys, przenicowana w figurę przemiany duchowej, jej katalizator. Zielona (a raczej oliwkowa) twarz ukazująca się bohaterom to nie zwykły rekwizyt gatunkowy, ale gruntownie przemyślana symboliczna persona, wymykająca się popkulturowym wizerunkom, bliższa raczej wizjom kabalistów, gnostyków czy mistrzów alchemii.

Wędrówki i przygody spotykające „wytwornego cudzoziemca” Hauberissera w Amsterdamie, gdzie szuka on wytchnienia w czasach następujących po globalnym konflikcie (zapowiadającym II wojnę światową), mają bliźniaczy charakter do błądzeń pół-szalonego Atanazego Pernata po mrocznej Pradze Golema. To inicjacja do wyższej świadomości duchowej, wiodąca przez cierpienia, grozę, niezwykłe wydarzenia i miłość. To droga w towarzystwie oświeconych mędrców, morderców i wariatów, droga ku nowemu światu. Ku duchowej przemianie ludzkości, wejściu w nowy czas, kojarzący się obecnie głównie z ruchami New Age, Erą Wodnika. Młody hrabia bryluje na salonach innych znudzonych arystokratów, błądzi w mrocznych i tajemniczych dzielnicach, wreszcie, a może przede wszystkim, przemierza swoją ścieżkę ducha.

W przeciwieństwie do kolejny raz przywoływanego tu Golema, Zielona Twarz wydaje się być historią o nieco słabszej kompozycji i inaczej postawionych akcentach: więcej tu dydaktyzmu, może też groteski, fabuła jest mniej jednolita i spójna. Trudno mi przedstawiać to samo w sobie ocenie, zwłaszcza że niekoniecznie świadczy o jakiejś słabości książki, która w kilku długich scenach sięga wręcz literackiej doskonałości.

Zwłaszcza wybitna jest historia zebrania pewnej gnostyckiej sekty w mieszkaniu starego szewca Klinkherbogka, przechodzącego powtórne narodziny w duchu. Długie i erudycyjne rozmowy pomiędzy tam przebywającymi świadczą o wielkim kunszcie i wiedzy autora, który w tematach duchowości był nie tylko teoretykiem o rozległej wiedzy, ale też znany był ze swych duchowych poszukiwań. Opis zgromadzenia, a także jego przerażających następstw transformacji duchowej staruszka, to coś po prostu doskonałego, zaś umiejętność tworzenia atmosfery skumulowanej mistyczności o podobnej intensywności spotkałem do tej pory jedynie w literaturze Tadeusza Micińskiego (w rozdziale Zniszczenie Mesyny powieści Xsiądz Faust). Trudno się otrząsnąć z wrażeń po ich lekturze jak z najdziwniejszego snu.

W tym i podobnych fragmentach można doszukać się sporych dawek grozy, płynącej jednak nie z zachłyśnięcia kosmicznym czy cielesnym horrorem, ale raczej obecnością tajemnicy, mistycznej aury, czegoś jednocześnie pociągającego i przepełniającego trwogą.

Nie jest Zielona twarz jedną z powieści z owej „klasyki”, która mogłaby znaleźć się w kanonie horroru rozrywkowego. Trudno mi wręcz powiedzieć, ile wynieść z niej może ktoś zupełnie niezainteresowany duchowymi aspektami życia. W długich tyradach dotyczących oświecenia, momentami będącymi wręcz znakomitym poradnikiem milczącej medytacji, nie każdy znajdzie coś dla siebie.

Jednak nawet pomijając ustępy, warto zatrzymać się na przykład nad historią Żyda Eidoterra, który tak pragnął zobaczyć Eliasza, że ten przyszedł do niego wreszcie w widzeniu, by przestawić na stole dwa lichtarze, co zmieniło tego pierwszego w bożego szaleńca, meszuge. I który relacjonuje ją, przesiadując w kryminale z powodu oskarżenia o morderstwo, do którego przyznaje się, choć sam nie jest do końca przekonany, czy jest jego sprawcą.

Cudowny jest też malowniczy, apokaliptyczny finał kończący przemianę duchową hrabiego w świecie, który upada i rozsypuje się w pył, by wyrosnąć mogło na nim nowe pokolenie ludzi. Autor daje tutaj pokaz plastyczności swojej wyobraźni, puszczając nad umierającą Europę roje wygłodniałej szarańczy, pozwalając trawie szarzeć, a miastom upadać pod naporem wichur.

Zielona twarz to nie powieść, wobec której pozwolić można sobie na proste diagnozy. Wymaga od czytelnika cierpliwości i skupienia, odwdzięczając się wrażeniami, których próżno szukać w głównych nurtach horroru. To rzecz unikalna i zapadająca w pamięć.

Oszczędne, choć gustowne wydanie, o jakie pokusiło się wydawnictwo Agharta, psuje tylko nadmiar literówek, za które rekompensatą może być interesujący wstęp Stanisława Żuławskiego. Meyrink w Zielonej twarzy wyszedł daleko poza ramy ogólnie pojętej literatury niesamowitej, co może nieco zrazić gros odbiorców. Dla nich przydałoby się wydać jeszcze wybór jego najlepszych opowiadań grozy, w których również sięgał często literackiego parnasu. Trudno mi uwierzyć, że ktoś pokusiłby się o wydanie takowego (jak również brakujących powieści), byłoby to jednak znakomite uzupełnienie portretu jednego z najwybitniejszych pisarzy grozy minionych, ale też może przyszłych, czasów.

  • Autor: Gustav Meyrink
  • Tytuł oryginalny: Das grüne Gesicht
  • Wydawca: Agharta
  • Data publikacji: listopad 2013
  • Cena: 33,00
  • Format: s. 200, miękka oprawa
  • Opis z okładki:

    Gustav Meyrink (1868-1932) – syn arystokraty i aktorki. Bankier, sportowiec, dandys, ezoteryk, pisarz. Ekscentryk i mitoman, który łączył mieszczańską karierę finansisty z pojedynkami, a duchowe poszukiwania z uzależnieniem od wioślarstwa. Do pisania zmusiło go bankructwo spowodowane pobytem w więzieniu. Utwory Meyrinka odzwierciedlają jego pełną sprzeczności osobowość; groza przeplata się z groteską, a ironiczne postrzeganie świata nie przeszkadza szukać jego ukrytych, głębszych wymiarów.

     

    Zielona twarz uchodzi pod względem siły oddziaływania wyobraźni i walorów literackich za drugie, po Golemie, dzieło Meyrinka. Mimo, że akcja powieści toczy się w Amsterdamie, czytelnik odnajdzie tu mroczny świat, niemal zupełnie przeniesiony z kart Golema. Podobnie, pretekstem dla fabuły jest żydowska legenda, tym razem o Asahverusie, Żydzie Wiecznym Tułaczu. Meyrink nadaje jej jednak swój własny, hermetyczny sens.

     

    Z dniem dzisiejszym zostałeś przyjęty do naszej społeczności i stałeś się nowym pierścieniem w łańcuchu, biegnącym od wieczności do wieczności.

    Z tą chwilą wygasa mój urząd i przechodzi w ręce kogoś innego, którego widzieć nie możesz, jak długo oczy twoje należą do ziemi. On jest nieskończenie daleko od ciebie, a mimo to tuż w twoim pobliżu. Nie jest od ciebie oddalony, mimo to jest dalej, niż ostatnie granice świata. Jesteś nim otoczony, jak człowiek płynący na oceanie. Jest otoczony wodą, ale go nie widzisz, jak pływak nie czuje soli, przenikającej morze, jeśli nerwy jego języka są martwe.

    Naszym symbolem jest Feniks, symbol odmłodzenia, legendarny egipski orzeł niebios z czerwonym i złotym upierzeniem, który spala się w swoim gnieździe z mirry i wiecznie znowu z popiołów powstaje.

    Powiedziałem ci, że początkiem drogi jest własne ciało, kto o tym wie, może każdej chwili zacząć wędrówkę.

    Chcę cię teraz nauczyć pierwszych kroków...