Zaksięgowani

Jakub Małecki

Jakub Małecki przebojem zdobył polską scenę grozy. Już po debiutanckich „Błędach” bywał, trochę na wyrost, nazywany nową nadzieją polskiego horroru. Druga powieść – „Przemytnik cudu”, pokazała, że nie był to jednorazowy wypadek przy pracy. Można było zobaczyć jeszcze typową dla początkującego nieporadność stylistyczną, ale z czasem Jakub nabierał coraz więcej wprawy i rzeczywiście – w „Zaksięgowanych” zdaje się całkiem umiejętnie operować językiem. Niestety jeśli chodzi o prezentowane historie, bywa już różnie.

Małecki zbyt często sięga po groteskę i absurd, w których kocha się większość początkujących twórców horrorów. Kyrcz z Cichowlasem już zdążyli udowodnić, że to droga donikąd. O ile w „Błędach” groteska nie była nadmiernie eksploatowana i dobrze spełniała swoją funkcję, o tyle w „Zaksięgowanych” Małecki po raz kolejny udowadnia, że tworzenie z niej osi utworu źle się kończy. Przykładami są takie teksty jak zaopatrzony w jeden z najgorszych finałów „Pocałunek Białego Chłopca”, sztampowe i nudne „Oko” oraz kolejne opowiadanie nurtu bankowego, czyli „Warszawa”.

W „Zaksięgowanych” znajdziemy też sporo opowiadań, o których czytelnik zapomina tuż po lekturze. Nie są ani zbyt męczące, ani zbyt zajmujące i sprawiają wrażenie napisanych po to, by książka mogła mieć te przyzwoite 300 stron. Wśród nich jest „Nic”, z którego nic nie wynika; fantastyczno-naukowa „Śmierć szklanego Kazimierza” z ciekawym pomysłem wyjściowym, z którego powstał średnio zajmujący tekst; „Oszronione palce magików”, które są tak mało wyraziste i krótkie, że zamyślony czytelnik może je łatwo przegapić, i w końcu pozbawiona puenty „Cena drwiny”, której kontynuacją jest „…mat”, tworzący fabularną klamrę ze świetnie napisanym i stanowiącym intrygujące otwarcie zbioru, tekstem „Szach…”.

Mimo wszystko w Małeckim wciąż tkwi potencjał, czego dowodem jest kilka dobrych i nawet bardzo dobrych opowiadań. Przede wszystkim mam tu na myśli świetnie skonstruowanego i autentycznie strasznego „Króla Rugera na zbutwiałym tronie”. To najjaśniejszy punkt zbioru – jeden z niewielu utworów, który opowiada wyraźnie zarysowaną historię, sprawiającą wrażenie oldschoolowej w porównaniu do tekstów o tykającym potworze czy wyzierającym z dłoni oku. Kolejnym całkiem zgrabnym tekstem są „Czciciele” – w nim odrobina groteski nie tylko nie przeszkadza, ale jest wręcz plusem, ponieważ stanowi tylko dodatek do dobrze zarysowanych postaci i ciekawej fabuły. Z kolei „Wybór”, chociaż znowu traktuje o sfrustrowanym pracowniku pod krawatem, okazuje się nieść ze sobą spory ładunek melodramatyczny. Godne polecenia jest również znane z antologii „Nowe idzie” opowiadanie „Każdy umiera za siebie”– w nim na szczególną uwagę zasługuje bardzo udana i przekonująca kreacja głównych postaci. Poprawnym i dobrze spuentowanym tekstem są też „Pisarze i Mordercy”.

Jak to często bywa przy recenzowaniu zbiorów opowiadań i antologii, trudno o podsumowanie i ocenę końcową. Nie jestem w stanie jednoznacznie polecić lub odradzić lekturę „Zaksięgowanych”. Pod względem stylistycznym jest dobrze, niestety fabularnie znacznie gorzej niż w powieściach. Chociaż jakby pisarstwo Jakuba porównać do innego niedawnego debiutanta – Roberta Cichowlasa – to Małecki wygrywa w przedbiegach, bo przynajmniej kilka tekstów było naprawdę ciekawych i dobrze spuentowanych.

  • Autor: Jakub Małecki
  • Wydawca: Powergraph
  • Data publikacji: październik 2009
  • Cena: 29,00
  • Format: 316 s.
  • Opis z okładki:

    Jak długo można kłamać - zwłaszcza gdy okłamujemy sami siebie? Jak mocno można cierpieć - dla kogo potrafilibyśmy przekroczyć granicę bólu? Jak uciec, gdy dowiadujemy się, że w głowie mamy szachownicę?

    Siedemnaście odcieni strachu, siedemnaście opowiadań grozy o piekle świata finansów i korporacyjnych biurowców, o samotności, śmierci i miłości. Sprzedawcy ubezpieczeń, dresiarze, pracownicy koncernów, zrozpaczeni rodzice - co ich łączy? Uczynki ich wszystkich zostały zaksięgowane na tej samej fakturze dobrego i złego.