Zabij mnie, tato

Stefan Darda

Krótkie przedstawienie fabuły „Zabij mnie, tato” nastręcza pewne problemy, bo żeby choć kilkoma słowami podsumować trzon książki reklamowanej jako thriller, należałoby zdradzić wydarzenia, które pojawiają się po przeczytaniu ok. 1/5 jej objętości. Ponieważ do tego uciekł się sam wydawca, już po ptokach. Nowa powieść Dardy to historia rodziny, którą dotknęła tragedia – nieznany sprawca uprowadził dwie córki zwyczajnego małżeństwa prowadzącego pizzerię w niewielkim Rykowie. Historię tę – co istotne – opowiada serdeczny przyjaciel rodziny i były policjant. To on jest narratorem i centralną postacią książki, zaś czytelnik więcej dowie się o jego wycieczkach rowerowych niż uczuciach i rozterkach rodziny porwanych dziewczynek.

Zacznijmy od stylu, bo narracja uderza od pierwszych zdań. Styl Dardy to coś nie do podrobienia. Pisze, jakby się z kimś ścigał na jak najdłuższe, najbardziej okrągłe zdania, jakby pisał rozprawkę, a nie powieść. Trudno tu znaleźć jakąkolwiek grę uczuciami, budowanie nastroju czy napięcia, dialogi są drewniane, postaci papierowe, a przemyślenia banalne. W całej powieści podobał mi się sposób wypowiadania się jednej postaci, alkoholiczki, która przyszła wymienić informacje za 20 zł (a fakt, że nie została tą alkoholiczką zbyt długo, przechodząc ekspresową przemianę duchową, zakrawa już na złośliwość). Część książki sprzed porwania (czyli 1/5 powieści!) to laurka z postaciami wypowiadającymi się jak bohaterowie reklam płatków śniadaniowych z lat pięćdziesiątych.

Darda bierze na tapetę potężny dramat rodzinny, ale nawet nie próbuje stawić czoła postawionemu samemu sobie zadaniu i członków tejże rodziny albo się mało subtelnie pozbywa, albo każe im przesiadywać całymi dniami w pokoju, z dala od narratora, by przypadkiem nie musieć opisywać ich uczuć bardziej wnikliwie niż „jest mi smutno, chcę umrzeć” (oczywiście rozwleczone na co najmniej pięć stron). Jeśli chodzi o komentowany w recenzjach wątek ustawy o bestiach, do której Darda w bardzo bezpośredni sposób się odnosi, to przypomina to raczej mało wyrafinowane straszenie, może nawet szczucie niż cokolwiek innego, ale niech tak będzie – świetnie to współgra z beznadziejnym i karykaturalnym seryjnym mordercą.

Autor porusza kilka tematów w swojej powieści – wszystkie z gatunku tych, które łatwo oburzają gawiedź – ale nie potrafi przemyśleniom Makryny nadać krztyny głębi. Nie znajdziecie tam nic mądrzejszego niż komentarze w Internecie. Darda bardzo chce, by jego książka denerwowała, by pod wpływem bezsilności i niesprawiedliwości przedstawionej na kartach „Zabij mnie, tato” czytelnika aż nosiło, ale prawda jest taka, że to wszystko nie wychodzi poza proste, tanie chwyty i łopatologicznie wyłożone problemy. A jeśli nawet gdzieś pojawi się zalążek emocji, narrator szybko go dusi swoją nużącą paplaniną i sztucznym językiem.

Jeśli chodzi o akcję książki, to przez większość czasu wlecze się niemiłosiernie, a Darda poświęca nieprzyzwoicie dużo miejsca na nudne, powtarzające się rozmyślania narratora i szczegółowe opisy… wszystkiego. W dodatku zdecydowanie zbyt często ucieka się do tych samych, prościutkich chwytów: do Makryny ciągle ktoś dzwoni, każąc mu gdzieś przyjechać, ale powód nigdy nie zostaje podany od razu; choćby relacja z połączenia zajmowała trzy strony (bo Makryna musi w międzyczasie rozważyć piętnaście bzdurnych problemów). Akcja wyraźnie przyśpiesza na sam koniec, ale nawet wtedy niby emocjonujące sceny są przegadane i pozbawione suspensu, bo autor zwyczajnie nie potrafi tworzyć napięcia.

Niby nie kopie się leżącego, jednak autor postanowił swoją książkę dobić absurdalnym epilogiem, który trudno mi nawet skomentować. Krytykowałam już książkę Dardy, jednak „Słoneczna Dolina” nie była nawet w połowie tak zła jak „Zabij mnie, tato”. Nie polecę tej książki nikomu; niemal dowolny thriller ze średniej półki będzie lepszym wyborem. Skończę dość bezpośrednio: nowa powieść Dardy okazała się gorsza, niż się spodziewałam, choć po autorze „Słonecznej doliny” nie spodziewałam się wiele. Prawda jest taka, że nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam tak fatalnie napisaną książkę.

  • Autor: Stefan Darda
  • Wydawca: Videograf
  • Data publikacji: 2015-11-10
  • Format: s. 352
  • Opis z okładki: Rok 2015, centralna Polska. Trzynastoletnia Wiktoria wraz z dwiema młodszymi siostrami wraca ze szkoły. Dwieście metrów od domu spotyka znajomych, dziewczynki idą dalej same, lecz nie docierają do celu. Niedługo potem przyjaciel zrozpaczonej rodziny, emerytowany policjant, korzystając z nieformalnych informacji, dowiaduje się, że zwolniony z więzienia psychopatyczny zabójca zniknął i nie wiadomo, gdzie przebywa. Ani „ustawa o bestiach”, ani dyskretna obserwacja policji nie okazały się skuteczne. Kolejne zdarzenia świadczą o tym, że te dwie sprawy mogą się ze sobą łączyć. Tymczasem nękana wyrzutami sumienia nastolatka jest bliska obłędu. Jej rodzice obawiają się, że może targnąć się na własne życie, a działania organów państwowych okazują się całkowicie nieskuteczne.
  • old weirdman

    Cholera,a ja właśnie ją kupiłem! ;-) Żart. Wspominałem ostatnio o lekturze „15 blizn”,jest tam opowiadanie Dardy „Spójrz na to z drugiej strony”-bezdyskusyjnie najgorszy tekst zbioru. Bodajże trzy razy zasnąłem podczas czytania;dwa razy podczas finału! ;-)

  • old weirdman

    Serdecznie zachęcam do przeczytania recenzji tej samej książki na blogu Okiem na horror. Serdecznie;-). Dziś zamieszczona.

    • Agnieszka Brodzik

      Czytałam. Tę i jeszcze ze dwie inne. Jak zwykle mam wrażenie, że czytaliśmy inną książkę :D Ale już się w sumie przyzwyczaiłam do tego zjawiska. W końcu na świecie mamy tyle samo osób zachwycających się Zmierzchem czy Greyem, co ludzi czytających jedno i drugie dla beki. Inna sprawa, że ja nie wiem, co osoby zachwycające się Dardą miałyby do powiedzenia na temat takiego naprawdę dobrego thrillera, których w sumie bez długiego zastanawiania się wymieniłabym z dziesięć.

  • „Czytelnik więcej dowie się o jego wycieczkach rowerowych niż uczuciach i rozterkach rodziny porwanych dziewczynek” – jakie to typowe dla Dardy. „Dom na Wyrębach” zamiast porządną historią o duchach, był opowieścią o ornitologii i problemie alkoholowym bohatera. A w stwierdzenia o papierowych bohaterach i banalnych wypowiedziach uwierzę bez czytania „Zabij mnie tato”, choć chyba trochę na przekór ufałam, że może z kolejną książką coś się poprawi. Z jednej strony zaszedł mi ten Darda za skórę, z drugiej ciekawi mnie jego fenomen – że słaby pisarz jest tak zadziwiająco dobrze odbierany przez ogół. Spróbuję z „Zabij mnie tato”. Mam mocne nerwy ;)

    • Agnieszka Brodzik

      Odważna dziewczyna :D Czekam na info, jak Ci się spodobał epilog :D