Wytches

Scott Snyder, Jock

Zawiązanie fabuły jest nadzwyczaj klasyczne. Rodzina Rooków przeprowadza się do prowincjonalnego miasteczka Litchfield, gdzie chcą niejako zacząć nowe życie po traumatycznym zdarzeniu, które mocno nadszarpnęło nerwy ich nastoletniej córki, Sailor. Tę obserwujemy w nowej szkole i w kontaktach z rodzicami, spoglądamy w retrospekcje, którymi coraz mocniej wgryzamy się w historię rodziny zmagającej się z wieloma problemami. A później oczywiście nadchodzą tytułowe wiedźmy.

Nim jednak do nich przejdziemy, warto dodać kilka słów w temacie Rooków, bowiem to ich wątek jest w komiksie najlepszy. W zasadzie znów nie ma tutaj nic oryginalnego, niemniej wykonanie jest niebywale wdzięczne. Zbuntowana córka wcale nie stanowi przesadnie mocnej opozycji do rodziców. Jej ojciec zarabia rysując komiksy, nosi tatuaże i nie jest kolejnym nudnym „staruszkiem”, który żyje w innym świecie niż własne dzieci, ale nie przeszkadza mu to w zachowywaniu opiekuńczej postawy. Sami tacy chcielibyśmy być albo tacy być się staramy, może pomijając jego alkoholowy epizod, o którym dowiadujemy się ze wspomnień. Jego relacje z córką są nakreślone fantastycznie, dialogi przepełnia nienachalny humor i postacie ze strony na stronę nabierają ciała. W tle pozostaje jedynie matka bohaterki, lecz powód tego komiks również wyjaśnia. Jeśli lubicie horrory obyczajowe, „Wytches” was zachwyci.

Przechodząc do wiedźm, trzeba przy okazji zahaczyć o graficzną stronę publikacji. Jest znakomita. Odpowiadający za nią Jock stworzył niezwykle sugestywną i mroczną wizję. Czające się w lesie upiory mają w sobie coś lovecraftowskiego. Ich siedziba pełnej dziwnych kształtów i tuneli robi naprawdę przerażające wrażenie. Kadry są dynamiczne i malownicze, widać wysiłek włożony zarówno w jak najlepsze zaprojektowanie demonów, jak i w to, żeby nie pokazać ich więcej niż trzeba. Sylwetki są często zamazane ruchem, efemeryczne, ukryte w cieniu albo ukazane tylko we fragmentach. Mniej w horrorze często znaczy więcej i, szczerze mówiąc, nieco mi szkoda, że twórcy mimo wszystko nie postawili na jeszcze mniej. Do sięgnięcia po „Wytches” najbardziej zachęcił mnie pomysł na kreację tytułowych wiedźm: na nadanie im pierwotnego i nieludzkiego rysu. A więc nie szukajcie u Snydera brokatu i romansu, usilnego personifikowania i oswajania zła i horroru (choć całkowicie aspekt ten też nie jest pominięty). Słowem: autorzy idą dalej niż Robert Eggers w „The VVitch”, ale pokazują więcej niż w kultowym „The Blair Witch Project”.

Chociaż doceniam kunszt wizji, wolałbym, by jeszcze więcej pozostawiono wyobraźni czytelnika. W horrorze moment konfrontacji z nadnaturalnym niemal zawsze jest co najmniej niewielkim rozczarowaniem, bo sztuka utrzymania równowagi między niedopowiedzeniem a ucieczką przed ostatecznym ujawnieniem jest bardzo trudna i wymaga ogromnych umiejętności. Snyder i Simpson nie wstrząsneli mną i mnie nie sponiewierali, za to sprzedali mi znakomicie napisaną historię, w której docenić można i solidne rzemiosło, i historię pisaną z potrzeby serca. Ja to kupuję, świat to kupił. Prawa do ekranizacji „Wytches” zostały kupione i jeśli trafiły w ręce kogoś, kto uszanuje ich wizję i estetykę, możemy się spodziewać kapitalnego kina.